Samsung Irena Women’s Run

with Brak komentarzy
Logo biegu Samsun Irena Women's RunPonoć ten pierwszy raz zawsze pamięta się do końca życia. No może nie w każdym przypadku, ale pierwszy start w zawodach na pewno.
Te emocje, ekscytację oraz niepokój, czy tudzież panikę.Jak to będzie?
Czy dam radę?
Jezu startuję w zawodach? Wszystko takie nowe i nieznane. Pierwszy zestaw startowy. Przypięty numer. Przygotowanie do startu.
W końcu sam bieg no i przekroczenie linii mety. A potem radość i duma z pokonanego dystansu.Myślę, że w tak niewielkim skrócie można opisać każdy start w zawodach w których brałam dotychczas udział.
A najbardziej pamiętam ten pierwszy. Pierwszy bieg w imprezie biegowej Samsung Irena Women’s Run w 2010 roku.
Jak dobrze już wiecie ostatnio zapragnęła znów powtórzyć swój start w Samsung Irena Women’s Run.
To był mój trzeci już udział w tej imprezie. Dotychczas biegłam w pierwszej, trzeciej i ostatniej, czwartej już edycji.

Babskie pogawędki

Jakie plany biegowe? – pyta mnie Asia.Właśnie sączymy kawusię w jednej z kawiarni w samym centrum Nowego Światu w Warszawie.
To taki nasz zwyczaj, że raz na jakiś czas spotykamy się właśnie tutaj, w tym konkretnym miejscu na kawie, a właściwie to na plotach.
Bo zdajemy sobie relacje ze wszystkich biegów w jakich brałyśmy ostatnimi czasy udział. Chwalimy się medalami i koszulkami, oraz obgadujemy startujących w nich mężczyzn*.
Nooo – zastanawiam się przez chwilę nad odpowiedzią, spoglądając w okno, a za nim w kamienice po drugiej stronie ulicy
No najpierw biegnę w Biegu Marszałka, a potem w Samsung Woman’s Run, czy jakoś tak.
A w tym co już biegłaś w zeszłym roku? – oznajmia pytająco Asia, nie dopuszczając mnie do głosu
Tam co nie ma medali. – stwierdza stanowczo
Eeee tam nie biegnę.Odkłada kubek na stolik i wygodnie rozsiada się na kanapie.
Są medale. – odpieram zarzuty.Asi nagle rozszerzają się źrenice ze zdziwienia.
Zapewne milion myśli kołacze jej się w głowie w tej konkretnej sekundzie, ale jedna z nich zapewne ta najważniejsza – medale.
Właśnie w tym roku wyczytałam w regulaminie, że są medale, więc się zapisałam. – kończę myśl.

Jest 2010 rok

Mój pierwszy strat w 2010 roku to był szczerze mówiąc lekki niewypał.

Najpierw ochoczo wyprułam na początek stawki, z czasem było już tylko coraz gorzej.

Nie wiem jaki miałam czas, bo w sumie nie miałam bladego pojęcia, czy ktoś zbiera takie informacje.

Numer startowy nie miał chipu.

Pamiętam jedynie, że wbiegając na ostatnie okrążenie na bieżni wokół stadionu cieszyłam się, że wreszcie jest koniec tej mojej męki.

Do dzisiaj mam numer startowy 2000 i koszulkę z tamtej imprezy, no i wspomnienia ze spotkania w damskiej szatni Pani Ireny Szewińskiej.

Jest 2012 rok

Dwa lata później, czyli w 2012 roku znowu postanowiłam wziąć udział w tym biegu.

Tym razem kibicowała mi na mecie rodzina, a doping był mi bardzo potrzebny bo byłam już tego samego dnia po innych porannych zawodach na dystansie 10 kilometrów, Biegu Wisły.

Tak więc to był mój pierwszy raz, kiedy wzięłam udział w dwóch imprezach biegowych tego samego dnia. I nomen omen na 10 km i 5 km.

Ci co mnie znają to wiedzą, że jeśli chodzi o zawody to słynę z tzw. „kanapek”, czyli startów w imprezach, które odbywają się dzień po dniu. Ale tamtego dnia to był dopiero sandwich.

Jest 2013 rok

Oszsz cholera normalnie spóźnię się. – mówię jak zawsze sama do siebie biegnąc ulicą Rozbrat w stronę stadionu przy skarpie.

Jak zawsze wszystko na ostatnią chwilę. No i trzeba było nie stać w tej kolejce po lody. Eee tam pierdziu, w końcu to tylko pięć kilometrów. Gdzie ta cholerna szatnia? Jest.

Zrzucam plecak na murawę stadionu, wyciągam z niego pospiesznie buty i skarpety.

Resztę rzeczy chowam z powrotem. W oddali już słychać nawoływania przez megafon, że wszystkie zawodniczki proszone są o przejście na linię startu.

Nerwowo tupię nogą w oczekiwaniu na swoją kolej przed szatnią.

Oszsz w mordę numer startowy. – wyrywam kobiecie z obsługi plecak z ręki. Grzebię w nim w poszukiwaniu kawałka papieru z chipem. W reszcie go znajduję i całuję z radości.

Przypinam numer do koszulki, oddaję plecak do szatni i biegiem udaję w stronę mety.

O Jezu okulary. Nie zostawiłam ich. – macham ręką lekceważąco – Dobra pobiegnę w nich.

Przed metą kłębią się już tłumy błękitnych koszulek. Czas na krótką rozgrzewkę w postaci paru wygibasów. W oddali już słuchać odliczanie do startu. 5 – 4 – 3 – …

O masz. Buty. – w ostatniej chwili wiążę obuwie i startuję.

*Oczywiście żartuję, a właściwie trochę się zgrywam. Taka mała dygresja, blog który prowadzę jest zbiorem wyników mojej nadpobudliwości ruchowej, a poza tym dobrą zabawą dla mnie. Mam nadzieję, że dla was, drodzy czytelnicy też i część zamieszczonych tutaj informacji potraktujecie z przymrużeniem oka.

 

podpis


Moje zdjęcia z zawodów

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.