Podsumowanie 2016 roku

with Brak komentarzy

Moje zdjęcia z gór, treningów i zawodów biegowych

Kiedy przeglądam swoje zdjęcia, które przechowuję na dysku zewnętrznym, posegregowane według dat, nachodzi mnie jedna refleksja, iż moje życie z pozoru kolorowe, ciekawe, pełne przygód, różnych emocji, tak na prawdę jest bardzo monotonne.

Góry, bieganie i trening, z tych trzech elementów składa się tak na prawdę moje życie.

Albo składało, ponieważ od 2016 roku do tego standardowego trio doszła jeszcze dieta.

I czy to nie jest nudne. Jedziesz w góry, potem wracasz do domu.

Przez tydzień po powrocie walczysz ze stertą prania rozrzuconą gdzieś po mieszkaniu. Z trudem aklimatyzujesz się na nizinach co najmniej tydzień.

Oczywiście w międzyczasie wmawiasz sobie, że to już koniec, że więcej nigdzie nie jedziesz przez co najmniej pół roku. Że musisz odpocząć, wyspać się, zregenerować, po czym tak mniej więcej po dwóch tygodniach z łezką oka przeglądasz zdjęcia z ostatniej wyprawy.

Trzy tygodnie później jakimś dziwnych zbiegiem okoliczności trafiasz na zdjęcie szczytu, na którym jeszcze nie byłeś i w głowie pojawia się pierwsza myśl o tęsknocie za górami.

Czwartego tygodnia rozkręcasz się na treningach, jednocześnie rozmyślając jakby to fajnie było znów gdzieś wyjechać.

Piątego tygodnia coraz częściej spoglądasz na zdjęcia różnych szczytów jak na kolejny cel wyjazdowy.

Szóstego tygodnia twoim najczęściej wpisywanym hasłem do przeszukiwarki internetowej jest „tani lot do … „.

Siódmego tygodnia masz już kupiony bilet lotniczy, zaklepany urlop i załatwione połowę formalności.

Ósmego tygodnia ustalasz dokładny plan podróży i robisz rozeznanie w brakującym sprzęcie.

Dziewiątego tygodnia dopinasz pozostałe formalności i na bieżące sprawdzasz prognozy pogody.

Dziesiątego tygodnia, czyli tydzień przed wylotem, twoi najbliżsi dowiadują się, gdzie lecisz, a właściwie to w ogóle, że gdziekolwiek się wybierasz.

Jedenastego tygodnia siedzisz już w samolocie, a przecież miałeś odpoczywać przez co najmniej pół roku w domu.

Tak właśnie w skrócie mogłabym podsumować swój 2016 rok.

Z końcem 2015 roku założyłam sobie wiele celów i pewnie nie będzie większego zdziwienia jeśli napiszę, że części z nich nie udało mi się zrealizować.

Powodów może być wiele. Bo było ich za wiele. Bo były dla mnie za ambitne. Bo nie chciało mi się do nich przygotować tak jak powinnam to zrobić.

Bo pojawiły się inne pomysły w ciągu roku i postanowiłam wprowadzić zmiany w swoim planie.

W 2016 roku wiedziałam, że będę chciała zrealizować trzy wyprawy w góry, w tym jedną na 6000 m n.p.m.

Co do założeń miały być to wyprawy w najgorszym wypadku solo, ale przede wszystkim bez wsparcia polskich agencji, agencji lokalnych, tragarzy i porterów, włączając w to także i zwierzęta.

Założyłam sobie tylko jeden wyjazd z agencją i był to Iran z wejściem na wulkan Damavand.

Oprócz planów wyjazdowych były też cele biegowe, a dokładnie trzy starty w biegach ultra i cztery maratony.

Życie jednak napisało inny scenariusz i ostatecznie zatrzymałam się na dwóch maratonach i jednym starcie na dystansie 100 km.

