Wulkan Ararat – Trzy praktyczne wskazówki

with Brak komentarzy

Wulkan Ararat - Trzy praktyczne wskazówki

Każdy ze szczytów na którym byłam, niesie ze sobą jedyne w swoim rodzaju wspomnienia. Poznane miejsca, ludzi, zapach gór, i tutaj nie przesadzam, czy też odmienną kulturę i regionalne stołowanie.

A jaki dla mnie był wulkan Ararat?

Szczególny, bo pierwszy. Tak. Mój wyjazd na Ararat był moim pierwszym samotnym wyjazdem w góry wysokie, gdzieś w świecie.

Oczywiście moja „solowość” wyjazdu kończyła się wraz z dojazdem do miejscowości Doğubayazıt, gdzie korzystałam z części usług agencji trekkingowej m.in. w zakresie załatwienia zezwolenia, transportu lokalnego i obowiązkowego przewodnika.

Jednak już do końca życia zapamiętam ten moment, kiedy mój samolot wylądował na płycie lotniska w Stambule, a ja w jednym momencie uświadomiłam sobie, że właśnie jestem sama samiuteńka jak palec w obcym kraju. Omal się ze strachu nie rozryczałam.

No ale jakoś się pozbierałam w sobie. Bo przecież trzeba było szybko przedostać się do centrum miasta, a następnie cieśniną bosforską na dworzec autobusowy po azjatyckiej stronie Stambułu.
Taki był mój plan, ale niestety rzeczywistość była już zupełnie inna.

W centrum Stambułu zastał mnie niemal zmrok. Wiedziałam, że na dworzec autobusowy nie zdążę, a siedzenie na dworcu w nocy jakoś też wydawało mi się kiepskim pomysłem.

W jednym momencie rzucił mi się szyld pobliskiego hotelu, a że innej opcji nie było, to już po kilku minutach mogłam zacząć się rozpakowywać w pokoju hotelowym.

To był ten moment, kiedy ogarnął mnie strach, że przecież jeszcze tyle drogi było przede mną, a ja jestem dopiero tutaj, w centrum Stambułu.

Następnego dnia wczesnym rankiem przedostałam się przez Bosfor na azjatycka stronę miasta, skąd zgodnie z przewodnikiem miał odjeżdżać mój autobus dalej w głąb Turcji.

Po kilku godzinach czekania, wypiciu kilku tureckich herbat oraz bycia świadkiem wypadku drogowego, w końcu mogłam ruszyć w swoją dalszą podróż autobusem. Jak się później okazało 24 godzinną, w stronę Doğubayazıt.

I tak zaczęła się moja podróż pełna niespodzianek. Począwszy od autokaru z dywanem, po kulturowy zakaz siadania kobiet obok mężczyzn, którzy nie stanowią członków jej rodziny.

I mimo faktu, że podróżowałam jako jedyny turysta w tym tureckim busie i z tego powodu ciągle byłam zaczepiana przez innym pasażerów, to jednak bardzo miło wspominam tą podróż.

No i się rozgadałam. Zeszłam z tematu i jak zwykle popłynęłam nie w ta stronę z tematem co trzeba.

Wracając do meritum w dzisiejszym poście będzie o trzech najważniejszych i praktycznych wskazówkach dla osób, które chcą lub mają w planach wyjazd na wulkan Ararat.

A w szczegółach na początek kwestie bezpieczeństwa, bo myślę, że to najważniejsze, a poza tym kilka słów o tym jak się pod wulkan dostać i o dostępie gazu, tzn. kartuszy z gazem.

Kto jest ciekaw szczegółów zapraszam do czytania tekstu, kto jest spragniony gotowego informatora w wersji pdf to zapraszam tutaj lub na koniec posta.

To ja już więcej nie zamulam i zapraszam na konkrety.

Ararat Informator Promocje małe

Wulkan Ararat – kwestie bezpieczeństwa

Tak jak wspomniałam wyżej na początek poruszę i wypowiem się w kwestiach bezpieczeństwa pod szczytem Ararat.

A więc.

Na dzień dzisiejszy nie ma oficjalnej zgody rządu tureckiego na organizowanie trekkingów na Ararat.

Jednak zgodnie z informacją zamieszczoną na stronie internetowej biura trekkingowego Ararattrek, z którego ja korzystałam podczas swojego wyjazdu, można przeczytać, że „miejscowe biuro żandarmerii w Dogubayazit nie sprzeciwia się organizowanym trekkingom na Ararat”. Zgodnie z tą informacja Ararattrek organizuje swoje wejścia na szczyt Ararat, co można przeczytać na ich stronie.

Co w takiej sytuacji zrobić?

