Teneryfa – podsumowanie wyprawy

with Brak komentarzy

Zdjęcie góry TenoJuż czwarty tydzień mija od mojej ostatniej wyprawy na Teneryfę, a ja nie napisałam jeszcze dla was relacji z tego wyjazdu.

Tak więc najwyższy czas nadrobić zaległości.

Właśnie siedzę przed monitorem i tak się zastanawiam, czy mi się uda przelać na łamach bloga wszystkie emocje jakie mi towarzyszyły w trakcie, jak i po tej wyprawy. I wiecie co? Nie jest to takie proste.

Na początku był ….

Pomysł. A właściwie jedna myśl.

Gdzieś w księgarni dopatrzyłam się na okładce jednego z przewodników czegoś co mi górę przypomina, a właściwie wulkan. A co to? Co to za szczyt?

Standardowo pojawiło się pytanie w mojej głowie i po kilku minutach już wiedziałam, że to Pico de Teide, najwyższy szczyt Hiszpanii i że ma niewiele ponad 3700 m n.p.m. Co najważniejsze, znajduje się na Teneryfie. Teneryfie? Przecież tam nie ma nic oprócz plaż.

I tak się zaczęło. Potem był empik raz, drugi, trzeci i w sumie już miałam zaplanowany cały wyjazd.

Tak zazwyczaj wpadam na wyjazdowe pomysły. A jak już się porządnie zagnieżdżą w mojej głowie, to nie pozostaje mi nic innego jak kupić bilet lotniczy i jechać. Tak też było w przypadku Teneryfy.

Tak na prawdę to tydzień przed wylotem do Iranu, miałam już kupione bilety lotnicze do Indii na Stok Kangri i właśnie na Teneryfę.

Od pomysłu do pomysłu

Praktycznie do samego końca nie wiedziałam, w jakim duchu będzie przebiegać moja wyprawa.

Rozum podpowiadał tradycyjne podejście z ciężkim plecakiem i kupą sprzętu. Serce chciało jak zawsze coś nowego. A tym nowym miał być właśnie wyjazd na lekko.

Wahałam się długo. Codziennie analizowałam prognozy pogody na wyspie i koniec w końcu zdecydowałam się zaryzykować.

Tym razem jadę na lekko. To będzie nietypowy wyjazd.

Kalendarium wyprawy

Cała wyprawa była nieźle napięta.

Jeszcze nigdy nie jechałam na wyjazd gdzie miałam zarezerwowany na każdy dzień nocleg. Żadnych możliwości przesunięcia. Gdyby coś nie wypaliło po drodze, drugie by się posypało w kolejnych dniach.

Wszystko dograne w szczegółach. No może prawie wszystko, ponieważ nie obyło się bez wpadek. Zresztą jak zawsze.

Sam wyjazd z założenia trwał tylko tydzień.

Pico de Teide góra niewielka, więc i po co więcej tam siedzieć. Oj jak ja się straszenie pomyliłam.

Z Polski wyleciałam 17 września w sobotę. Tego samego dnia pierwszy raz mogłam zobaczyć ocean z plaży w miejscowości El Medano.

18 września zaplanowałam dzień restowy.

Plaża, słońce, ocean. To był czas beztroskiego biegania w samym kostiumie kąpielowym od plaży do plaży.

W międzyczasie wbiegłam sobie na pobliskie dwa wulkany, m.in. na Mount Roja, z którego mogłam podziwiać pierwszy raz na żywo szczyt Pico de Teide.

To właśnie tego dnia pojawiła się w mojej głowie myśl, a może by tak odpuścić ten wulkan. Miałabym niezły powód aby tu wrócić. Wtedy właśnie zakochałam się w Teneryfie.

19 września powoli przemieszczałam się w kierunku Pico de Teide. Noc spędziłam w miejscowości Vilaflor.

Za dnia oddawałam się uciechom smakowania lokalnej kuchni i karmiłam swoje oczy nieziemskimi widokami podczas wycieczek po pobliskich górkach.

20 września pojechałam w region Parku Narodowego Pico de Teide i ostatecznie postanowiłam nie wchodzić na szczyt.

Powód czytaj poniżej.

