Pomaratońskie luźne refleksje

with Brak komentarzy

Biegacz na trasie zawodów

Czyli podsumowanie jesiennego sezonu biegowego 2013.

Na początek informacja, że u mnie od jakiegoś czasu trwa przerwa świąteczna od biegania, tzw. SEZON NA LENIA, w trakcie której nie wolno mi przebiec dziennie więcej niż 5 km i maksymalnie trzy razy w tygodniu.

Poza tym nie tykam makaronu i bananów, za to wrzucam w siebie samo niezdrowe żarcie i hektolitry coca coli.

W końcu biegacz też musi mieć coś z życia.

A teraz czas na krótkie podsumowanie.

I tak. Jesień całkowicie została zdominowana w moim kalendarzu przez biegi maratońskie.

Cztery razy stanęłam przed linią startu i przekroczyłam linię mety, właśnie na tym królewskim dystansie.

Dwa razy pobiłam życiówkę i tym samym zbliżyłam się do Korony Maratonów. Brakuje mi jeszcze tylko jednego startu w Dębnie.

A poza tym biorąc udział w masowym biegu Biegnij Warszawo, upewniłam się, że takie tłumy to nie dla mnie. Poniedziałkowy Bieg Niepodległości przypieczętował moją decyzję. Nie startuję na dystansie 10 km w biegach w których jest limit większy niż 500 osób.

Tym sposobem zwalniam miejsce dla tych co dopiero rozpoczynają zabawę z bieganiem, którym pierwsze starty w takim tłumie dają radość i satysfakcję. Ja niestety pasuję.

I chyba to u mnie pierwszy objaw nadchodzącej starości.

Co do strat. Waga pozostała bez zmian.

Ale za to straciłam dwa paznokcie. Oczywiście straciłabym pewnie trzy, ale ten trzeci jeszcze nie zdążył całkowicie odrosnąć po wiosennym sezonie maratońskim, tak więc jego pora pewnie przypadnie na wiosnę 2014 roku.

Obiecałam wam jakiś czas temu małe podsumowanie maratonów w których dotychczas brałam udział i tak na pierwszy ogień opisałam Wrocław Maraton, Maraton Warszawski i Poznań Maraton.

Ich kolejność jest związana z terminami startów, więc proszę nie traktować jej jako pozycji w jakimkolwiek rankingu.

Cała ocena oparta jest na następujących kategoriach:

organizacja, czyli całe zaplecze, miasteczko maratońskie, biuro zawodów, noclegi, depozyty, itp.
zestaw startowy, czyli co też się kryje w tych plastikowych reklamówkach, za które trzeba tyle kasy zapłacić, oraz bardzo ważna rzecz pasta party i papu po biegu,
ciekawostka, to o czym człowiek najchętniej chciałby zapomnieć, ale ni jak się nie da,
bieg, czyli przygotowanie trasy, ocena samej trasy, punkty żywnościowe itp.
moje osobiste wrażenia to taka dodatkowa kategoria za to „coś”, co powoduje, że chce się tam wracać i wracać …

Inne moje marudzenia na temat maratonów znajdziecie na:

 

– Pomaratońskie luźne refleksje część II >>>

– Pomaratońskie luźne refleksje część III >>>

No to zaczynamy.

Wrocław Maraton

Organizacja

Całe miasteczko maratońskie znajduje się przy Stadionie Olimpijskim. Dość daleko od ścisłego centrum Wrocławia.

Za pierwszym razem dotarłam tam na piechotę, za drugim zdecydowałam się na jakiś transport.

Dojazd bezproblemowy. Budynek biura zawodów zlokalizowany jest w jednym z obiektów sportowych na hali sportowej.

Obsługa w porządku. Nie miałam problemów z informacją.

Noclegi zlokalizowane blisko startu, ewentualnie dwa przystanki tramwajem.

Spanie na dużej hali sportowej. Gorzej z sanitariami, ale prysznic jest. Toaleta i łazienki oddzielne dla kobiet i mężczyzn.

Po odebraniu zestawu startowego komunikacja miejska za darmo, tak więc można się najeździć za wszystkie czasy.

Depozyty, przebieralnie i prysznice blisko biura zawodów. Te prysznice to za wiele powiedziane. Gdzieś niby są ale nikt nie wie gdzie.

Aha toi toi’i od metra.