Nikt nam gwarancji nigdy nie da, że się nic nie stanie, czyli witaj w realiach górskich niemal całego świata.

Osobiście przed podjęciem decyzji skontaktowałabym się z lokalnym biurem i skonsultowała obecna sytuację w regionie.

Przeczytałabym, wszystko co dotyczy wyprawy na Ararat. W szczególności, tych informacji, które zostały opublikowane i dotyczą aktualnych informacji do jednego roku przed datą planowanego wyjazdu.
Zainteresowałabym się przyczynami i przebiegiem sytuacji w regionie.

Dopiero na końcu podjęłabym decyzję czy jechać czy nie.

Jedno jest pewne z przyczyn bezpieczeństwa zdecydowałabym się na wejście na szczyt przy udziale lokalnego przewodnika.

Co do kwestii lokalnych agencji dość wyraźnie podkreślam w poście jedna z nich, czyli Ararattrek. Trudno, żebym ich nie wymieniła skoro to właśnie z ich usług korzystałam podczas swojego wyjazdu i jak najbardziej byłam z nich zadowolona.

I nie jest to artykuł sponsorowany. Po prostu lubię polecać to co sama sprawdziłam i moim zdaniem jest dobre.

I właśnie agencja Ararattrek spełnia te wszystkie kryteria. A poza tym działa także w Polsce. Można wszystkie kwestie ogarnąć w naszym ojczystym języku. Nie trzeba korzystać z pełnego pakietu usług, a na przykład jedynie z zezwolenia i przewodnika.

A to jedynie niektóre zalety tego biura. Dlatego też Ararrattrek polecam.

Wulkan Ararat – transport lokalny

Inną niewątpliwie ważną kwestią dla osób wybierających się na szczyt Ararat jest dojazd.

Nie będę się oczywiście czepiać jakości transportu i ceny, bo jak dla mnie autobusy są czyste i wygodne. Ceny za bilety też nie są niczego sobie, ale.

Myślę, że w przypadku dotarcia do Doğubayazıt, lepszą opcja jest przelot samolotem. Może nie bezpośrednio do Doğubayazıt, ale do pobliskiej miejscowości.

Takie rozwiązanie pozwoli nam zaoszczędzić czas i uciążliwe warunki jazdy autobusem przez 24 godziny.

Dzisiaj mając już większe doświadczenie, zapewne zdecydowałabym się na zakup droższego biletu autobusowego, żeby tyko szybciej znaleźć się w górach.

Ale jeśli ktoś jednak ma ochotę, chęci i chciałby przeżyć przygodę w tureckim autobusie, to zapewne tańsza opcja przejazdu będzie dla niego doskonałym rozwiązaniem.

Ararat - praktyczne wskazówki

Wulkan Ararat – kartusz z gazem

Rzadko poruszam na łamach bloga kwestii posiadania gazu do celów kulinarnych na wyjeździe i tak sobie myślę, że to jest dobry moment, aby coś więcej na ten temat napisać.

Dodatkowym argumentem, przemawiającym o zasadności poruszenia problemu zakupu gazu w góry, jest fakt, że często o to pytacie.

I wcale się nie dziwię, ponieważ gaz jest jednym, jak nie jedynym sprzętem, jakiego nie możecie zabrać z Polski, podróżując samolotem.

Nie ma też się co oszukiwać jest wręcz niezbędny na wyprawie, jeśli jedziecie sami i nie zamierzacie korzystać z pakietu usług agencji wraz z gotowaniem.

Z resztą sama podczas swoich wyjazdów, jak tylko dotrę z lotniska do miejsca noclegowego, to kolejną rzeczą jaką załatwiam to idę na zakupy spożywcze, organizuję kwestie niezbędnych i wymaganych kosztów agencyjnych oraz udaję się w poszukiwaniu zakupu kartuszy z gazem.

Czas na odrobinę teorii.

Czym są owe kartusze?

To metalowe pojemniki z mieszanką butanu, czyli gazu palnego, który za pomocą odpowiedniego gwinta można przymocować do palnika.

Dlaczego akurat kartusze?

Bo dość szybko się je montuje i wymontowuje. Mało ważą i są poręczne w użytkowaniu oraz są stosunkowo tanie.

Minusem jest fakt, że szybko zużywają się na wysokości. W bardzo zimnych warunkach gaz niestety może zamarznąć. I co najistotniejsze kartusze mogą mieć różnego rodzaju gwinty, dostosowane do odpowiedniego palnika.

Ja spotkałam się z dwoma rodzajami. Z kartuszami na gwint zakręcany i zaciskowy.

W przypadku kartusza zakręcanego, najpopularniejszego, montowany jest on poprzez bezpośrednie przykręcenie pojemnika z gazem do palnika.

