Dziennik treningowy 2016 – IV

with Brak komentarzy

Dziennik treningowy

Dziennik treningowy 2016 – IV post dotyczący mojego trenowania i innych aktywności górskich w okresie od kwietnia do czerwca 2016 r.

Dziennik treningowy odc. 41

26 kwiecień 2016 r.

No i stało się. W końcu po kilku latach ustanowiłam nową życiówkę w maratonie.

W niedzielę ukończyłam Orlen Warsaw Marathon z czasem 4:14:37.

Wiem mogło być lepiej. Stać mnie na to, ale ja chciałam tym razem pobiec mocniej. I nie żałuję.

Tym bardziej, iż przy okazji ustanowiłam w trakcie zawodów nowe czasy na dwóch innych dystansach.

Dziesięć kilometrów minęłam z czasem 54 minuty i 18 sekund, natomiast połówkę w 1 godzinę i 56 minut.

Czyż to nie cudowne!

Ale nie było by tego wszystkiego bez regularnego biegania.

Powiedzmy, bo dobrze wiem jak to z tym bieganiem w trakcie zimy różnie bywało. Raz się chciało wyjść, a raz nie.

Były momenty, że zaciskałam zęby i wciskałam te obcisłe gacie na tyłek i myślicie, że chciało się wyjść z ciepłego mieszkanka na ten ziąb, mróz i cholerny śnieg.

Jeszcze jak leżał śnieg na chodnikach to była rewelacja. Najgorszy był lód.

Z każdym postawionym krokiem modliłam się o to żeby orła nie wywinąć na zakręcie.

A oprócz tego to całe bieganie w ciemnościach, po czterech godzinach snu. To była masakra, ale się opłaciła.

Tak kochani, nie ma co siedzieć i marzyć, że samo z nieba spadnie. Po prostu trzeba zakasać rękawy, ruszyć tyłek i do roboty. Ciężkiej roboty, czy się chce, czy nie!

Tyle z mowy motywacyjnej. Czas wrócić do podsumowania tygodnia, a właściwie to dwóch tygodni.

Ostatnie dwa tygodnie spędziłam przede wszystkim na bieganiu.

Biegałam głównie dyszki. Natomiast tydzień przed maratonem zrobiłam dłuższe wybieganie na 18 km.

Trochę było ciężko, bo akurat w tą niedzielę zrobiła się bardzo gorąco, ale jakoś dałam radę.

Wprowadziłam też drobne zmiany do treningów środowych.

Nie biegam już krótkich interwałów, tylko dłuższe tempówki w tempie na 5 km.

To taki mój eksperyment, aby powoli przyzwyczajać się do tych mocniejszych zakresów na dłuższym dystansie.

Natomiast dłuższe wybiegania nadal robię na max. 75% zakresu tętna.

Jakoś jeszcze nie czuję się na siłach, aby przyspieszać w trakcie dłuższego biegania.

Poza tym w końcu, udało mi się wrócić do treningów na siłowni.

Z czego się cieszę, bo już w trakcie biegania odczuwałam braki treningu wzmacniającego.

A teraz jak sobie zrobię taki wycisk na siłce to od razu lepiej się czuję.

Standardowo ćwiczę trzy razy w tygodniu typowy trening siłowy na wszystkie partie ciał.

Zaczynam od nóg i pośladków, następnie robię brzuch, a kończę na górnej części ciała, czyli plecach, ramionach, przedramionach i klacie.

Uwielbiam robić klatę 🙂

Czas na plany.

Za dwa tygodnie lecę w Lublinie maraton. Tym razem będę pilnowała biegania w stałym tempie. Żadnych szaleństw 🙂

A już z końcem maja pierwsza setka.

Cieszę się i jestem przerażona jednocześnie.

O ile maraton to bieg przewidywalny, to ultra jest jak jazda bez trzymanki. Tak na prawdę nigdy nie wiesz co cię na trasie spotka.