Ale to nie koniec. Bo miniony rok był dość ciekawym rokiem pod względem trenowania oraz poszerzania wiedzy z zakresu metod treningowych, odżywiania i suplementacji.

Ale żeby nie było tak różowo i fajnie, wspomnę, iż nie samym bieganiem i górami człowiek żyje, w końcu jeszcze trzeba pracować.

I tutaj mimo, że miałam chęci zamieść pewne sprawy pod dywan i nie rozkminiać pewnych kwestii to jednak doszłam do wniosku, iż warto o pewnych sprawach mówić głośno i otwarcie.

Wraz z końcem 2015 roku zmieniłam pracę. Nie była to pozytywna zmiana. Pierwszy raz w życiu przekonałam się, że zmiany wcale nie muszą być dla nas dobre, a czasem mogą być przerażające.

Jednym słowem od listopada 2015 roku do czerwca 2016 roku byłam mobbingowana w pracy. Zapewne ten okres dość mocno odbił się echem w moim życiu i zmienił moje obecny stosunek do świata i ludzi.

Tak dzisiaj jestem inną osobą, zmieniłam się i się tego nie wstydzę. I mimo, że na kilka miesięcy straciłam wiarę do ludzi, to jednak na mojej drodze stanęły także takie osoby, które były wstanie mi w tamtym okresie pomóc.

To dzięki nim zawdzięczam czas spokoju i ten moment, kiedy mogłam w 100% oddać się wyjazdom w góry.

Trudno nie wspomnieć o jeszcze jednym ważnym wydarzeniu w moim życiu, które miało miejsce w 2016 r.

Mianowicie o tym, że w listopadzie zostałam ciocią.

I co tu dużo się rozpisywać siostrzenica od pierwszego dnia zawładnęła moim sercem całkowicie.

Może nie na tyle, abym zapragnęłam mieć swoje dzieci, ale na tyle mocno, że z trudem jestem wstanie ominąć działy dziecięce w centrum handlowym.

Nie byłabym sobą, gdybym nie napisała, iż szkrab będzie mieć trochę „ciężkie” chwile przed sobą, bowiem ciotka powoli zaczyna planować czas wolny z siostrzenicą. Ale spokojnie nic na siłę.

Tyle prywaty. Wracamy do podsumowań. 🙂

Moje wyjazdy

Dużo się działo w 2016 roku w moim życiu pod względem wyjazdów. Powiedziałabym, że to był mój najlepszy „górski” rok ever.

Zorganizowałam sama cztery wyjazdy, w tym dwa typowo górskie.

Pojechałam też do Iranu, co było moim marzeniem od 2014 roku. Ale po kolei.

Zdjęcia z wyjazdów w góry

Fuji – San i Japonia.

Nie wiadomo czemu, ale to właśnie ten wyjazd wzbudza najwięcej emocji wśród moich znajomych. Nie ukrywam, iż pod względem górskim, wyjazd ten nie był może moim wyczynem roku.

Sam wulkan ma niewiele ponad 3700 m n.p.m. Nie posiada żadnych trudności technicznych.

I mimo, że wybrałam się na Fuji poza sezonem, czyli w maju, to jednak udało mi się przetrwać noc w drodze na szczyt w namiocie rowerowym i wejść na szczyt na suchym prowiancie.

Wyjazd do Japonii był dla mnie nie lada przeżyciem.

Strasznie się bałam tam sama pojechać, a moje obawy były głównie związane z językiem i pismem japońskim.

Co tu dużo się rozpisywać, wystarczy na nie spojrzeć. Na szczęście już na miejscu okazało się, że nie ma się czego bać, bo z Japończykami można się po angielsku jako tako dogadać.

W Tokio ulice oznakowane są także „normalnymi” napisami, a sami Japończycy są niesamowicie gościnni, ciągle chcieli mi pomagać, wszędzie chcieli mnie podwozić samochodem i pstrykać sobie ze mną zdjęcia.

………………………………………………………………………………………..

