Podsumowanie 2018 roku

with Brak komentarzy

Podsumowanie 2018 roku

Wiem już trochę czasu minęło od zakończenia 2018 roku, a podsumowania na blogu, ani widu ani słychu. Więc teraz oficjalnie podsumowuję to wszystko co się wydarzyło w całym 2018 roku.

A zatem dzisiaj będzie o wyjazdach tych dalszych i bliższych. O bieganiu i trenowaniu. No i oczywiście o kwestiach około treningowych, czyli diecie.

Może jeszcze tylko dodam, że miniony 2018 rok obfitował u mnie też w kilka zmian na tle osobisto – zawodowym. Tak, tak, znowu zmieniłam pracę, tym razem z nadzieją, że na dobre.

Ale teraz już tylko konkretnie i w tematyce bloga.

Moje wyjazdy

W 2018 roku zorganizowałam dwa wyjazdy w góry i nie tylko. Mam na myśli wyjazdy dłuższe od dwóch do trzech tygodni.

Pierwszy z nich do Boliwii był swego rodzajem zrealizowaniem planów wyprawowych z 2016 roku. I się udało. Udało wyjechać, bo plan wyjazdu był tak ambitny, że przewyższył moje możliwości.

W Boliwii spędziłam trzy tygodnie. Pierwszy raz pojechałam na tak długą podróż sama w nieznane. W miejsce w którym nigdy nie byłam.

Odwiedziłam region Altiplano, przy granicy chilijskiej, gdzie wspinałam się na ponad sześciotysięczny wulkan Sajama. Następnie pojechałam w Kordylierę Wielką i próbowałam swoich wspinaczkowych sił na innym sześciotysięczniku Huayna Potosi.

To były dwie górskie przygody o zupełnie innym charakterze. Pustynny klimat południa wymieszany z typowo alpejskim klimatem gór środkowej Boliwii.

Ponadto pływałam po jeziorze Titicaca i odwiedziłam stolice Peru, Limę.

Mimo tego, że nie udało mi się osiągnąć górsko tego co chciałam, to uważam wyjazd za udany.

Z resztą kolejny raz przekonałam się o minusach i plusach swojej organizacji tego typu wyjazdów, które jak najbardziej wykorzystam w przyszłości.

A tak poza tym, to już dzisiaj planuję powrót do Boliwii.

Drugim wyjazdem, bo trudno to wyprawą nazwać, był mój pobyt w Indonezji, a dokładnie na wyspie Jawie.

Głównym celem podróży było wejście na wulkan Bromo, ale i tym razem nadarzyła się okazja na krótkie zwiedzanie. Odwiedziłam dwie świątynie buddyjską Borobudur i hinduską Prambanan.

Bardzo chciałam tym wyjazdem odpocząć od krajów hiszpańsko języcznych i to mi się udało.

Jawa i Indonezja bardzo mnie zaskoczyły. Spodziewałam się klimatu podobnego do tego w Indiach, a tu taka miła niespodzianka.

Cały wyjazd trwał tydzień, ale był jak dla mnie bardzo ciekawy, mimo tego, że kondycyjnie w ogóle nie wymagający.

Relację z mojego pobytu w Boliwii oraz w Indonezji przeczytacie tutaj i tutaj.

Czas na coś krótszego, no bo przecież nie mogło zabraknąć choć niewielkiej wzmianki o mojej wizycie w Tatrach, a tak naprawdę to wizytach.

W końcu udało mi się po dwóch latach przerwy zawitać w naszych pięknych polskich Tatrach.

Podczas moich dwóch wyjazdów weekendowych kręciłam się po obszarze Tatra Zachodnich, czyli Dolinie Chochołowskiej i dolinie Kościeliska.

Przyznam się, że bardzo mi takich moich szybkich pobytów w Tatrach brakowało. I nie ukrywam, iż w 2019 roku chciałabym kontynuować swoje weekendowe biegowe wyjazdy w polskie góry.

Relacje z obydwu wyjazdów przeczytanie tutaj i tutaj.

No to czas na bieganie.

Podsumowanie wyprawy

Moje bieganie

Tutaj dałam ciała po całej linii, bowiem w 2018 roku nie brałam udziału w żadnych zawodach biegowych.

Nie. Wróć. No przecież biegłam w EKIDENIE, w swojej pierwszej w życiu sztafecie biegowej. Biegłam na trzeciej zmianie na dystansie 10 km, który bez specjalnego przygotowania przebiegłam w 53 minuty.