Tyle ode mnie i lecę pisać oddzielną relację z Orlenu 🙂

Dziennik treningowy odc. 42

2 maj 2016 r.

Co prawda na podsumowanie miesiąca kwietnia przyjdzie jeszcze czas, to jednak już dzisiaj chciałam podkreślić, iż miniony miesiąc był dla mnie dość trudnym miesiącem.

Nie da się ukryć, że jestem typowym amatorem i mimo, że ze sportem mam dużo do czynienia na co dzień, to jednak ogrom mojego czasu zabiera mi praca.

A jak wiemy bez pracy nie było by tego wszystkiego. Nie było by biegania, jeżdżenia w góry, biegania po Taterkach, trenigów na siłowni, wygrzewania w saunie i zakupów w Lidlu. Dokładnie.

Do tego wszystkiego trzeba dodać pewne zobowiązania finansowe, które podobnie jak Wy macie tak i ja mam. Mówię oczywiście o kredycie.

A tym bardziej, gdy ma się pracę typowo umysłową, to po tych ośmiu godzinach czasem trudno jest się tak po prostu wyłączyć. Odmóżdżyć i zapomnieć.

Człowiek wciąż przez resztę dnia żyje tymi wszystkimi emocjami, które w trakcie tych godzin pracy go bombardują z każdej strony.

Ja też ostatnio tak miałam i tym bardziej się cieszę, iż ostatni maraton udało mi się ukończyć z takim rezultatem.

Taka oto refleksja ostatnio mnie naszła w związku z końcem miesiąca kwietnia. A skoro już o kwietniu mowa to czas na garść statystyk z minionego tygodnia.

A więc w ostatnim tygodniu kwietnia udało się trzykrotnie wyjść pobiegać.

Po maratonie swój pierwszy trening zrobiłam dopiero w czwartek wieczorem. Rozleniwiłam się jednak trochę, no cóż. Ponadto trudno to nazwać treningiem.

Planowałam spokojne wybieganie po zawodach, ale tak mi dobrze szło, iż zrobiło się z tego mocniejsze bieganie.

Niestety z konsekwencjami następnego dnia. W piątek z rana nie byłam w stanie na spokojnie zakończyć treningu.

Najwyraźniej mój organizm nie zdążył zregenerować się po wieczornym bieganiu w czwartek.

Ostatecznie przerwałam swoje piątkowe bieganie i wróciłam do domu z nadzieję, iż w weekend będzie już mi się lepiej biegało.

W sobotę jednak wcale lepiej nie było. To było bardzo ciężkich dziesięć kilometrów. Resztkami sił wturlałam się na skarpę wiślaną i jakoś dotaszczyłam do domu. W wielkich mękach i cierpieniu tego jakże morderczego biegu.

Na szczęście cała ta męczarnia się opłaciła, bo niedzielne dłuższe wybieganie, tym razem w wersji skróconej na 18 km, zdecydowanie poszło mi już lżej. Co bardzo cieszy.

I nawet po rozbieganiu miałam chęć na mocniejszą końcówkę.

Najwyraźniej regeneracja dobiega końca, a ja pomału wracam do siebie. Oby to była prawda.

Co do trenowania na siłowni, to w ostatnim tygodniu całkowicie odpuściłam sobie trening siłowy.

Jedynie w piątek udało mi się zrobić obólnorozwojówkę ze stabilizacją.

Po tym treningu już trzeci dzień z rzędu czuję pośladki, które skatowałam przysiadami na bosu.

Nawet nie sądziłam, że będą mnie aż tak boleć.

Poza tym zarówno w piątek jak i w niedzielę udało mi się wyrolować i porozciągać. Niestety z rolowaniem jest najgorzej.

Ból, płącz i mina srającego kota. Mam nadzieję, że te moje cierpienia nie pójdą na marne i przyspieszą choć trochę moją regenerację.