Zestaw startowy

Jak zawsze gratulacje dla Wrocławia za koszulkę. Co prawda mogłaby być z rękawkami, ale i tak jest najlepsza ze wszystkich jakie posiadam.

Zresztą w zeszłym roku też była fajna.

Obecnie maraton wziął pod swój patronat bank PKO BP i to widać. Impreza się rozwija.

Pasta party, tyłka nie urywa. Tak było w zeszłym roku.

W tym nie wiem, bo się czymś wcześniej zatrułam i nie skosztowałam makaronu.

Atmosfera zdecydowanie kameralna.

Po biegu żurek, herbata. Oczywiście dość duża kolejka, więc polecam najpierw się udać po depozyt, wziąć prysznic i przebrać, a potem stanąć w kolejce.

Zaraz po przekroczeniu linii mety dostajemy medal, folię NRC, wodę do picia w butelce i banany, jakby ktoś jeszcze nie miał ich dość po przebiegnięciu całej trasy.

Za linią mety stoi rząd toi toi’i i punkt masażu.

Niestety do masażu trzeba stać i czekać, ale gdzie nie trzeba. Nie ocenię umiejętności masażystów, bo mi się w kolejce stać nie chciało.

Ciekawostka:

W zestawie startowym dwie kostki cukru !!!

– to chyba lekka przesada. No chyba że to żart.

Bieg

Plus dla Wrocławia za trasę. Ciekawa i szybka. W miarę płaska.

Zero jakiś kilometrowych długich odcinków dwupasmówek, których nie znoszę. Dużo skrętów i zakrętów. Jedna pętla do przebiegnięcia.

Na początek jakaś obwodnica czy co, potem już tylko bieganie w mieście.

Na koniec Rynek Starego Miasta. Tereny zielone i mosty. No może meta nie powala.

Szkoda, że finisz jest poza stadionem, no i może już niebawem będzie zakończenie zawodów na nowym Stadionie Miejskim. Ponoć są takie plany. Jak dojdą do skutku, to do Wrocławia przyjadę jeszcze raz.

Punkty żywnościowe na trasie banany, woda, energetyk, cukier w kostkach co 5 km, co 2,5 km – sama woda.

Banany obrane! Ale też trafiają się w skórkach. Wyraźna linia półmetku.

Kilometry bardzo dobrze oznaczone, ale od 35 kilometra tak jakby wydłużały się 😉 Od 21 km oznaczenia co kilometr na trasie.

Moje osobiste wrażenie

Maraton we Wrocławiu był moim pierwszy w życiu ukończony maratonem, tak więc mam duży sentyment do tych zawodów.

Bardzo podoba mi się trasa.

Jak na razie impreza mimo przybywających  startujących z roku na rok nie traci na kameralności.

Poza tym dużo osób, które decydują się na start we Wrocławiu, reprezentują wysoki poziom biegowy.

Plus za trasę.
Minus jak dla mnie odległość do Wrocławia, a szkoda.

Maraton Warszawski

Organizacja

Miasteczko maratońskie znajduje się na koronie Stadionu Narodowego.

W biurze zawodów tłumy i kolejki, ale dają radę.

To właściwie na terenie stadionu znajduje się wszystko: biuro zawodów, depozyt, przebieralnie.

Co do noclegów nie mam pojęcia jak to wyglądają. Z regulaminu też trudno mi powiedzieć jak daleko od punktu startu i mety znajduje się miejsce noclegu.

Podobnie wygląda sytuacja natrysków i masażu po biegu. Pewnie gdzieś były, ale ja byłam na tyle zmęczona, że nie miałam na to siły, żeby ich szukać.

W dzień biegu warto, a właściwie trzeba przyjechać znacznie wcześniej, bo depozyty znajdują się na poziomie -2 i człowiek krąży i krąży wokół tego stadionu.

Przebieralnie też na -2 poziomie, od mety kawałek.

Dwa lata temu komunikacja była za darmo, w tym roku niestety nie.

Nie wiem gdzie były prysznice i masaże, podobne gdzieś w pobliżu przebieralni. Toi toi’i stoi całe rzędy.

Zestaw startowy

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja zestawów startowych.

W tym roku maraton zyskał sponsora tytularnego PZU i zdecydowanie podniósł swój poziom organizacyjny.

Domniemam że to także zasługa konkurencji, drugiego warszawskiego maratonu Orlen Marathonu, która zadziałała.

