Z życia biegacza vol. 1

with Brak komentarzy

Przede mną wyjazd na kolejny maraton i to poza granice swojego miejsca zamieszkania.

Znowu z samego rana wsiądę w pociąg czy też busa, aby pół dnia spędzić w drodze do miasta, w którym odbędzie się impreza biegowa.

Nigdy o tym na blogu nie pisałam, ale dla mnie maraton rozpoczyna się wraz z przekroczeniem progu mieszkania w sobotę z samego rana. A kończy po powrocie do domu późną wieczorową porą w niedzielę lub w poniedziałkowy wczesny poranek.

Praktycznie to nigdy także na blogu nie wspominałam  jak moje przygotowania do takiej podróży wyglądają.

Co zabieram ze sobą? Jak wygląda maraton od strony załatwiania tych wszystkich formalności przed samym startem? Jak się w tym wszystkim odnaleźć bez stresu i spiny? A ponieważ w tym temacie czuję się prawie jak weteran to postanowiłam, że co nieco i o tym na blogu napiszę.

Może nie wszystko na raz i konkretnie w tym poście, ale w przyszłości na pewno.

Podstawa planowanie

Jeśli chodzi o jutrzejszą podróż, to już mam dokładnie zaplanowany przejazd tam i z powrotem.

Jutro pociągiem o 5 z samego rana ruszam wprost do Poznania, gdzie czeka mnie przesiadka na kolejny pociąg do Kostrzyna.

Gdzieś około 11:30 powinnam być w Kostrzynie, tak więc czeka mnie niecała godzina przerwy, aż podjedzie podstawiony przez organizatorów maratonu autokar do Dębna.

W sumie z Kostrzyna do Dębna nie jedzie się zbyt długo, jakieś pół godziny może.

Po drodze przez szybę autokaru można częściowo zapoznać się z trasą maratonu.

W niedzielę natomiast mam godzinę od przekroczenia linii mety, aby pozbierać się z asfaltu, doczłapać do szatni, przebrać w suche ciuchy. No i jakoś zdążyć na autokar powrotny spod biura zawodów do Kostrzyna.

Chyba niestety na żurek i kiełbasę się nie załapie, a w Dębnie taka dobra ta biała kiełbasa jest. Kurcze może jednak jest motywacja żeby przycisnąć na trasie z buta i pół godziny wcześniej dobiec dla tej kiełbasy.

Dobra wracając do meritum sprawy.

Z Kostrzyna mam pociąg o 18:00 do Rzepina, gdzie przesiadam się na kolejny pociąg do domu, tzn. na dworzec PKP Warszawa Centralna, skąd na własnych nogach (z 3 km) będę podążać w stronę swojego mieszkania. Gdzieś ok. 23:00 powinnam być w domu.

To jest wersja optymistyczna. Natomiast wersja pesymistyczna … wolałabym jednak o niej nie wspominać.

Ciężkie powroty z biegania

Jak pisałam już na początku posta niejednokrotnie zdarzały mi się takie ciężkie podróże powrotne z biegów. Na przykład w zeszłym roku o godzinie 4 lub 5 rano w poniedziałek zakończyłam swoją podróż z maratonu w Poznaniu i Wrocławiu. A nadmienię tylko, że ja pracę codziennie zaczynam za biurkiem już od 8 z rana.

A w autobusie (PB) wysiedzieć jakoś trzeba. A nogi, w szczególności stopy, bolą jak chol … (czyt. okropnie).

Jeszcze wracając z Wrocławia miałam to szczęście, że dwa siedzenia były do mojej dyspozycji. Nieźle poskładana z tyłkiem w powietrzu z podkurczoną głową i nogami w kolanach kimałam tak raz po raz przerzucając swoje ciało z prawego na lewy bok.

To i tak był luksów, bo wracając busem (PS) z Poznania do dyspozycji miałam już tylko jedno miejsce siedzące, czyli z przyklejonym policzkiem do oparcia przesiedziałam tak całą noc. To była masakra jakaś.

Mój najdłuższy maraton

Moim dotychczasowym rekordem pod względem sadomasochizmu był jednak Maraton w Koszalinie – Nocna Ściema, gdzie wyruszyłam z Warszawy o 5 rano w sobotę pociągiem do samego Koszalina.

Po przyjeździe na miejsce i odbiorze wszystkich gratów maratońskich późnym popołudniem ze dwie godzin czekałam na nocleg. Następnie po trzech godzinach snu na sali gimnastycznej z widokiem na wiszący tuż nad moją głową kosz do koszykówki, rozpoczęłam swój pierwszy nocny maraton o 2 w nocy, który dla mnie zakończył się o 6 rano w niedzielę.

Ale to nie koniec przygody. Po 10:00 miałam już powrotny pociąg do domu, a próg mieszkania przekroczyłam tego samego dnia grubo po godzinie 22:00. To było coś. I teraz jak to czytam to wcale się nie dziwię, że na 8 okrążeń w trakcie biegu maratońskiego nie pamiętam trzech. Najprawdopodobniej zasnęłam w trakcie biegu.

Jak widać nie oszczędzam się ani trochę, dlatego też z uśmiechem na ustach oczekuję startu 13 kwietnia w Warszawie.

Bo się z soboty na niedzielę wyśpię w swoim łóżeczku. Z rana wstanę kawkę inkę wypiję, kanapeczki przekąszę i spokojnie udam się do miasteczka maratońskiego.

Po biegu wrócę do domu wyłożę swoje gnaty na rogówce, płyny uzupełnię i się zdrzemnę, a wieczorem pójdę na bąbelki na basen i stretching i saunę do klubu fitness. Właśnie to w bieganiu lubię najbardziej.

To ja lecę dalej gotować ten makaron na niedzielny maraton.

 

podpis


Moje zdjęcia z zawodów

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.