Ultramaraton Podkarpacki 2014

with Brak komentarzy

Tekst powstał w 2014 roku, a ponieważ zbliża się druga edycja tych zawodów to odświeżam i umieszczam na blogu. Miłej lektury.

Powoli mija mi depresja po startowa. I w końcu mogę się zabrać za tego posta, bo jest o czym pisać.

Tak więc, puki emocje jeszcze we mnie drzemią po tym starcie oznajmiam, iż jestem mega pozytywnie zaskoczona.

To całe moje zaskoczenie oczywiście przepełnia mnie niebywałą radością, co daje mi takiego kopa, że najchętniej to bym się z marszu zapisała na kolejne tego typu zawody, najlepiej od razu na 200 km.

Tak, tak się właśnie czuję.

Tym razem relacja będzie krótka, powiedzmy że zwięzła i na temat.

Na początek kilka informacji o moim przygotowaniu, następnie postaram się opisać same zawody, a na koniec kilka słów od siebie i dla siebie, czyli prywata na blogu. No to co?

Czas zacząć.

Moje przygotowanie sprzętowe

Pisałam na blogu, że będę startować w wersji minimalistycznej i tak się stało z tym, że zamiast fioletowych spodenek założyłam gacie z nogawkami 3/4 z Tchibo i mój maratoński niebieski podkoszulek postanowiłam wymienić na koszulkę Salewy, którą dostałam w zestawie.

Dodatkowe spodnie do biegania zabrałam ze sobą w obawie o pogodę i niższe temperatury, natomiast koszulkę po prostu jak zobaczyłam to musiałam założyć.

Ona jest po prostu boska, piękna, przecudna i nie mogłam się oprzeć, żeby to właśnie w niej wystartować.

Tak więc strój jak widać trochę na opak, niezgodnie z planem.

Do tego wszystkiego zabrałam plecaczek, bukłak 1 litrowy, paczkę apap’u, który guzik mi pomógł na trasie. Oczywiście skarpetki, buciki Asics’a, które zgodnie z przewidywaniami spisały się po mistrzowsku i nie skasowały mi ani jednego paznokcia oraz czapeczkę Kalenji.

Aha może jeszcze chusteczki higieniczne, komórkę, którą pstrykałam zdjęcia po drodze i mp3, która z założenia miała zostać uruchomiona po 40 km i też się stało.

Jednak po poprzewlekaniu tych wszystkich kabli przez koszulkę i biustonosz, żeby mi się nie przesuwały w czasie biegu i po włączeniu i przesłuchaniu z połowy piosenki stwierdziłam, że to tak bez sensu z tą muzyką biec, że nijak mi to pasuje. Więc wyłączyłam sprzęt i schowałam z powrotem do plecaka.

W taki oto sposób przebiegłam pierwszy raz, odkąd biegam, jakikolwiek odcinek bez muzyki w tle.

Co jadłam na trasie

A wracając do wyposażenia jeszcze chciałam nadmienić, iż nie zabrałam ze sobą żadnych żeli energetycznych, magnezu itp.

Poiłam się wodą z bukłaka, a na punktach żywnościowych energetykiem. Jadłam tylko na punktach żywnościowych.

Na 23 km zjadłam pół banana. Na 40 km jednego całego banan, kilka rodzynek i jedno ciastko. A na 54 km jak dorwałam tych drożdżówek … to nie dziwota, że mi się już biegać odechciało 😉 Do tego zjadłam jeszcze dwa banany.

Ultramaraton Podkarpacki 2014

Moje przygotowanie treningowe

Właściwie przygotowania nie było wcale. Po sezonie maratońskim poleciałam dwa razy na 20 km i tyle.

W tygodniu postawiłam głównie na wzmocnienie i budowanie siły. Do tego krótkie przebieżki do 5 km na bieżni w formie interwałów, których nie znoszę i podbiegów, które uwielbiam. I tyle.

Na trasie zdecydowanie brakowało mi długiego wybiegania.

Ostatnio mailowałam z Piotrem z którym ostatnio byłam na wyprawie i Piotr oznajmił, że musiałam być nieźle wytrenowana, że nie zaznałam żadnego uszczerbku na zdrowiu.

Piotr jest lekarzem, więc bardzo mi było miło usłyszeć takie słowa z jego ust. Poza tym jego stwierdzenie dało mi wiele do myślenia.

Bo skoro moje pseudo treningi wyglądały tak marnie to skąd to wytrenowanie.