Tyle z podsumowania. Pewnie przy kwietniowym resume coś więcej napiszę.

Dziennik treningowy odc. 43

13 maj 2016 r.

Z tymi moimi dziennikami treningowymi to jest tak, w sezonie poza startowym, kiedy siedzę w domu i tylko w kółko latam, a to na bieganie, a to na siłownię, to jest trudno cokolwiek sensownego napisać, bo w kółko musiałabym pisać o tym samym, czyli jednym słowem wieje nudą.

Natomiast w okresie startowo – wyjazdowym, może i dużo się dzieje, są emocje i ogólnie jest ciekawie i dużo rzeczy do opowiedzenia, to znów czasu brak.

A jak już nawet trochę czasu się pojawi, to jednak ciężko mi się zebrać.

No bo jednak wole trochę więcej odpocząć, odespać, odetchnąć, albo w końcu muszę ogarnąć swój gospodarstwo domowe i jakość inne rzeczy są dla mnie w danym momencie ważniejsze.

Wiem marudzę i choć od dłuższego już czasu żyję w systemie zadaniowym.

Operuję licznymi listami zakupowymi i sprzątania, to jednak wciąż czuję się wokół mnie panuje taki bałagan, że się najnormalniej w świecie duszę.

A może po prostu już mnie zmęczenie łapie. Nie wiem.

Natomiast wiem, że wiosna w pełni.

Maj na półmetku, a ja już po dwóch maratońskich startach.

O Orlenie, już wam trochę pisałam, to czas wspomnieć o tym ostatnim w Lublinie.

No i tak. Jestem niezmiernie niezadowolona z mojego startu w Lublinie.

Wiem nie powinnam tego pisać, ale cóż począć jak tak właśnie jest i to właśnie w tym momencie czuję.

I na nic się zdają słowa wyjaśnień, że przecież to najtrudniejszy maraton w Polsce, że połowę trasy walczyłam ze skurczem stopy, że na uchodźstwie i inne marne wyjaśnienia.

Nie lubię marudzić i narzekać, a poza tym zawsze wychodzę z założenia że jak boli, to albo zmień trening albo przestań biegać takie dystanse, bo to właśnie one nie są dla ciebie.

Ale wracając do Lublina. Jak już wcześniej napisałam od 23 kilometra walczyłam z ciągle pojawiającym się skurczem stopy, co skutecznie spowalniało mój bieg, a właściwie to go zatrzymywało.

Do 21 kilometra biegłam za zającem na 4 godziny. Tempo dobre, jednak przy takiej trasie wiedziałam, iż z trudem będzie mi utrzymać takie tempo do końca maratonu.

W połowie wyczerpałam zapas rezerwy i musiałam zwolnić, a potem ten skurcz, który odpuścił dopiero po 40 km.

I tak pierwszy raz w życiu finiszowałam w takim tempie, jak nigdy.

Co dało mi trzeci rezultat w maratonie ever, czyli 4 godziny 29 minuty i 44 sekundy.

Tyle z dotychczasowego biegania, a co przede mną.

A no kolejny bieg. Już za niecałe dwa tygodnie wybywam znów biegać. Tym razem na cóż dłuższego i w końcu w górach.

Powoli załatwiam formalności i oszczędzam się kondycyjnie przed startem.

A jeśli już o górach mowa, to najwyższy czas pojechać na jakąś wyprawę.

Na dzień dzisiejszy ogarniam organizację trzech wypraw jednocześnie, czyli dwoję się i troję.

Dużo nerwów mnie to kosztuje, ale ja w tym roku to już tak łatwo nie odpuszczę.

Często dostaję pytanie, czy tym razem sama pojadę? A no pewnie sama.

Skoro nikt ze mną nie chce jechać. A tak na poważnie, pewnie chciałabym i z kimś pojechać, ale należę do osób dość wybrednych i mam pewne wymagania co do takiej osoby, z którą miałabym spędzić choćby tydzień gdzieś w górach.