No i tyle.

Oczywiście były jakieś tam moje podchody żeby sobie pobiegać w zawodach to tu to tam.

Ale koniec w końcu, ze względu na moje treningi, które nie były regularne, żaden z moich biegowych pomysłów nie wypalił.

Do tego wszystkiego w połowie roku nabawiłam się kontuzji. Naderwanie przyczepu ścięgna unieruchomiło mnie na niecały miesiąc. A zanim po kontuzji zaczęłam się rozkręcać, to już jesień nastała.

Treningowo udało mi się przebiec jakieś max 16 km za jednym razem. Ponadto przerzuciłam się na „szybsze” treningi i tak w interwałach osiągnęłam tempo 2:13 minut. Co jak na mnie jest nie lada wyczynem.

Czas przejść do trenowania na siłowni.

Moje trenowanie

Co do siłowni nie mam do siebie żadnych ale.

Przez cały rok trenowało mi się bardzo dobrze. W końcu też zaczęły pojawiać się poważne ciężary.

Od dłuższego czasu zapisuję wszystkie treningi, co pozwoliło mi dopasować plan treningowy do swoich potrzeb. A poza tym zaczęłam w końcu progresować w ciężarze.

Odkąd trenuję na siłowni, to robię to sama. Sama układam plan, testuję i na bieżąco weryfikuję.

Takie rozwiązanie bardzo mi odpowiada, bo po pierwsze nie lubię iść na łatwiznę, lubię rzucać się na „głęboką wodę” i w taki sposób mnie to całe trenowanie bawi.

No ale wracajmy do podsumowanie.

Do prawie połowy 2018 roku trenowałam dwa do trzech razy w tygodniu. Był to trening ogólny, czyli ćwiczenia na wszystkie partie ciała.

Tak gdzieś na wiosnę rozbiłam trening i obecnie trenuję pięć razy w tygodniu. Podczas jednego treningu łączę ćwiczenia z dwóch do trzech partii mięśniowych. Zazwyczaj są do dwa do trzech ćwiczeń po cztery serie i różnie dostosowanych do ciężaru liczbach powtórzeń.

Moje jednostki treningowe to ciężar od 75% do 90% ciężaru maksymalnego.

Ćwiczę też rano, bardzo wcześnie rano i mi to odpowiada.

Przez całą jesień priorytetowo i dodatkowo trenowałam naramienne i barki. Zależało mi na rozbudowie tych partii mięśni, bo u mnie były one najsłabiej rozwinięte.

Od 2019 roku skupiam się na pośladkach i mięśniach brzucha. Na dzień dzisiejszy to są moje najsłabsze partie. No i co tu dużo pisać dotychczas nie lubiłam ich trenować.

Poza tym postanowiłam się trochę zredukować. Niewiele, ale jednak. Dlatego też pojawiło się u mnie cardio od 20 do 30 min. Głównie interwały lub stały zakres tętna.

A ponieważ nie lubię biegać na bieżni, to biegam na orbitreku.

Tak więc na dzień dzisiejszy w moim planie treningowym pojawiły się dni, kiedy odwiedzam siłownię dwukrotnie.

Bardzo jestem ciekawa swoich efektów, ale jak na razie jestem pozytywnie nastawiona.

Podsumowanie trenowanie

Moja dieta

Czas na dietę, bo to w sumie najważniejsza rzecz w treningu.

O ile moje treningi były w miarę stałe, to dieta bardzo się u mnie zmieniała w ciągu roku.

Ciągle szukałam dla siebie najlepszych rozwiązań, dużo czytałam na ten temat i testowałam.

I na dzień dzisiejszy jem trzy posiłki dziennie, a ponieważ trenuję dwa razy dziennie, to skład makro w każdym posiłku jest taki sam i zawiera zarówno białko, węglowodany, jak i tłuszcze.

Co do składu pożywienia to nie jem, oprócz cheatday’a, produktów przetworzonych i cukru.

W końcu odstawiłam cukier. Nawet sam miód.

Wrócił u mnie do łask nabiał, ale taki bardzo chudy i też w ograniczonej ilości.

Z suplementów wspomagam się tylko witaminami i nie spożywam żadnych innych białek czy aminokwasów.

Nie będę się rozpisywać dokładnie co do mojej kaloryczności i składu makro oraz dokładnych potraw, czyli tego co jem i dlaczego.