 

Więcej szczegółów na temat mojego wyjazdu
na Fuji – San znajdziecie tutaj >>

 

………………………………………………………………………………………..

 

Damavand i Iran, a właściwie Teheran.

W 2016 roku w końcu pojechałam i stanęłam na najwyższym szczycie Iranu.

Moja wyprawa na Damavand (5600 m n.p.m.) z założenia miała być wyprawą agencyjną, o czym już wcześniej pisałam.

Mimo udogodnień jakie niesie za sobą udział w takiej wyprawowej formie, góra ta nie była dla mnie taka prosta. Nieźle musiałam się na niej umęczyć i umordować, ale się opłaciło.

Jak to mówią „ból kiedyś przeminie, a duma pozostanie” i coś w tym musi być.

………………………………………………………………………………………..

 

Oprócz samego wulkanu zobaczyłam trochę Teheranu,
o czym wam pisałam na łamach bloga w tym poście >>

Natomiast szczegóły dotyczące wyjazdu
na Damavand znajdziecie tutaj >>

 

………………………………………………………………………………………..

 

Stok Kangri, czyli moja wyprawa do Indii była wyprawą roku.

Kiedy w 2015 roku schodziłam ze skał Pastuchowa, spod Elbrusa i zastanawiałam się nad kolejnym celem wyjazdowym, w mojej głowie pojawiła się jedna myśl, to musi być sześciotysięcznik.

Po powrocie do domu zaczęły się wielkie poszukiwania i w końcu cel został obrany, w sumie przez przypadek.

Przez kilka dobrych miesięcy w mojej w głowie był tylko on. Cel celów 2016 roku.

Opracowałam plan wyprawy, przygotowałam pełen budżet, rozpoczęłam polowanie na tanie bilety lotnicze i już miałam składać wniosek urlopowy, kiedy nagle wymiękłam.

Po prostu przestraszyłam się i zrezygnowałam. Nie bałam się samej góry, tylko regionu do którego miałam się wybrać.

Był lipiec, a ja byłam tydzień przed wylotem do Iranu i mimo, że powinnam skupić się jedynie na kolejnym wyjeździe, tym razem na Damavand, ja wciąż rozmyślałam gdzie by tu pojechać na ten „szcześciotysięcznik”.

Wiedziałam, że jak nie pojadę w sierpniu to ten szczyt, jaki by on nie był, po prostu mi ucieknie sprzed nosa.

No bo kiedy niby miałabym na niego jechać? Zimą?

Jednym słowem to był ostatni dzwonek, aby nie odpuścić i wyjechać na wyprawę jeszcze w 2016 roku.

Zaczął się wyścig z czasem, a ja rzuciłam się w wir poszukiwań szczytu sześciotysięcznego, w sezonie letnim, o niewielkich trudnościach technicznych, gdzie będę mogła wejść sama i nie będę musiała korzystać z żadnych przewodników i tragarzy.

I tak moim celem roku stał się Stok Kangri, szczyt położony w Himalajach Indyjskich o wysokości 6153 m n.p.m.

Czasem, kiedy wspominam, o tej wyprawie, to śmieję się, że ten szczyt był mi przeznaczony.

Decyzję o wyjeździe podjęłam w ciągu godziny. Przez następne 2 godziny miałam opracowany cały plan wyjazdu włącznie z załatwieniem formalności.

Na sam szczyt udało mi się wejść z marszu w ciągu czterech dni i w sumie, gdybym wiedziała, że tak będę się dobrze czuła, to bym zaryzykowała i spróbowała wejść na tą górę w dwa, trzy dni.

Oczywiście nie obyło się bez małych wpadek, ale i tak całą wyprawę uważam, za jedną z najbardziej udanych.

 

………………………………………………………………………………………..

 

Opis mojego wyjazdu na Stok Kangri znajdziecie tutaj >>>

 

………………………………………………………………………………………..