Podczas moich dotychczasowym wyjazdów przyznaje, że oprócz Araratu, nie miałam problemu z zakupem tego typu kartuszy. Zawsze były dostępne, a ich cena była zbliżona do ceny w Polsce.

Na swoich wyjazdach, w szczególności na szczyty grubo ponad 6 000 m n.p.m., najczęściej kupuje dwa kartusze po 250 ml gazu. Tak właśnie zrobiłam jadąc na szczyt Aconcagua i gazu mi wystarczyło, a przecież pod ta górą siedziałam dotychczas najdłużej.

Drogi rodzaj kartuszy, jak sama nazwa sugeruje zaciskowych, mocuje się do palnika za pomocą zacisku.

Szczerze tego typu kartusze są już bardzo mało popularne i praktycznie ich nie spotykam na swoich wyprawach.

Ale co zrobić, jeśli nie uda nam się dostać gotowych kartuszy z gazem w miejscu w którym jesteśmy? A wiadomo nie ma gazu, nie ma jedzenia w górach.

Taka właśnie miała miejsce sytuacja w Turcji. Agencja poinformowała mnie, że nie ma możliwości zakupu kartuszy zakręcanych z gazem w Doğubayazıt. Są jedynie gotowe butle gazowe z palnikiem na stałe.

Oczywiście dzisiaj szukałam bym kartuszy w sklepach sportowych w Stambule. Ale wtedy, podczas swojego pierwszego wyjazdu, nie byłam jeszcze taka cwana i do przodu za jednym zamachem.
Ale nie wybiegając po za temat zbyt daleko.

Co w takiej sytuacji zrobić?

W takiej sytuacji nie zostaje nic innego, jak zaopatrzyć się w palnik do użytku z paliwem płynnym, typu benzyna.

Mało tego na runku są też dostępne palniki uniwersalne zarówno pod paliwo płynne jak i gaz.

No to już jest bajka. Przy takim sprzęcie już nic nie jest wstanie was zaskoczyć.

Wiem co teraz powiecie. Że to opcja droga. Droga? Cholernie droga.

No niestety, jak powiedział klasyk, są plusy dodatnie i plusy ujemne. A cena takiego palnika jest właśnie takim plusem ujemnym. Bo płacicie sporą kasę rzędu 600 zł, za coś co przyda wam się na każdym wyjeździe. Jest uniwersalne, małe i niezawodne.

Moim zdaniem, a właściwie najczęściej właśnie taki przekonaniem posługuję się kupując sprzęt w góry, palnik jest takim sprzętem w góry, za który warto zapłacić sporo kasy.

A jeśli, wyjazdy w góry, to nie jest dla was jednorazowa przygoda i incydent na który wpadliście w pracy siedzą przed biurkiem monitora. Chcecie, macie w planach lub już się zaraziliście chorobą, która nazywa się wyjazdy w góry, to na pewno inwestycja w dobry, praktyczny i wygodny sprzęt będzie najlepsza dla was.

Osobiście, jeśli nie mam pewności, że na miejscu w jakimś kraju dostanę zakręcany kartusz z gazem, zabieram z Polski ten palnik.

Mam jeszcze dwa mniejsze palniki pod kartusze zakręcane, ale najczęściej jako drugą opcję zabieram ze sobą Jetboila.

W górach jestem minimalistką i nie lubię dźwigać rzeczy niepotrzebnych i bez sensu. Stąd wizja jednego lekkiego garnka zdecydowanie przypadła mi do gustu.

I to tyle o kartuszach.

Nigdy nie spodziewałam się, że aż tyle stron można napisać na temat samych kartuszy z gazem.

 

 

Na zakończenie osoby zainteresowane tematem wulkanu Ararat zapraszam do zapoznania się z informatorem praktycznym, gdzie krok po kroku opisałam jak zorganizować wyprawę na szczyt Ararat samodzielnie.
Informator został przygotowany w dwóch wersjach. Tekstowej do wydruku i drugiej ze zdjęciami, które przedstawiają okolicę i drogę podejścia na szczyt Ararat.

To co już wcześniej na łamach bloga wam pisałam, praktycznie dla samych zdjęć warto informator przejrzeć. Jest tych zdjęć naprawdę sporo bo prawie 30 sztuk. A zatem informator w takiej ilustrowanej formie można potraktować jak album do oglądania.

Z górskimi pozdrowieniami

 

podpis

 

PS. Już dzisiaj zdradzam, że kolejny informator będzie o jednej Wysp Kanaryjskich – Teneryfie. Z naciskiem na górski krajobraz wyspy, a jego premiera przewidziana jest na 29 marca. No to zabieram się za pisanie.


Ararat Informator Promocja duże

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.