Co jeść w górach na wyprawie?
Odwieczny problem niejednego górołaza. A oto i moja propozycja z okresu moich przygotowań do pierwszego wyjazdu w Andy w 2013 roku.
Co prawda wiele już się w moim jadłospisie od tego postu zmieniło, ale część rzeczy jest wciąż aktualna.
Zupki instant
Dzisiaj w pracy menu obiadowe natknęło mnie na pomysł, aby napisać co nieco o zabieranej żywności wszelakiej na moje wyjazdy.
A ponieważ ostatnimi czasy przeprowadziłam mały test produktowy, to wiem, czego na pewno ze sobą nie zabiorę w wysokie góry, a co z pewnością znajdzie się w moim dziennym menu.
Większość rzeczy jakie zawsze zabieram ze sobą stanowią zupy instant.
Wiem, że nie powinnam podawać nazwy producenta, ale w moim przypadku jedynym produktem, który przechodzi mi przez gardło i jest z tak zwaną wkładką makaronową to zupki Amino.
Co prawda obrzydł mi już rosół z kury, pomidorówka i pieczarkowa, ale na szczęście jest ich taki wybór, że zawsze coś sobie podobieram.
Do tego z pewnością i tym razem zabiorę małe torebki zupek Knora i Winiary.
Mam też zamiar zrobić coś ekstra. Co wymaga większej sztuki kulinarnej niż tylko zalania wrzątkiem, czyli puree ziemniaczane, suszoną cebulę i czosnek.
Po pierwsze bo bez ziemniaka żyć nie potrafię. Po drugie do smaku, a po trzecie ponoć wspomaga proces aklimatyzacji.
I tyle z mojego ekstra gotowania. Jak widać marny ze mnie materiał na żonę.
Niezawodne słodycze
Poza tym na wysokościach chętnie sięgam po słodycze.
Jeśli chodzi o mnie to w tym przypadku w jedzeniu nie znam ograniczeń. No chyba że ktoś chce mnie poczęstować wstrętnymi czarnymi żelkami … ohyda.
Oczywiście najczęściej sięgam po herbatniki, biszkopty, wafle, landrynki … właściwie wszystko co nie ma w swoim składzie czekolady i karmelu.
Czekolada przy niskich temperaturach ponoć w ogóle nie rozpuszcza się i nie rozchodzi po organizmie.
A karmel, no cóż raz zabrałam w Alpy twixa i kiedy wyciągnęłam go z plecaka po udanym ataku szczytowym. Jedyne co mogłam sobie z nim zrobić to possać w ustach, ewentualnie „wsadzić w pewną część ciała”, co zostało właśnie takim tekstem przez ze mnie skwitowane pamiętnego słonecznego dnia w górach.
Coś extra
Oczywiście do powyższej listy należy dodać suszone owoce, są lepsze niż słodycze, oraz coś do picia, czyli herbatki granulowane i napoje kawowe, a także kisielki owocowe.
Niestety na próżno w moim plecaku szukać kaszek mlecznych, budyniów i papek ryżowych.
Moja żelazna psycha i żołądek nie są wstanie ich strawić. I są wysoko na mojej liście produktów których nigdy bym nie tknęła zaraz po psie, kocie i chomiku.
Jednym słowem zawsze staram się zabierać ze sobą rzeczy, które zjem, aby nie taszczyć ich z powrotem do kraju lub wyrzucać.
Chociaż zdarza mi się tego czego nie skonsumuje zostawić tubylcom, jak np. suszoną kiełbasę z wieprzowiny, której ponoć większość Nepalczyków nie jada, a przy mnie wsuwali, aż uszy im się trzęsły.
…………………………………………………………………
Jeżeli jesteście ciekawi jak organizuję swoje wyjazdy w Tatry,
Alpy i inne góry?
Zapraszam do przeczytania posta.
Link do posta.
…………………………………………………………………