Zaczęłam się poważnie zastanawiać nad tym fenomenem i doszłam do wniosku, że oprócz genów długodystansowca, które noszę w sobie dzięki rodzinie, za pewne siła wytrzymałości moich stawów jest związana z moim częstym góro-szwendactwem niejednokrotnie z obciążeniem i łażeniem po Warszawie.

Od 2010 roku nie posiadam karty miejskiej. Wszędzie chodzę na piechotę. Właściwie od jakiegoś czasu utarło się moje słynne stwierdzenie, dlaczego do pracy nie jeżdżę nawet rowerem, bo mi się nie opłaca go z pierwszego piętra z nosić na dół, a poza tym to mam za blisko (3 km w jedną stronę).

I tak doszukując się przyczyny mojej obecnej kondycji fizycznej zabrałam się za wyliczenia przebytego dziennie kilometrażu z mapą Warszawy w rękach.

O dziwo wyszło mi że dziennie przebywam min 10 km na nogach, oczywiście w różnym tempie.

A niejednokrotnie muszę gnać na ten fitness jak szalona, żeby sobie na te pół godziny przed zajęciami trening na bieżni zrobić.

O zawodach słów kilka

Na początku warto wspomnieć, iż zawody te cechuje bezproblemowy dojazd, bowiem cała impreza odbywa się w Rzeszowie.

Samo biuro zawodów położone jest w centrum miasta, blisko linii startu i mety, która mieści się w samym sercu Rynku Starego Miasta.

W tym samym budynku, w którym zostało ulokowane biuro zawodów, znajduje się tak zwana „strefa relaxu”, czyli noclegownia.

Dla biegaczy przyjeżdżających spoza Rzeszowa udostępniona jest sala gimnastyczna ze sprawnie działającymi sanitariami i prysznicami. W kobiecych toaletach kolejek brak. To już specyfika tych zawodów, że pierwszy raz można skorzystać z damskiej toalety bez stania w kolejce, kiedy w męskiej nie jest już to takie proste i trzeba czasem odstać swoje.

A co w zestawie startowym

Czas na zestaw startowy, a w nim był kupon na papu po biegu, koszulka Salewy, w wersji damskiej zajebista, nawet panowie tak stwierdzili, bufa, ręcznik, plastikowy kubek składany, oczywiście dokładna mapa trasy i wszelkiego rodzaju informacje kontaktowe.

Ekipa obsługująca zawody podeszła do projektu mega profesjonalnie. Jak dla mnie brak zastrzeżeń.

Trasa biegu

Trasa, co tu dużo pisać, przede wszystkim przepiękne widoki, a poza tym bardzo dobrze oznakowana taśmami i sprayem na asfalcie. Bardzo gęste oznaczenia praktycznie ciężko by było się zgubić.

Na punktach zapalnych o zmiennym kierunku ruchu zawsze stał ktoś z ekipy organizacyjnej, bądź ktoś ze służb mundurowych. Niektórzy policjanci częstowali ciastkami. Mi się obleciało 🙂

Profil trasy prawie płaski. To nie są zawody odbywające się w terenie typowo górskim, dlatego też polecam ten bieg ultrasom początkującym w tym temacie.

W pierwszym odcinku troszeczkę ostrzej, ze trzy mocniejsze podbiegi. Potem już w miarę płasko, głównie „wiejskimi” drogami asfaltowymi, ale także ścieżkami leśnymi i użytkami rolnymi. Uwaga na traktory.

Punkty żywnościowe bardzo dobrze zaopatrzone w banany, ciastka, rodzynki, orzechy, drożdżówki, a do picia w wodę i energetyk.

Obsługa bardzo pomocna i uprzejma. Także bez zastrzeżeń.

Na mecie rozstawione wanienki z wodą i jedzenia po pas. Oczywiście można skorzystać z ciepłego posiłku do wyboru.

Poza tym osoby nocujące na sali miały cały czas do dyspozycji poczęstunek z punktów żywnościowych, tak więc nikt na pewno nie przymierał głodem.

Moje wrażenia

Bardzo miła atmosfera. Impreza ma charakter kameralny. Bardzo dobra organizacja. Trudno mi się czegokolwiek doczepić.

Kilka słów od siebie i dla siebie

To była wprawdzie moja pierwsza impreza ultra, ale jestem mega zaskoczona takim długim bieganiem. Spotkałam fajnych ludzi i jestem bardzo zadowolona z rezultatu jaki uzyskałam.

Jedyne co powinnam zmienić w trakcie tego mojego długiego biegania to więcej pić na trasie, może zabrać kijki, energetyki jakieś i pas na numer, który niestety został w domu.

Aha na trasie można spotkać dziki. Ja miałam tą przyjemność 🙂

 

podpis


Moje zdjęcia z zawodów

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from