Jednym słowem czasy, kiedy musiałam znosić towarzystwo osób z którymi jest mi nie po drodze w wielu kwestiach istotnych w górach, po prostu odeszły w moim życiu w zapomnienie.

A ja dzięki swoim ostatnim wyjazdom mam już troszeczkę inne priorytety górskie niż to było dotychczas.

Dzisiaj mogę pozwolić sobie na stuprocentowy samotny wyjazd, poczułam smak górskiej samodzielności, posiadam własny sprzęt i chciałabym wyjeżdżać w takie kierunki świata, które nie koniecznie niosą za sobą wyzwanie i kolejna dawkę adrenaliny.

Dzisiaj w końcu mogę łączyć lekkie wspinanie z ogólnie pojętą turystyką.

Dziennik treningowy odc. 44

23 maj 2016 r.

Dzisiejszy dziennik rozpocznę od swojego startu w Biegu Rzeźnika Ultra. A tak na prawdę od nie startu w Biegu Rzeźnik Ultra.

Pierwszy raz w historii swojego biegania nie pojechałam na zawody.

Nawet, kiedy nie miałam formy, czytaj do dnia dzisiejszego, pchałam się na wszystkie zapisane zawody pełna entuzjazmu i nadziei, że jakoś to będzie, że mi się uda.

Mimo tego, iż zdrowy rozsądek podpowiadał mi, że to się jednak nie może udać.

No i miał rację.

Dlaczego, więc tym razem zdecydowałam się nie pojechać?

Dużo czynników miało wpływ na taką moją decyzję.

Po pierwsze cała ta afera, która towarzyszyła tegorocznej imprezie.

A mianowicie brak zgody na przeprowadzenie trasy zawodów na terenie parku narodowego, kontra racje organizatorów.

Trudno się doszukiwać tego kto zawinił, jednak fakt, iż organizatorzy wiedzieli, iż uzyskanie zgody przeprowadzenia zawodów na dotychczasowej trasie graniczy z cudem, dopiero dzień przed zawodami postanowili ogłosić taki stan rzeczy wszystkim zainteresowanym, czyli zawodnikom.

Osobiście poczułam się przybita do muru.

Czemu tak późno? Czemu nie wcześniej? Choćby tydzień? Człowiek miałby chociaż czas żeby usiąść i się choć chwilę zastanowić?

A tak jak łomem w łeb, wiadomość dnia. Nie mamy zgody na obecną trasę. Będzie nowa.

Spokojnie powiemy gdzie? co? i jak?

Rzeźnicy, którzy startują za tydzień mają komfortową sytuację. Ultrasi zostali potraktowani dość lekceważąco.

Po drugie to co, że nowa trasa jest, że jest wytyczona skoro na mapie jej nie ma.

Może to i dziwne, ale ja na przykład miałam pierwszy raz jechać na bieganie w Bieszczady i szczerze mówiąc nie uśmiechało mi się biegać po nocy po lesie na nieoznakowanej trasie mało uczęszczanego, jeśli w ogóle, szlaku. W dodatku bez mapy z trasą.

Po trzecie chyba w ciągu pięciu tygodni dwa starty w maratonach na najwyższych obrotach i jeden start na dystansie 100 km to trochę jednak za dużo, nawet jak na mnie.

Wiem, że normalna do końca nie jestem.

Większość osób nawet mnie dopytuje, czy w ogóle jestem człowiekiem, ale stan tak krótkich przerw regeneracyjnych był jednak jak dla mnie, na razie, zbyt trudny do przełknięcia.

Rodziców oszukasz, partnera oszukasz, szefa oszukasz, ale swojego organizmu nigdy nie oszukasz.

Zawsze, gdy będzie taka potrzeba się odezwie i nic z tym nie zrobisz.

Po czwarte mój wyjazd.