W tym roku była techniczna koszulka, czapka, worek i jakieś duperele w formie ulotek, kuponów zniżkowych.

Właściwie to w każdym zestawie startowym są jakieś kupony zniżkowe co mnie rozwala całkowicie. No bo poco mi kupon -15% na zwiedzanie Kopalni Soli w Wieliczce, albo do Klubu SPA we Wrocławiu. No dobra może miejscowy jeszcze z tego skorzysta.

Jednym słowem zestaw startowy się poprawił.

Pasta party nie oceniam, bo albo go wcale nie było, albo ja nie widziałam informacji, że takowe jest. Szukałam kuponów na imprezę i sprawdzałam informacje. Niestety na próżno.

Po biegu za linią mety czeka na nas medal i … długa wędrówka do poziomu -2 gdzie ubieramy się w reklamówkę i zabieramy wodę plus energetyk w butelkach.

Następnie czeka na nas depozyt i szatnie.

Przy wyjściu ze stadionu dostajemy ciepły posiłek, czyli makaron na tacy do odgrzania w mikrofalówce, z tym, że odgrzać to sobie możemy sami w domu.

To się Warszawa popisała.

Ciekawostka:

Moim zdaniem Maraton Warszawski ma najładniejsze medale z wielkiej piątki maratońskiej.

Przede wszystkim są okrągłe 🙂

Bieg

Trasa Warszawskiego maratonu nie należy do moich ulubionych.

No może poza początkiem, który przebiega najciekawszą częścią miasta.

Co prawda trasa biegnie może nie przez sam Rynek Starego Miasta, ale prowadzi przez Most Poniatowskiego, mijając Muzeum Narodowe, Rondo z palmą, słynną Rotundę, Pałac Kultury i Nauki, Ogród Saski, Teatr Wielki Operę Narodową, Zamek Królewski, Kolumnę Zygmunta, Ulicę Krakowskie Przedmieście z kamienicami, Cytadelę Warszawską, okrąża Pokaz Fontann, Nowe i Stare Miasto, biegnie tunelem Wisłostrady z widokiem na Wisłę oraz przecina Łazienki Królewskie.

To takie najważniejsze atrakcje, które widzimy przez pierwsze 15 kilometrów, potem jest już gorzej bo trasa skręca na Mokotów, Ursynów i znów zawraca do Mokotowa.

I tak po 36 kilometrze mijamy znów ciekawe miejsca Warszawy Plac Unii Lubelskiej, Łazienki Królewskie, czy też Plac Trzech Krzyży.

Za to wbiegnięcie na płytę Stadionu Narodowego, bezcenne.

Tutaj Warszawa ma powód do dumy.

Trasa w miarę płaska, ale tego odcinka Ursynów – Mokotów nie zapomnę nigdy do końca życia. Punkty żywnościowe co 5 kilometrów – energetyk, woda, banan, cukier w kostkach.

Od 10 kilometra co 2,5 woda do picia i odświeżenia. Rzecz warta zwrócenia uwagi to miejsca za punktami żywnościowymi do wyrzucenia kubka.

Tutaj należą się gratulacje za pomysłowość.

Trasa biegu dobrze oznaczona, a na Ursynowie liczni kibice.

Moje osobiste wrażenie

Ach ta Warszawa. Lubię tutaj biegać i nie.

Południe mnie dobija, za to północne regiony ubóstwiam.

Oczywiście będę biegać ten maraton tak długo jak będę w stanie, bo w końcu to u siebie i nie ponoszę kosztów dojazdu.  

Plus za metę na Stadionie Narodowym.
Minus za pseudo posiłek regeneracyjny po biegu.

Poznań Maraton

Organizacja

Miasteczko maratońskie znajduje się w hali Poznańskich Targów. Lokalizacja zajebista.

Blisko do Dworca PKP i w samym centrum.

W biurze zawodów załatwimy wszystko czego dusza zapragnie.

Jedynie hałas odbywających się obok targów może trochę irytować.

Noclegi kawałek od linii startu, ale organizator zapewnił dojazd autobusami, które są podstawiane z rana pod halę sportową.

Sam nocleg na dwóch halach sportowych. Sanitaria w rewelacyjnym stanie. Oczywiście toalety oddzielna dla pań i panów. Do tego prysznice.

