Dziennik treningowy odc. 55

with Brak komentarzy

Napis Dziennik treningowy i nogi biegacza

Oto Dziennik treningowy odc. 55.

Czas wrócić na ziemię po tych wszystkich moich wyjazdach. Jest o czym pisać, o czym wspominać i opowiadać.

Od drugiej poły maja, aż po wczesny listopad wędrowałam po świecie.

Gdybym miała podsumować ten czas, to tak naprawdę dopiero teraz to do mnie dociera ile udało mi się zrealizować, zobaczyć i przeżyć przez te sześć miesięcy.

I chyba trudno się nie zgodzić ze stwierdzeniem, iż drzemie w nas tak duża siła, iż pozwala nam dokonywać niezwykłych rzeczy w naszym życiu. A więc czerpmy z niej.

Dziennik treningowy 55 – Zwykłe życie na nizinach

Na początku, kiedy zaczynałam gdziekolwiek wyjeżdżać, jeszcze tak nieśmiale, w grupach, zawsze myślałam że moje życie to była najpierw praca, najbliżsi i gdzieś w tyle moje wyjazdy.

Dzisiaj jednak wszystko się zmieniło.

Praktycznie codziennie poświęcam minimum godzinę na swoje wyjazdy. I nie ma znaczenia, czy to będzie kolejne wyjście na bieganie, trening na siłowni, przeszukiwanie informacji praktycznych o nowych kierunkach górskich, układanie tygodniowego jadłospisu, poszukiwania nowego wyprawowego namiotu.

Zawsze jest coś do zrobienia. I tak na prawdę, moje życie zaczęło się kręcić wokół wyjazdów.

A pomyśleć, że jeszcze sześć lat temu nie miałam pojęcia nic o bieganiu. Że są jakieś buty do biegania. Nie wiedziałam ile kilometrów ma maraton. Nie mówiąc już o tętnie maksymalnym, tempie startowym, amortyzacji, odżywianiu podczas startów, matko jakich startów. Ja nawet nie wiedziałam, że są jakieś starty w zawodach biegowych.

A góry.

Tyle przez te lata się nauczyłam.

A zaczynałam od zera od zwykłego wstępnego szkolenia na ściance.

Potem już poszło kurs tygodniowy ściankowy, sekcja wspinaczkowa, kurs skałkowy i w końcu wspinanie górskie.

I mimo tego, że raczej nic nie zapowiadało, iż zostanę wspinaczem sportowym to jednak zawsze czułam, że w górach spełniam się najlepiej.

No właśnie góry.

Najpierw były Tatry, praktycznie w 2010 roku zeszłam je całe. Bynajmniej tam gdzie mógł poprowadzić mnie szlak.

Potem były Alpy, Dolomity, porwałam się nawet na Himalaje i Andy, gdzie dostałam od gór w tyłek.

To właśnie wtedy obiecałam sobie, że wrócę, ale już sama.

A potem?

A potem były inne szczyty m.in. Elbrus, dla mnie tak ważny, no i ten ostatni Stok Kangri.

Mimo, że dzielę swoje wyjazdy na te ważne i ważniejsze, to jednak nawet ten ostatni mój mało górski wyjazd na Gran Canarie nauczył mnie czegoś nowego.

Dostaję często pytanie jak zacząć jeździć samemu w góry?

I w sumie trudno mi jest na to pytanie odpowiedzieć.

Mogę jedynie pokazać swoją drogę, tylko ona wymaga czasu.

U mnie trwało to sześć lat, jak na razie. Kosztowało mnie to dużo czasu, wyrzeczeń i pieniędzy.

Nie chcę liczyć, ale gdybym wszystkie te fundusze podliczyła, to na bank mogłabym spłacić swój kredyt i pewnie kupić jeszcze większe mieszkanie, ale tak szczerze to po co mi to?

Tylko więcej sprzątać trzeba i na pewno bym się zagraciła jeszcze bardziej.

Oczywiście nie było by tego wszystkiego bez wspaniałych ludzi, którzy są wokół mnie. Moich rodziców i siostry.

Wszystkich znajomych ze wspinania, biegania i pracy.

Ludzi, którzy mimo, że nie rozumieją tego co robię, to jedna mnie wspierają.

Dobra koniec tego bo się poryczałam.

A na poważnie, postaram się na koniec roku zrobić taką kompilację z datami, które doskonale pokażą jak aktywnie spędziłam te ostatnie sześć lat mojego życia.

Może nie jestem idealna, nie mam takich umiejętności wspinaczkowych jak inni, których znam, ale mam jedną cechę, która mi pomaga w moich projektach, lubię rzeczy robić od razu.

I gdy mówię, że gdzieś jadę to wiedz, że już od minimum dwóch tygodni mam kupiony bilet lotniczy, załatwione wszystkie formalności, wizę odbieram w pojutrze, a mój plecak czeka już spakowany w kącie.

Wiem, że to może być uciążliwe, bo gdy chcę, żeby ktoś ze mną pojechał, a tak się też zdarza, to jednak wymagam od drugiej strony odpowiedzi od razu.

No może po 24 godzinach. Dłużej nie czekam i może dlatego wszędzie jeżdżę sama.

Dziennik treningowy odc. 55 – Moja organizacja

Gdy ja wpadam na kolejny pomysł wyprawy to daję sobie jeden dzień na decyzję.

Zazwyczaj wciągu tego jednego dnia układam plan całego wyjazdu, przeglądam informacje w necie, czytam relacje i określam budżet.

Ponadto przy niektórych kierunkach sprawdzam loty i zastanawiam się nad sprzętem.

I to wszystko w ciągu 24 h.

A gdy zdecyduję, że jadę to następnego dnia ustalam urlop i kupuję bilety lotnicze.