Mimo faktu, że odpuściłam sobie wejście na ten szczyt, to moja miłość do Teneryfy wcale nie osłabła, wręcz przeciwnie. A może to moje niewejście to był tylko taki pretekst?

21 września pojechałam w stronę Gór Teno.

Całą drogę pokonałam pięcioma autobusami. Przejechałam niemal pół Teneryfy, odwiedzając takie miejscowości jak Arona, Los Cristianos, Costa Adeje, Los Gigantos, czy też Santiago del Teide.

Po trzecim autobusie myślałam, że zwymiotuję. Na szczęście jakoś się udało i popołudniu znalazłam się w miejscowości Las Portelas, gdzie po obiedzie mogłam wybrać się na mały rekonesans.

Wtedy Teneryfa kolejny już raz mnie zaskoczyła.

22 września w końcu było takie prawdziwe bieganie po górach.

Udało mi się przedostać do miejscowości Maska i Los Carrizales, a następnie przebiec niewielki odcinek grani gór Teno.

Po południu polazłam jeszcze do Las Palmas przez Las Lagunetas.

Góry Teno wywarły na mnie niesamowite wrażenie. Zero turystów. Zupełnie inny klimat.

Poza tym po raz pierwszy sięgając po jeżyny musiałam wspinać się na palce. Więcej o tych górach napiszę w kolejnym wpisie.

23 września opuściłam północną Teneryfę i wróciłam na południe.

Całą trasę pokonałam autobusem w kostiumie kąpielowym, żeby jak najszybciej po przyjeździe do Los Cristianos udać się nad ocean.

24 września wracam do Polski. Do ostatnich chwil korzystam z możliwości jakie daje mi ocean.

A ponieważ lot do Warszawy miałam dopiero o 17, to był to idealny czas aby do końca mojego pobytu na wyspie skorzystać z uroków oceanu.

Szczyt Pico de Teide

Wyprawa inna niż wszystkie

Teneryfa nigdy nie była kierunkiem moich górskich marzeń. I w sumie znalazła się na liście moich celów wyprawowych przez przypadek.

I mimo tego, że w żaden sposób bym się tego nigdy nie spodziewała, to wyjazd ten otworzył przede mną zupełnie inne możliwości wyjazdowe.

Nie chcę zdradzać więcej szczegółów, bo to by zepsuło niespodziankę, ale narodziło się w mojej głowie kilka fajnych projektów, w które mam zamiar się zaangażować w najbliższym czasie.

To, że Teneryfą jestem całkowicie zauroczona, zdołałam już w tym poście podkreślić wielokrotnie. Co tu więcej ukrywać. Ta wyspa ma do zaoferowania coś więcej niż tylko plaże.

Tam są góry wyższe niż w Polsce, piękne granie niemal stworzone do biegania, można też wspinać się na pobliskich skałach. Poza tym znajdzie się coś także dla osób które wolą sporty wodne m.in. moje utęsknione nurkowanie. No i co najważniejsze to wyspa wiecznej wiosny.

Przyznam się szczerze, że nie chciało mi się jechać na tą wyprawę.

O mały włos bym na nią nie pojechała, ponieważ zapomniałam nastawić budzik przed wylotem. Ale mimo tego całego mojego nie chce mi się czułam, że ja tam po prostu muszę jechać, że to będzie coś niezwykłego, nowego i tak właśnie było.

Jak już pisałam wyżej, Teneryfa narobiła mi apetytu na więcej i poszerzyła wyprawowe horyzonty.

Oczywiście nie zamierzam rezygnować z kierunku wyjazdów jaki dotychczas wybrałam, ale z pewnością chcę robić też w górach coś zupełnie innego. I właśnie to „coś” pokazała mi Teneryfa.

Wielkie rozczarowania

Nie wszystko jednak poszło na wyprawie tak jak planowałam. Były też małe lub większe niedociągnięcia organizacyjne.

Jednym z nich było Pico de Teide.

Założyłam, że wbiegnę na ten szczyt w ciągu jednego dnia. Co w niewielkim skrócie pokazało by, że mam do pokonania w poziomie ponad 60 km. Już nie wspominając o pionie.