 

Ale to nie wszystko. Wyjeżdżając do Iranu miałam nie tylko wykupiony bilet do Indii, ale także na Teneryfę.

Na pomysł wyjazdu na Teneryfę wpadłam w 2015 roku. Z początku miałam tam polecieć w listopadzie, ale w końcu w tym okresie zmieniałam pracę i odpuściłam.

Trochę żałuję, że nie zawalczyłam o ten wyjazd i urlop, ale od tej pory postanowiłam sobie, że to ostatni raz kiedy idę na taki kompromis i już nigdy więcej nie odpuszczę sobie żadnego wyjazdu, choćby skały srały.

Co do wstępnych założeń Teneryfa miała był wyprawą biegową.

Na miejscu okazało się, że te moje pomysły co do biegania niestety wzięły w łeb.

Jadąc na tą wyspę byłam już mocno znużona wyjazdami. Byłam trzy tygodnie po powrocie z Indii i na samą myśl, że muszę gdzieś jechać było mi niedobrze.

Całą wyprawę organizowałam trochę po łebkach, niespełna dwa dni przed wylotem.

W sumie o mało też bym nie zaspała na samolot. To mnie nauczyło, że w przyszłości nie mogę przesadzać z wyjazdami i powinnam planować znacznie większe przerwy między nimi.

Mimo ogólnego zmęczenia i znużenia wyjazd był na prawdę udany, a ja się zachwyciłam Wyspami Kanaryjskimi do tego stopnia, iż w listopadzie poleciałam na Gran Canarię.

………………………………………………………………………………………..

 

Jeżeli jesteście ciekawi jak wyglądał mój wyjazd
na Teneryfę zapraszam tutaj >>>

 

………………………………………………………………………………………..

Gran Canaria to był mój ostatni wyjazd w 2016 roku. Kolejny raz organizowałam wyjazd praktycznie z marszu.

Dużo na łamach bloga pisałam o tym wyjeździe, więc nie chcę się powtarzać.

………………………………………………………………………………………..

 

Dla niewtajemniczonych podaję informację, iż cały mój powyjazdowy post
z Gran Canarii znajdziecie tutaj >>

………………………………………………………………………………………..

Podsumowując w 2016 roku wykonałam 20 lotów.

Latałam takimi liniami jak Lufthansa do Tokio przez Frankfurt, liniami Emirates przez Dubaj do New Delhi, z New Delhi miałam lot do Leh liniami Jet Airways, liniami Aeroflot leciałam przez Moskwę do Teheranu, na Teneryfę leciałam bezpośrednio z lotniska w Modlinie liniami Ryanair, a na Gran Canarie leciałam liniami Airberlin, przez lotnisko w Berlinie.

Od maja do listopada odwiedziłam kraje o różnych kulturach, religiach i mentalności.

Poczynając od buddyjskiej Japonii, przez restrykcyjny muzułmański kraj jakim jest Iran, hindusko-buddyjską mieszankę w Indiach z domieszką religii muzułmańskiej w regionie Ladakh, kończąc na katolickiej Hiszpanii z latynoskimi naleciałościami.

Jednym słowem co kraj to obyczaj.

Moje bieganie

O ile wyjazdy w minionym roku były na bogato, to w startach w zawodach zapanowała posucha.

Tak na prawdę udało mi się zrealizować niewiele, jak na mnie i plany które miałam.

No ale jakby nie patrzeć to nie poszło mi aż tak źle.

Zdjęcia z zawodów biegowych

Jeśli dobrze pamiętam, to na pierwszy ogień w sezonie ruszył Orlen Warsaw Marathon.

Dość solidnie przygotowywałam się do tego startu i pokładałam w nim duże nadzieje w ustanowieniu nowego rekordu życiowego na królewskim dystansie.

Jednak nie wytrzymałam presji tempa i pierwszą połowę poleciałam za mocno, niczym strzała mknęłam przez Nowy Świat, Mokotów, Ursynów, no i niestety jak mocno rozpoczęłam tak szybko skończyłam.