Dwa dni po ultra wyjeżdżam na pierwszą tegoroczną wyprawę. Szczegóły już niebawem na blogu.

I myślę, że za wiele nie trzeba tłumaczyć. Bo jak tu biec, kiedy głowa już jest gdzie indziej.

Po piąte, chyba tak na prawdę mi się nie chciało biec 🙂

Tyle w gestii wymówek i nie ma co panikować. Trochę szkoda, trochę smutno, ale świat się nie zawalił.

Rzeźnik był, Rzeźnik jest i Rzeźnik będzie, tak więc jeszcze będzie mi dane pobiegać w Bieszczadach.

A poza tym już jestem zapisana na kolejne zawody na ultra dystansie. Tak więc będą jeszcze startowe emocje w tym roku.

Dziennik-treningowy-odc. 45

Dziennik treningowy odc. 45

13 czerwiec 2016 r.

W dzisiejszym dzienniku treningowym kilka słów o ostatnim bieganiu, a także podsumowanie moich działać treningowych, czyli jak ja przygotowuję się do wyjazdów w góry.

Poza tym, tak na zakończenie, parę słów co dalej? Jakie plany? Itp.

Na początek miniony tydzień i moje bieganie.

Dlaczego tylko bieganie?

A no bo nic oprócz biegania się nie wydarzyło w ostatnim tygodniu pod względem trenowania.

Odstawiłam siłownię na dobre i teraz ciężko jest mi wrócić.

Tak. Ja też mam z tym problem.

Nie chce mi się. Jestem zmęczona. Mam lenia i milion innych spraw na głowie. Też mam te same wymówki.

No może poza faktem, iż jak już zacznę, to z przyzwyczajenia jakoś udaje mi się dalej to ciągnąć i to jeszcze z powodzeniem.

Bo efekty widać.

No dobrze. Czas wrócić do zeszłotygodniowego biegania.

Głównie biegałam dyszki. Nie było to proste, bo jednak przerwa 9 dniowa, dawała mi lekko w kość, ale tragedii też nie było.

W niedzielę, dla przykładu, zrobiłam spokojne wybieganie na 18 km.

W wolnym, mówiąc szczerze to w żółwim tempie, i wyszło 1 godzina i 31 minut czasu brutto.

No bo tu światła, tam światła.

Po drodze jakieś zawody triathlonowe i zablokowane ulice.

W każdym bądź razie, czy też w każdym razie, nie jest źle. Można by rzec, że tygodniowy odpoczynek dobrze mi zrobił.

Chociaż? Pożyjemy zobaczymy. A dokładnie to zobaczymy już za dwa tygodniu.

Czas na moje podsumowanie dotyczące treningów siłowych, a właściwie to treningów na siłowni.

Pokusiłam się na taki wątek w dzisiejszym dzienniku, no bo przecież jak z wyprawy wróciłam, to najwyższy czas podzielić się swoimi przemyśleniami.

A więc, jeśli chodzi o ból mięśni, zakwasy itp. sprawy, to na wyjeździe całkowicie skasowałam łydki.

Tak łydki i w sumie tyle. Żadnym innych uszczerbków na zdrowiu.

Oczywiście kwestia bolących łydek wcale mnie nie dziwi, no bo to jedyna partia mięśni, której nie ćwiczyłam dotychczas na siłowni. Przyznaję się i najwyższy czas to zmienić.

Dotychczas odpuszczałam sobie trening brzuchatego łydki, no bo w końcu biegam. Nogi w trakcie biegu pracują, no i w taki sposób przy okazji brzuchaty sam się trenuje.

Tak mi się bynajmniej do tej pory wydawało. Jednak japońska rzeczywistość uzmysłowiła mi, że łydka to rzecz priorytetowa zarówno w bieganiu jak i w górach, i co tu dużo się rozpisywać, trenować trzeba. O.