Co tu gadać. Lekko się przeliczyłam.

Ostatecznie podjęłam decyzje o dojeździe autobusem najwyżej jak się da. Oczywiście ten pomysł też spełzł na niczym, bo przed wylotem nie sprawdziłam, że powrotny autobus do Vilaflor mam o 15:15, a moje zezwolenie rozpoczynało się od godziny 15:00. Jednym słowem klapa.

Od razu było wiadomo, że na ten autobus nie zdążę.

Ale ja się tak łatwo nie poddaję i miałam jeszcze jeden plan w zanadrzu. Plan C, który zakładał, iż wjadę kolejką na 3500 m n.p.m. i ostatnie 200 m do szczytu pokonam na piechotę.

Wszystko pięknie i w ogóle, ale do samej kolejki kolejka co najmniej trzy razy taka jak na Kasprowy, a poza tym takie wejście 200 metrowe nie jest w moim stylu.

Dodatkowo i tak bym na ten ostatni autobus nie zdarzyłam. W ten sposób podjęłam decyzję, że odpuszczam.

A tak w ogóle to nie chciało mi się tam wchodzić 😉

Z bieganiem też nie było lepiej.

Zgodnie z założeniem miałam wszędzie biegać. Nic z tego.

Moje pierwsze próby biegowe na tej wyspie w pierwszy dzień po przylocie w drodze z lotniska do miejscowości El Medano okazały się fiaskiem.

Trzy kilometry pokonywał wzdłuż drogi asfaltowej, gdzie omal nie straciłam życia. Po ciągłym wysłuchiwaniu trąbienia postanowiłam zejść z drogi gdzie resztę biegowej trasy pokonałam lawirując między kaktusami i innymi krzakami. I tyle było z biegania.

No może poza górami Teno, bieganiem po plaży i ucieczce przed psami w El Palmar. To ostatnie było dość traumatycznym przeżyciem, chociaż mogłam w końcu przekonać się empirycznie jaki to we mnie drzemie biegowy potencjał.

Nigdy bym się nie spodziewała, że mogę osiągnąć takie prędkości, co prawda nie ustępowały one tym osiągniętym podczas Ultramaratonu Podkarpackiego, gdzie spotkałam dzika na trasie, ale i tak było nieźle.

Teneryfa wulkan Pico Viejo

Trochę praktycznie

Zastanawiam się właściwie co powinnam napisać w tej części mojego posta. Co prawda całej Teneryfy nie udało mi się zwiedzić, ale myślę, że wciągu tych kilku dni udało mi się sporo zobaczyć.

Cały mój wyjazd był zorganizowany bez wsparcia żadnego biura. Wszystkie formalności, loty i noclegi załatwiałam sama.

Żywiłam się w restauracja, lub robiąc zakupy w pobliskich sklepach. A więc cały wyjazd jest możliwy do ogarnięcia.

Mimo, że mogłabym tu pisać i pisać, to chciałabym się skupić na wątku dotyczącym samego Pico de Teide, bo jak na razie nie będę do niego wracać na łamach bloga.

A więc, wspinanie na najwyższy szczyt Hiszpanii jest możliwe.

Potrzebne jest nam do tego celu zezwolenie, które możemy uzyskać całkowicie za darmo. Wszystkie niezbędne informacje znajdziecie tutaj.

W praktyce robimy rezerwację wejścia, wybierając dzień i konkretną godzinę, a następnie dostajemy maila potwierdzającego rezerwację, czyli nasze zezwolenie.

Istnieje też druga droga bez załatwiania powyższego zezwolenia. W tym celu rezerwujemy nocleg w schronisku i z rana, przed dzikim tłumem, wchodzimy na szczyt. Ta opcja została opisana w linku.

I jeszcze jedna ważna rzecz.

Koniecznie sprawdźcie połączenia na wyspie. Wszystkie szczegóły znajdziecie tutaj.

Teneryfa posiada bardzo dobrą komunikację miejską. Niemal w każdy zakątek wyspy można dostać się autobusem, co zdecydowanie ułatwia podróżowanie.

Dzisiaj tyle ode mnie 🙂


Szczyt Pico de Teide

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from