Maraton ukończyłam z czasem netto 4 godziny i 14 minut i 37 sekund.

Co prawda ustanowiłam swoją życiówkę, ale nie taką o jaką mi chodziło.

Poza rekordem maratońskim ustanowiłam swój rekord na połówkę, który obecnie wynosi 1 godzinę i 56 minut. To taka trochę połówka maratońska, ale jak widać miałam na prawdę dobrą formę.

Dla formalności podaję klasyfikację, bo często dostaję o to pytania. W trakcie tego startu zajęłam 4869 miejsce open, byłam 496 kobietą i 216 kobietą w kategorii K-30.

Tyle o Orlenie, czas na Lublin.

8 maja pobiegłam w Maratonie w Lublinie.

Trasa tych zawodów całkowicie pozbawiła mnie złudzeń uzyskania dobrego wyniku. A ja w ciągu biegu dostałam skurczu stopy i zaczęła się walka o przetrwanie.

Ostatecznie, na tym ponoć najtrudniejszym w Polsce ulicznym maratonie, uzyskałam czas netto 4 godziny i 29 minut i 20 sekund. Jak widać żadne szaleństwo.

Ostatecznie zajęłam 464 miejsce open i 20 miejsce w kategorii wiekowej K-30.

No i to by było tyle jeśli chodzi o maratony, ale nie koniec jeśli chodzi o bieganie.

26 czerwca 2016 roku pobiegłam w zawodach ultra, w Sudeckiej Setce, na dystansie 100 km.

Niestety ze względu na upał musiałam zejść z trasy na 72 km, co ostatecznie dla mnie zakończyło się jednak szczęśliwie, bowiem na tym dystansie zajęłam trzecie miejsce w klasyfikacji wiekowej i szóste w klasyfikacji kobiet.

Głupi to zawsze ma szczęście.

Ten start był dla mnie bardzo ciężki. Niemal przez całą noc, bynajmniej tak mi się wydawało, walczyłam z podbiegiem, chyba, na Chełmiec.

Ta droga wtedy dla mnie nie miała końca, a w samym lesie panował typowo tropikalny klimat. Ale tak na prawdę najgorsze przyszło w południe, kiedy to wybiegłam z lasu na teren polny.

Żar lał się z nieba przy ponad 30 stopniowym upale. Istny koszmar.

Wtedy też podjęłam decyzję o zejściu z trasy.

Mimo tak ciężkich warunków pogodowych bardzo miło wspominam te zawody i nie ukrywam, iż chętnie się na nie wybiorę jeszcze raz. Może nawet i w tym roku.

W 2016 roku był też czas na starty doświadczalne i mimo, że zbieganiem po schodach miałam już do czynienia w latach poprzednich, to jednak chciałam przebiec się schodami w Pałacu Kultury i Nauki.

I tak wystartowałam w Biegu im. Stanisława Tyma.

Czas, który wtedy osiągnęłam to 6 minut i 50 sekund. Zajęłam 154 miejsce w kategorii open.

Taka oto biegowa ciekawostka na koniec moich biegowych zmagań w minionym roku.

Moje trenowanie

Bardzo dużo zmian nastąpiło w 2016 roku w moim dotychczasowym trenowaniu.

Zdecydowanie usystematyzowałam trening biegowy.

Tyle razy już pisałam na temat mojego biegania na treningach na łamach bloga, że aż głupio mi to w kółko powtarzać. No ale muszę.

W 2016 roku przestałam biegać, a zaczęłam tak na prawdę trenować.

Wprowadziłam pojęcie tempa biegowego na stałe do treningu, co zaczęło dawać wyraźne efekty na zawodach.

Zaczęłam też poprawiać swoje czasy na krótszych odcinkach, pobiłam swój rekord w biegu na 10 km, co prawda jedynie treningowo, ale jakby nie patrzeć złamałam te magiczne 50 minut.