Przebieralnia przy starcie.

Po biegu depozyty, przebieralnie, masaże, prysznice znajdują się w jednej hali blisko linii mety.

W przebieralni niestety brak ławek, tylko żywy beton.

Do depozytów nie mam zastrzeżeń. Obsługa w porządku. Dużo toi toi’i dookoła.

Zestaw startowy

Standardowo koszulka, taka sama co w zeszłym roku. Numer startowy, worek i moje ukochane bony promocyjne. Są też kupony konkursowe, ale ja nie wiem czy ktoś coś w ogóle w nich wygrywa.

Ja zazwyczaj wrzucam te kupony z odpowiedziami, a na losowaniu i tak mnie nie ma, bo gdzieś po Starówce się błąkam. I tak w każdym mieście.

Pasta party – garstka makaronu do wyboru dla mięsożerców i wegetarian za dopłatą (patrz tekst z dopiskiem ciekawostka).

Było dobre, nie powiem. Dostałam też 1,5 litra wody mineralnej niegazowanej, którą i tak tylko wszędzie taszczyłam ze sobą.

Za linią mety dostajemy dedykowaną folię NRC z napisem Poznań Maraton, medal i znów nowość.

Tego nie ma na żadnym maratonie. Napoje rozlewane są do kubków. Zarówno woda jak i energetyk. Są też banany.

Taki szwedzki stół.

No i róża. To znaczy taki kwiatek.

Matko to był mój największy problem co z tym zrobić. Lubię dostawać kwiaty, ale nie po maratonie. Tak od razu jak człowiekowi chce się pić i siąść na tyłku i chwilę odpocząć.

A tu trach badyl do ręki i mam kolejną zagwozdkę na parę minut jak to szybko upłynnić, bo dla mnie to problem, bo ja jestem dojeżdżająca. A szkoda kwiatka wypie … wprost do kosza.

Chociaż przyznam się szczerze, że to była moja pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy gdy go dostałam.

Po biegu posiłek (zupa) gratis.

Jest i piwo dla biegaczy.

Ciekawostka:

Pasta pasty – jedyne pasta party w Polsce, gdzie trzeba sobie za nie dopłacić – 2 zł.

To już legenda wśród maratończyków. Co kogoś spotkam i rozmawiamy na temat pomaratońskich wrażeń to o tym wspomina.

Bieg

Trasa. W tym roku trasa Poznańskiego Maratonu została ulepszona, a to ulepszenie polegało głównie na tym żeby biec pod górkę jak najwięcej.

Ja sama byłam zdziwiona, że znam takie przekleństwa, które padały z moich ust na samej końcówce trasy.

Ogólnie maraton ten poprowadzony jest po w miarę płaskim terenie.

Bardzo podoba mi się odcinek wokół Malty poprowadzony wśród zieleni, chociaż tam jest niezła wyrypa pod górę. Poza tym dobijały mnie dwu, trzy kilometrowe odcinki dwupasmówek, ale to zakończenie.

Co 5 kilometrów rozstawione są punkty odświeżania – woda, energetyk, banany, kostki cukru, pomarańcze i jabłka.

Brak punktów z wodą co 2,5 kilometra. Banany w skórkach.

Kilometry dobrze oznaczone, od połowy oznaczenia co kilometr. Meta dobrze zorganizowana, tylko to zdejmowanie chipów. Ale już nie narzekam.

Aha jeszcze parę słów o starcie. Dziwne strefy czasowe o literach A, B, C, D i E, co powodowało niezłe zagęszczenie w ostatnich przedziałach czasowych.

Przy takiej ilości startujących lepiej jeszcze bardziej rozbić strefy czasowe.

Moje osobiste wrażenie

Jak dla mnie Poznań jest trochę spięty w organizacji.

Odnoszę wrażenie, że za wszelką cenę chcą pokazać światu, że ich impreza jest najlepsza ze wszystkich.

Co chyba powoduje lekką frustrację. Myślę, że przydało by się trochę więcej luzu. 

Plus za organizację miasteczka maratońskiego po biegu.
Minus za trasę. W zeszłym roku mi się bardziej podobała.

Uffff … w końcu skończyłam. Następnym razem opiszę Orlen Marathon, Cracovia Maraton i Nocną Ściemę.

Pa pa!

 


Pomaratońskie refleksje Podstumowanie

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from