Stok Kangri – podsumowanie wyprawy

with Brak komentarzy

Flagi modlitewne w Leh IndieJestem. Wróciłam. Wróciłam z gór. Z kolejnej wyprawy w tym roku. Całkowicie szczęśliwa. Zadowolona z siebie.

W końcu byłam na szczycie sześciotysięcznika.

To była wyprawa tego roku. Taki główny cel. Cel do którego przygotowywałam się cały Boży rok. No i się udało.

Tak rozpoczęłam pisanie swojego posta na blogu tuż po powrocie z Indii.

20 sierpnia stanęłam na szczycie Stok Kangri w Himalajach Indyjskich i jestem bardzo zaskoczona, ponieważ cała akcja wejścia na szczyt i podejścia do base campu zajęła mi jedynie 4 dni.

Poza tym czułam się doskonale, jak nigdy. Żadnych objawów choroby wysokościowej i innych dolegliwości zdrowotnych.

Ponadto mimo ogólnie kiepskiej pogody, w trakcie wejścia na szczyt towarzyszyło mi bezchmurne niebo i pełnia księżyca. Normalnie bajka.

Małe podsumowanie

Mimo tego, iż całą wyprawę zorganizowałam w ciągu czterech tygodni przed wylotem, to muszę uznać, że to był sukces.

Poza tym z początku nie zakładałam, iż w ogóle w Himalaje pojadę w tym roku, a jednak zmieniając swój cel wyjazdu i poszukując kolejnego sześciotysięcznika, wybór, jakim był Stok Kangri muszę uznać za strzał w dziesiątkę.

Na samej wyprawie, wszystko poszło sprawnie i bez poślizgnięć w czasie. Praktycznie już po trzech godzinach po przylocie do Leh, miała w ręku zezwolenie, byłam po obiedzie, z kupionym zapasem gazu i udało mi się zobaczyć co nie co w samym miasteczku.

Właśnie o zezwolenie bałam się najbardziej, ponieważ przede mną nikt z Polski nie był na tej górze solo.

Bynajmniej żadnej relacji na ten temat nie znalazłam w internecie.

Wiedziałam, że zezwolenie można dostać w Leh, ale wciąż w głowie miałam obawy, iż jako samotna kobieta mogę mieć z tym problem.

Ostatecznie, przy samym już wypełnianiu wniosku dostałam pytanie, kto jest liderem i przewodnikiem mojej grupy. Odparłam, że ja. Na co mój rozmówca troszeczkę spojrzał na mnie ze zdziwieniem, ale zaraz dodał. A jesteś experiences mountaineer? A ja tylko potwierdziłam znacząco kiwając głową i już po chwili mogłam cieszyć się świeżutkim permitem.

Wiem pewnie to praktyka, doświadczenie i szósty zmysł, ale co by nie powiedzieć to z wyprawy na wyprawę skuteczność załatwianych przeze mnie formalności wzrasta o 100%.

No dobra już się nie chwalę.

Widok ze stok kangri

Kalendarium wyprawy

Czas na szczegóły.

– 13.08 – 14.08 – Warszawa – Indzie New Delhi z międzylądowaniem w Dubaju. Nocleg w New Delhi. W czasie lotu z Dubaju do New Delhi natrafiłam w samolocie na Asię. Jak się później okazało, Asia także leciała do Leh, z tym że na wyprawę motocyklową. Tak na prawdę tego samego dnia wyleciałyśmy do Leh, gdzie nasze drogi się całkowicie rozeszły i dopiero po powrocie w Polsce udało nam się skontaktować.

– 15.08 – Przelot z rana z New Delhi do Leh, następnie przejazd z lotniska do hostelu.

– 15.08 – 16.08 – Dwa dni spędzone w Leh. Załatwianie formalności: zezwolenia na szczyt i zakup niezbędnego ekwipunku m.in. gazu. Trochę też udało mi się zwiedzić Leh.

– 17.08. – Podjazd taksówką do miejscowości Stok i rozpoczęcie trekingu. Podejście na wysokość 4200 m. n.p.m. – Mankorma.

Mimo świetnej kondycji i zerowych objawów wysokości mogłam sobie pozwolić na podejście jednego dnia do base campu, jednak stwierdziłam, że nie ma co przesadzać i trzeba się porządnie zaklimatyzować.

Poza tym nie korzystałam z żadnego transportu i wszystko wnosiłam na plecach, więc nie chciałam się całkowicie zajechać.

– 18.08. – Po nocce spędzonej na 4300 m n.p.m. następnego dnia podeszłam do base camp’u na ok. 5000 m n.p.m. Byłam jedyną osobą tego dnia, która przyszła do głównego obozu z całym dobytkiem na plecach.