Poprawiłam znacznie swoją siłę biegową i wydolność. No ale to nie wszystko.

Zdjęcia z moich treningów biegowych, na siłowni

Z początkiem 2016 roku zostałam Trenerem Personalnym. Ukończyłam też kurs Instruktora Fitness i tak wkroczyłam w nową erę swojego trenowania.

Tak na prawdę to ja dopiero zaczęłam przygodę z treningiem siłowym i jestem jak na razie gdzieś na początku jej drogi. Wiem, że jeszcze dużo czasu przede mną i nauki zarazem. Ale jak na razie bawi mnie takie trenowanie i wpływa pozytywnie na moją sprawność fizyczną, nie tylko w trakcie biegania, ale przede wszystkim w górach.

Co by nie powiedzieć, to miniony rok był rokiem przełomowym pod względem odżywiania.

Po raz pierwszy odkąd pracuję, zaczęłam przygotowywać sobie posiłki do pracy. Tak się to zaczęło.

Z czasem po kursie z Dietetyki, moje posiłki przybierały różny charakter. Z początku trzymałam się jedynie udziału kalorycznego. Potem wprowadziłam podział makro składnikowy, a dzisiaj powoli zabieram się za sprawdzanie indeksu i ładunku glikemicznego.

Powoli też zabieram się za suplementację.

Co prawda jeszcze raczkuję w tym temacie, ale pewnie w niedalekiej przyszłości tym tematem będę zajmowała się coraz częściej.

Czego nie udało się zrealizować

Mimo tych wszystkich sukcesów i udanych startów, niestety nie wszystko udało mi się zrealizować w 2016 roku. Pod względem górskim grzechem było by narzekać na cokolwiek.

Inaczej wygląda sprawa z bieganiem.

W minionym roku planowałam wystartować w Biegu Rzeźnika Ultra. Niestety nie udało mi się.

Zmienili mi trasę, a ja jakoś nie miałam ochoty jechać w Bieszczady, więc odpuściłam.

Chciałam wystartować w Biegu 7 Dolin na 100 km dystansie. To miał być rozrachunek z tą trasą, niestety wyjazdy w góry pokrzyżowały mi ten plan i bieg ultra zmuszona byłam przesunąć na porę jesienną.

A jesienią próżno było szukać biegowej formy, która została gdzieś w górach.

Podobny los czekał też moje planowane starty w maratonie. We wrześniu chciałam wystartować w Maratonie Warszawskim, miałam bo tylko na tym zakończyłam start w tych zawodach, podobnie jak w Maratonie w Toruniu.

Jak widać w 2016 roku zdecydowanie musiałam wybierać, albo góry, albo bieganie i trudno się dziwić czemu wybrałam to pierwsze.

Krótkie podsumowanie

2016 rok był bogatym rokiem, jeśli chodzi o wyjazdy w góry wysokie.

To także rok zbierania plonów po nieudanych wyprawach z lat poprzednich. Poza tym mimo małej ilości startów w zawodach, poprawiłam swoją biegową formę, a dzięki porządnemu treningowi siłowemu mam formę także w górach.

I co tu dużo pisać dużo się nauczyłam, wkroczyłam w nowe i chciałabym dalej w tym kierunku się rozwijać.

Czas na plany w 2017 roku. Na pewno będą górskie.

W planach dwie wyprawy w góry, w tym ta pierwsza już za dwa tygodnie. Myślę o powrocie na Teneryfę i w kochane Taterki.

Pod względem biegania chciałabym ukończyć jakąś setkę w górach i więcej czasu poświęcić na maratony.

Mam już też pierwszych kandydatów startów na królewskim dystansie m.in. Orlen Warsaw Marathon, Maraton w Gdańsku, Maraton w Warszawie, Maraton we Wrocławiu i Opolu, ale co z tego wyjdzie to pewnie jeszcze czas pokaże.

 


Zapis do newslettera

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from