Półmaraton Skierniewice 2012

with Brak komentarzy

Mój pierwszy półmaraton.

Skierniewice 23 czerwca. Ciepła, a wręcz upalna sobota. Zaduch. Kilka pętli na trasie. Wokół zalewu. I dość zaskakujące zakończenie biegu.

Czemu akurat Skierniewice?

Bo nic innego w owym czasie nie było, a ja koniecznie chciałam pokonać ten dystans. Pierwszy raz w życiu. W ten konkretny weekend. Jak najszybciej.

Nie chciałam czekać w nieskończoność, no może te dwa czy trzy tygodnie.

Gdzieś tam w głowie nieśmiało kołatała się myśl o pierwszym starcie w maratonie. No ale jak to stwierdził mój ojciec:

Ty i maraton. Nie dasz rady. Nie przebiegniesz. 

To samo mówił o półmaratonie.

– Co? Półmaraton? Nie przebiegniesz.

Jakie było jego zdziwienie w oczach, że jednak przebiegłam i żyję. Zresztą sam bieg dedykowałam właśnie jemu z okazji m.in. dnia ojca.

Dzisiaj, gdy sam planuje swój pierwszy start w półmaratonie zdecydowanie paja większą wiarą we własne siły.

Połowę przebiegnę, a połowę przejdę. – stwierdził pewnego dnia odpowiadając na pytanie jaką ma taktykę na Półmaraton w Rejowie.

Szkoda, że w stosunku do moich wcześniejszych startów, czy to dziesiątek, półmaratonów czy też maratonów takim optymizmem już od niego nie biło.

Zresztą to nie tylko dotyczy moich startów w imprezach biegowych, ale także moich wyjazdów w góry. Ale to już temat na innego posta.

Gdzieś na trasie

Ostatnie okrążenie. A właściwie ostatnia prosta.

Jeszcze tylko niewielki podbieg. Jakieś kilka schodków. 50 metrów mostem po drodze asfaltowej. Zakręt krótki zbieg. 200 metrów chodnikowej kostki i zakręt między drzewami po ubitej trawiastej ścieżce.

A tam już tylko 50 metrów po usypanym żwirem terenie i wreszcie linia mety.

Raz po raz mijają mnie jacyś biegacze. Ciągnę ile się da.

Czasem i ja kogoś wymijam. Na podbiegu wyprzedzam jakąś parę, a za zakrętem kobietę w średnim wieku.

Cały czas moje myśli krążą wokół tylko jednego słowa. KONIEC. Gdzie ta cholerna meta. 

Praktycznie włóczę nogami po asfalcie. Ale biegnę.

W końcu przekraczam linię mety.

Radość. Euforia i duma oczywiście. Po chwili pojawia się pragnienie. WODY. Moje myśli krążą już wokół innego tematu. Tak cholernie chce mi się pić.

Jakaś kobieta wpycha mi w ręce pojemnik z truskawkami.

A woda? – od razu dopytuję.
Nie ma. Zeszła na trasie. – odpowiada.

W jednej chwili wryło mnie w ziemię, razem z tymi truskawkami. Nie ma wody. Nic do picia. Ludzie biegają po 21 kilometrów, a na mecie dają truskawki. 

Nie wiem ile minut mogłam tak stać z tym pudełkiem wypełnionym owocami w dłoniach. Pięć może dziesięć minut.

A medal? Gdzie są medale? – pytam przechodzącego koło mnie zawodnika.

Mężczyzna odwraca się w moją stronę i odpowiada.

Nie ma. Skończyły się. Za mało zamówili. – i dodaje – Ponoć doślą każdemu. Tam trzeba się wpisać na listę.

To był dla mnie wyjątkowy półmaraton, bo pierwszy w życiu i na pewno ze względu na brak medali i wody na mecie zapamiętam go do końca życia.

 

podpis


Moje zdjęcia z zawodów

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.