Kolejnego dnia składam wniosek wizowy, jeśli trzeba i robię poważny rekonesans w rezerwacjach noclegów.

Zaczynam też kompletować sprzęt, który albo kupuję stacjonarnie, albo przez internet.

Praktycznie w dwa dni mam już załatwione 70% formalności wyprawowych.

Kolejne dni to już tylko czytanie, czytanie i układanie dokładnego planu w głowie, oraz załatwianie spraw typowo domowych, czynsze, opłaty itp.

Trzy dni przed wyjazdem robię wymianę, drukuję niezbędne dokumenty i kupuję jedzenie.

Dzień przed wylotem kończę pakowanie i przygotowuję dom do wyjazdu, czyli ogarniam kuchnię, wyrzucam śmieci i jedzenie z lodówki.

Właściwie wiele czynności mam zestandaryzowanych w postaci list sprawdzających np. pakowania, czy też załatwiania formalności.

Jeśli chodzi o ogarnięcie wstępne wyjazdu, to też nie mam z tym ostatnio większego problemu, ponieważ większość kierunków na które chcę jechać mam już opracowane, jedynie zostaje podjąć decyzję i załatwiać formalności wizowe.

Oczywiście nie urodziłam się z taką wiedzą, ale jak gdzieś napotykam na szczyt, który mi się spodoba, to zaraz muszę wiedzieć o nim wszystko i tak to się odbywa.

Jeszcze te pięć lat temu rozczytywałam się w górskiej literaturze „pięknej”, ale dzisiaj nie uświadczysz mnie z nową książką o Kukuczce, natomiast na bank zobaczysz u mnie na półce przewodnik o Andach, czy też Himalajach.

Te ostatnie lata skupiłam się głównie na informacjach praktycznych, lubię je czytać i kolekcjonuję w swojej głowie, co pozwala mi w tak krótkim czasie ocenić, czy mogę sobie pozwolić na dany moment na wyjazd zarówno pod względem finansowym jak i mentalnym.

Jestem, też świadoma swoich braków, bo nie jestem alfą i omegą, i z roku na rok ciągle staram się nie tylko rozszerzać swoje doświadczenie wyjazdowe, ale przede wszystkim swoje umiejętności.

Co doskonale widać na moich kierunkach wyprawowych, które wybieram.

Jak to mówią małymi krokami, nie musi być perfekcyjnie, byle by było coraz bliżej i bliżej.

I co dalej …

No właśnie.

Rozgadałam się trochę mało tematycznie, bo z moim dziennikowaniem powyższe informacje niewiele mają wspólnego. Ale tak często dostaję pytania o moje wyjazdy, iż postanowiłam się uzewnętrznić trochę, aby pokazać, że można tylko, że to nie jest takie hop siup od jutra. Tylko, że trzeba się jednak temu poświęcić, no ale któż się nie poświęca dla tego co kocha.

Koniec.

Czas na treningowe konkrety.

Po powrocie z Gran Canari zrobiłam sobie przerwę od biegania i siłowni.

Nie ukrywam, że było mi to na rękę ze względu na porę roku.

Ale szczerze nie chciało mi się trochę. A mój organizm wyraźnie dawał znaki, iż ciężko mu się nagle tak przestawić z czegoś co było przez tydzień na Kanarach na to co spotkał w Polsce.

Ale jestem już po dwóch wybieganiach w weekend i myślę, że spokojnie mogę jak na razie sobie tak po prostu biegać. Bez konkretnych założeń treningowych.

Poza tym pierwszy start mam zaplanowany na wiosnę. Więc spokojnie mogę sobie wypocząć, choćby do końca grudnia.

W planach w 2017 roku, jak na razie, mam start w Orlenie w Warszawie. Może pojadę do Szczecina lub Opola. Myślę też o Rzeźniku i Sudeckiej Setce. Żeby sobie formę przed górami zrobić.

Skoro już o górach mowa to w góry też się jak na razie nie wybieram, chociaż bardzo bym chciała.

Pierwsze góry planuję dopiero w wakacje.

Nie zdradzę jakie kierunki wybrałam, ale na pewno chciałabym żeby było wyżej niż dotychczas.

Wiem, po prostu czuję, że jestem w stanie to zrobić i co najważniejsze chcę to zrobić.

Ale taki projekt wymaga już większego skupienia, odpowiedniego przygotowania i funduszy.

Wszystko też zależy od urlopu w pracy. Także bez większych deklaracji.

No i pewnie z Polski pojadę sama, bo im wyżej tym gorzej się jednak zgrać.

Nie ukrywam, że biorę pod uwagę już na miejscu podłączenie się do jakiegoś zespołu międzynarodowego, co by było fajnym doświadczeniem.

No dobrze, bo znów uciekam od głównego wątku.

Jeśli chodzi o siłownię, to też sobie ją odpuściłam. I koniecznie muszę na nią wrócić w tym tygodniu. Bo pośladki mi opadły przez te dwa tygodnie abstynencji od trenowania.

No a skoro tak wysoko sobie poprzeczkę ustawiam w 2017 roku, to na treningu musi być ogień.

I to chyba tyle.

Zapraszam także do obserwacji mojego konta na Instagramie, gdzie na bieżącą pokazuje wam co u mnie się dzieje oraz polubienia strony na Facebook’u, gdzie pojawia się więcej górskich wpisów.


Moje zdjęcia z trenningów

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda. Swoją przygodę z górami rozpoczęłam ponad 10 lat temu. Od tego czasu brałam udział w kilkudziesięciu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata. Jeśli lubisz jeździć w góry tak jak ja i chcesz zorganizować swój własny wyjazd w góry wysokie? To jesteś we właściwym miejscu. Pomogę ci zorganizować każdą wyprawę górską!

Latest posts from