Bieg Wisły 2013

with Brak komentarzy

Logo Bieg Wisły WarszawaUnder the Bridge albo to Deja vu, gdzie piękna Beyonce tyłkiem przed kamerą wymachuje, takie są moje pierwsze skojarzenia.

Ale nie o tyłku będzie dzisiaj mowa tylko o ostatnim moim starcie w zawodach.

A mowa o Biegu Wisły, który odbył się 12 maja.

Piszę tego posta z lekkim opóźnieniem, ale całkowicie opuściła mnie ostatnio wena twórcza. Nie wiem czy to wina intensywnych treningów, czy też ogólnego zmęczenia z niewyspania.

Bo co tu dużo mówić, ostatnio wiodę zdecydowanie kreci tryb życia.

A za metą

Z lekką zadyszką przekraczam linie oznajmującą, że to już koniec dzisiejszego biegu. W około nagromadziło się niewiele widzów, chociaż i tak jest lepiej niż rok temu.

Już drugi raz startuję w Biegu Wisły.

W zeszłym roku to była moja druga przebiegnięta dycha w życiu, a właściwie to był mój pierwszy jedenasty kilometr przebiegnięty, bo trasa była nieatestowana i biegła dwoma brzegami rzeki Wisły.

Na mecie czekali na mnie moi jedyni wierni fani i kibice, czyli ukochana rodzinka.

Oczywiście nie wierzyli, czy w ogóle dobiegnę, ale jednak się udało i radości było co niemiara.

Nikt się jednak wtedy nie spodziewał, że za rok w tym samym miejscu o prawie tej samej porze wystartuje w swoich pierwszych zawodach na dystansie 10 km mój tato. A jednak życie bywa zaskakujące.

Tatunio jakimś cudem dotrwał do mety, czyli ukończył bieg i co najważniejsze mimo tak morderczego jak dla niego wysiłku nadal żyje i co tu dużo się rozpisywać, facet ma fantazję, podobnie jak jego córunia i planuje dalsze starty.

I to nie jakieś tam dychy. Chce jeszcze w te wakacje wystartować w półmaratonie.

Jeśli sam siebie do zawału nie doprowadzi to z pewnością doprowadzi do tego stanu resztę rodziny, obawiającą się o jego zdrowie.

Ciężka ta pierwsza pętla. Wlekła się, że … – stwierdzam próbując łapać powietrze w płuca – Ale jak już się tą pętle przebiegło, to potem już z górki. Byle do przodu. Jeden most, drugi most. Gdzieś na trasie kątem oka zauważyłam Stare Miasto za Wisłą i już wiem. Oho jestem pod Mostem Dąbrowskiego. A potem kawałek do Mostu Świętokrzyskiego i już z górki, czyli krótki bieg pod mostem średnicowym i pod Mostem Poniatowskiego, a za nim to już meta …

Tak w niewielkim skrócie streszczam przebieg dzisiejszej trasy. A tu nagle z za gęstych drzew wynurza się dobrze znana mi sylwetka pewnej postaci.

Asia? Dajesz! – krzyczę, podskakując w miejscu – Pierwszy raz przybiega na metę po mnie? Co jest? – pytam zdziwiona sama siebie.

W końcu pierwsza

Spóźniłam się. – oznajmia Asia jednocześnie uśmiechając w moją stronę. – Myślałam, że zawody zaczynają się o 11:00. Nie wiem jakim cudem jak odpaliłam neta to mi się wyświetliła zeszłoroczna strona zawodów. Dopiero później się zorientowałam.

Cała Asia. Zorganizowana i ogarnięta. Typowa Pani magister psychologii.

 

podpis


Moje zdjęcia z zawodów

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.