Jeśli chodzi już o sam mój dotychczasowy trening, to ja rozdzielam go na dwie kategorie.

Pierwsza dotyczy treningu ściśle siłowego.

Co prawda na niewielkim ciężarze, ale jednak. Dzięki takim ćwiczeniom mobilizuję mięśnie do pracy i uaktywniam te grupy mięśni, które w trakcie biegu biorą niewielki udział lub nie są aktywne w ogóle.

Poza tym wzmacniam te grupy mięśni, które pracują w trakcie biegu, jednak są inaczej stymulowane.

A po ludzku, to po takim treningu lepiej mi się biega, mam lepszą technikę biegu, nie bolą mnie mięśnie, nie mam zakwasów, lepiej wyglądam i czuję się znakomicie 🙂

Druga kategoria treningu, to trening wzmacniająco – stabilizująco – mobilizująco – rozciągający.

Zero obciążeń, no chyba że ciężarem własnego ciała i tyle.

Wykonuję go dwa razy w tygodniu i pozwala mi rozruszać stawy i pobudzić pod innym „kątem” moje mięśnie.

Celem tego typu ćwiczeń jest zapobieganie kontuzją i odpowiednie przygotowanie do regeneracji organizmu.

Oczywiście to wszystko tak strasznie wygląda. W praktyce nie jest aż tak skomplikowane.

Każda z takich sesji treningowych nie zabiera mi więcej czasu niż 1,5 godziny.

Wszystko zależy oczywiście od sensownego ułożenia ćwiczeń i dostępności maszyn w danym dniu. I tyle.

W kolejnych częściach dziennika opiszę dokładnie ćwiczenia jakie wykonuję. Już kiedyś taki temat rozpoczęłam na łamach bloga i z chęcią wrócę do jego kontynuowania.

Czas na plany i …. marzenia.

No dobrze. To co tam w czerwcu się szykuje. A no zawody.

Za dwa tygodnie ruszam w Sudety.

Przede mną ultramaraton w górach. Po moim nie starcie w Ultra Rzeźniku, czas odrobić kilometrowe zaległości 🙂

To będzie trochę jakby taki sprawdzian, bo po przyjeździe z Japonii, to ja dopiero się rozkręcam na długie bieganie.

Ale jestem dobrej myśli, jak zawsze, i liczę na niezłą biegową zabawę.

Oczywiście do 60 km, bo potem to już wiadomo co. Krew, pot i łzy oraz śmierć w oczach 😉

A po Sudetach, czas na góry. T

rochę niefortunnie to napisałam. Po bieganiu czas na góry. Tak powinno być.

Bilet jest, zaliczka agencyjna zapłacona, powoli robi się wiza, no to jakby nie patrzeć jedną nogą już jestem na wyprawie. A gdzie?

Trochę cierpliwości. Za tydzień wszystko się wyjaśni.

A co potem?

Mam kilka scenariuszy, albo góry nr 1, albo góry nr 2, ewentualnie bieganie w górach.

Tyle wariantów. Trochę się waham.

Trochę rozmyślam i pewnie decyzję podejmę za jakieś trzy tygodnie.

Na razie żyję bieżącymi sprawami i zdecydowanie mi tych atrakcji wystarcza.

Tyle dzisiaj ode mnie.

Zapraszam także do obserwacji mojego konta na Instagramie i Twitter, gdzie na bieżącą pokazuje wam co u mnie się dzieje oraz polubienia strony na Facebook’u, gdzie pojawia się więcej górskich wpisów.


Moje zdjęcia z trenningów

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda. Swoją przygodę z górami rozpoczęłam ponad 10 lat temu. Od tego czasu brałam udział w kilkudziesięciu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata. Jeśli lubisz jeździć w góry tak jak ja i chcesz zorganizować swój własny wyjazd w góry wysokie? To jesteś we właściwym miejscu. Pomogę ci zorganizować każdą wyprawę górską!

Latest posts from