Ale gdyby was to bardzo interesowało to dajcie znać, a opiszę ze szczegółami dokładnie moje wszystkie posiłki w ciągu dnia.

Czego nie udało się zrealizować

Czas na rozgrzeszenie, czyli czego nie udało mi się zrealizować w 2018 roku.

Z pewnością dwóch maratonów Orlenu i Maratonu Warszawskiego.

Były w planie i bardzo chciałam w nich wystartować, ale nie byłam w takiej formie, aby je w całości przebiec. A przejście połowy nie wchodziło w grę.

Co do wypraw w góry, to nie udało mi się wejść na sam wierzchołek wulkanu Sajama (6542 m n.p.m.).

Doszłam do 5800 m , gdzie nocowałam i warunki pogodowe nie pozwoliły mi pójść wyżej.

Nie ukrywam, że to była moja najbardziej ambitna wyprawa ever, podczas której miałam pobić rekord wysokości, w dodatku solo i bez lokalnego wsparcia kogokolwiek.

Od samego początku, od kiedy jeżdżę w góry dążyłam do tego, aby realizować się w nich w taki sposób, jaki najbardziej mi odpowiada, a że lubię wyzwania, to forma solowych wypraw bardzo mi odpowiada.

I do kiedy będę mogła będę jeździć w góry sama. No chyba, że pojadę na szczyt powyżej 7000 m n.p.m. i będę zmuszona dorzucić się do permitu. Ale to już jest zupełnie inne wspinanie.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mi w minionym 2018 roku nie wypaliła. A mianowicie wspinanie.

Marzyłam o powrocie na boulder, no i na nim się pojawiłam po tylu latach przerwy. Co ciekawe szło mi bardzo dobrze, jak na taki rest. Jednak nie udało mi się w tym moim wspinaniu wytrwać, a szkoda.

Może uda się w 2019 roku.

Podsumowanie Tatry

Krótkie podsumowanie i plany na 2019 rok

To czas na krótkie podsumowanie.

2018 rok był dla mnie nie lada ciekawy i pełen niespodzianek.

Kolejny raz przekonałam się, jak życie zawodowe i prywatne ma wpływ na nasze trenowanie.

Niestety, może za wiele osób nie pocieszę lub nie powiem czegoś odkrywczego, ale jak chcesz coś zrobić lub chcesz mieć wyniki w tym co robisz na dobrym poziomie, to niestety nie ma wybacz. Musisz zacisnąć pośladki i cisnąć. Dzień w dzień. Bez końca.

Przekonałam się o tym na treningu siłowym, kiedy moje treningi były naprawdę ciężkie i regularne. Bez taryfy ulgowej. Ale efekty w końcu się pojawiły.

Co do moich planów rocznych, bo czas chyba już kończyć to pisanie, to w 2019 roku mam zamiar pojechać w góry wyższe niż Tatry dwukrotnie.

Kierunki nie powinny nikogo dziwić, bo w planach jest Peru i Boliwia. A więc czas odświeżyć hiszpański i wrócić na swoje. Wyjazdy planuję na wiosnę i latem. Obydwa będą dwutygodniowe.

Oprócz gór wysokich, bardzo bym chciała utrzymać trend wyjazdów w Polskie góry w okresie od marca do października. Zobaczymy co z tego będzie.

Biegowo też będzie ambitnie. Bardzo chciałabym wrócić do dłuższego biegania.

W planach maraton, a może i dwa. Zapewne na jesieni Warszawa, myślę też o wiosennym Orlenie, ale zobaczę jak będzie z formą, bo na dzień dzisiejszy pozostawia ona wiele do życzenia.

Po cichu marzę sobie o ultra w górach, oczywiście jakieś 100 km. Tęsknię za takim biegowym zarzynaniem się na trasie, ale czy będę kondycyjnie gotowa. Na to pytanie zapewne będę znała odpowiedź dopiero gdzieś na wiosnę.

Co do trenowania, to na razie nie mam zamiaru nic zmieniać. Treningi zostają na takim poziomie na jakim są obecnie. Będę się powoli redukować, a jak dojdzie intensywniejsze i dłuższe bieganie, to przejdę w okres lekkiego masowania i sobie więcej pojem.

Zapewne żadnej masy z prawdziwego zdarzenia nie osiągnę, ale przy takich priorytetach roku jakim są góry i bieganie i tak nie było by na to szans.

I to na dzisiaj tyle.

 

podpis


Moje wyprawy zdjęcia

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from