Nie ukrywam, że byłam ostatnia, ale kiedy wdrapałam się na wzgórze, gdzie było rozłożone obozowisko, ludzie w oddali machali do mnie rękami, krzyczeli w moim kierunku, że już jestem na miejscu, niektórzy nawet klaskali. Czułam się jakbym co najmniej z jakiegoś ośmiotysięcznika schodziła, a ja dopiero dotarłam do base camp’u.

– 19.08. – Nieudane wyjście na szczyt. Nie będę ukrywać, po prostu zaspałam i obudziłam się o 9 rano, dlatego resztę dnia poświęciłam na aklimatyzację i podeszłam sobie na spokojnie na 5300 m n.p.m.

Na szczęście nie było czego żałować, bo pogoda była beznadziejna i większość osób, które tego dnia wyszły w kierunku szczytu, musiał zawrócić na grani.

– 20.08. – Pobudka o 11:00 w nocy. Wyjście o godzinie 24:00.

To była wyjątkowa i piękna noc. Przed przełęczą całkowicie wyłączyłam czołówkę. Pełnia księżyca i miliony gwiazd, chyba zapamiętam do końca życia.

Samo podejście na szczyt, czyli jakieś 1300 m w pionie, zajęło mi 8 godzin. Poza tym udało mi się zejść do bace campu, gdzie tylko dorwałam w namiocie jakieś żelki, skonsumowałam ze trzy i od razu zasnęłam.

– 21.08. – Tego dnia zeszłam do Stok, a następnie w biegu udało mi się złapać taksówkę do Leh, gdzie spędziłam kolejnych kilka dni oddając się uciechom zwiedzania i jedzenia.

– 26.08. – Przelot z Leh do New Delhi.

– 27.08. – Wegetacja w New Delhi. To były ciężkie dwa dni.

Jak wiadomo Indie w porze monsumowej są nie do zniesienia, a poza tym zarezerwowałam sobie hotel w dzielnicy bazarowej. Normalnie porażka.

– 28.08. – W końcu powrót do domu.

Tyle z kalendarium. Jestem wręcz zszokowana, że tak szybko udało mi się wejść na szczyt.

W planie wyjazdu zakładałam dość solidny zapas dni na wszelki wypadek, a tutaj taka niespodzianka.

Niewątpliwie jest to zasługa wcześniejszego wejściem na Damawand i mojej suplementacji, którą zastosowałam przed wyjazdem.

Co zabrałam ze sobą

A właściwie, czego nie zabrała, bo tak na prawdę dobrze się spakowałam na ten wyjazd, oprócz jednej rzeczy. No właśnie.

Zamiast zabrać porządny garnek do gotowania, wzięłam kubeczek, w którym nie można niczego gotować. Oczywiście zorientowałam się za późno, a dokładnie w momencie, gdy poczułam smród topiącego się plastiku podczas postoju na 4300 m n.p.m.

Na szczęście jakoś udało się mi się przeżyć, bez ciepłej strawy, a wszystko dzięki dobrym ludziom z obsługi obozów, którzy dwa razy sprzedali mi wrzątek.

Ale i tak prawie cały pobyt w górach spędziłam na suchym prowiancie.

Szczyt Stok Kangri

Na zakończenie trochę informacji praktycznych

Jeżeli, ktoś szuka fajnego sześciotysięcznika na początek, lub chciałby zobaczyć choćby skrawek Himalajów, to zapewne wyprawa na Stok Kangri będzie doskonałą okazją.

Trudno mi oceniać czy to prosty, czy też trudny szczyt, jedno mogę potwierdzić, że na pewno wyjazd nie jest aż tak drogi, jak np. wyjazd na sześciotysięcznik w Nepalu.

Poza tym jedyną formalność jaką musimy załatwić jest permit, który i tak nie jest aż taki drogi, 3000 Rs no i co najważniejsze, załatwiamy go od ręki w ciągu niespełna 30 minut.

Tyle z formalności. No może oprócz visy do Indii, chociaż od 2015 roku obowiązuje tzw. e-visa, którą możemy sobie załatwić nawet cztery dni przed wylotem.

Na miejscu w Leh jest świetna logistyka. Hostele, sklepy, restauracje, czego dusza zapragnie. Spokojnie można zaopatrzyć się w gaz w kartuszach. Wszędzie można dostać się taksówkami. Na przykład moja taksówka do wioski Stok kosztowała mnie za pojazd 800 Rs.

Poza tym spokój i cisza, nie to co w New Delhi.

No dobrze już was więcej nie zanudzam i na dzisiaj kończę.

Gdyby jednak ktoś był zainteresowany wyjazdem na Stok Kangri i potrzebował jakiś bardziej szczegółowych informacji to zapraszam do kontaktu pod postem lub bezpośrednio na maila kontakt@magdalenaboczek.com.

 


Promocja wszystkie teksty z bloga o Stok Kangri

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from