Podsumowanie 2015 roku cz. II

with Brak komentarzy

Nie chciałam was zbytnio zamęczać tym pisaniem i postanowiłam rozdzielić podsumowanie 2015 roku na dwa posty.

Tak więc dla tych co trafili na mojego bloga zupełnie przypadkiem przypominam, że pierwsza część podsumowania mojego 2015 roku znajduje się tutaj.

W której zamieściłam główne informacje dotyczące tematyki ściśle biegowej tj. statystyki treningowe, opisy zawodów, w których brałam udział w minionym roku i refleksje z tymi tematami związane.

Idźmy zatem dalej. Bowiem 2015 rok to nie tylko bieganie, to także góry i treningi wzmacniająco – stabilizująco – rozciągające.

GÓRY

W 2015 roku byłam na Elbrusie.

To była moja druga samotna wyprawa wysokogórska w życiu. A wybór Elbrusa nie był przypadkowy.

Marzyłam o tej górze od 2011 roku.

Oczywiście wtedy samotny wyjazd na zimny i wysoki pięciotysięcznik był dla mnie niczym lot na Księżyc. I długą drogę w górach z licznymi porażkami musiałam przez te kilka lat przejść, żeby mieć odwagę porwać się na taki projekt.

Poza tym od dłuższego czasu marzyły mi się takie trudniejsze górskie projekty solo.

Bez przewodników, agencji, partnerów, tragarzy, kucharzy, asekuracji lotnej, na lekko w swoim tempie.

I właśnie Elbrus zapewnia nam taki komfort wyjazdu. No, a skoro tak można, to czemu z tego by nie skorzystać.

Wyjazd na Elbrus był dla mnie na tyle ważny, iż w końcu i na reszcie, moi kochani rodzicie pogodzili się z takim stanem rzeczy, że córusia z gór raczej nie zrezygnuje.

I mimo, że przed wyjazdem okłamałam ich, że nie jadę sama, to jednak kiedy się zorientowali, że coś kręcę nie otrzymałam wykładu, że to nieodpowiedzialne i niebezpieczne. Ale za to byli wyraźnie niezadowoleni z faktu, że na szczycie nie miałam polskiej flagi.

Poza tym na Elbrus wybrałam się tydzień po zawodach ultra, gdzie ukończyłam swoje pierwsze 100 km, co dało mi znakomitą kondycję w górach.

Mimo dźwigania wszystkiego na własnych ramionach przez 3 dni nie odczułam żadnych problemów zdrowotnych.

A choroba wysokościowa dopadła mnie dopiero na 4 800 m n.p.m. Trudno się nie zgodzić, iż to efekt nie tylko biegania, ale także moich przygotowań wytrzymałościowych na siłowni, gdzie spędziłam dużo godzin w minionym roku.

TRENING NA SIŁOWNI

Trudno się w ujęciu rocznym odnieść do jakiegoś konkretnego treningu w poprzednim roku, bowiem moje preferencje w tym zakresie często się zmieniały.

Na początku roku byłam w fazie testów na wszelakich zajęciach grupowych.

Dopiero w połowie roku nastał przełom i zaczęłam więcej sama ćwiczyć na siłowni, a z zajęć zorganizowanych korzystać w zakresie jogi i rozciągania.

Natomiast końcówka 2015 roku przyniosła kolejne zmiany i na dzień dzisiejszy całkowicie zrezygnowałam z zajęć grupowych, usystematyzowałam trening wzmacniający i stabilizująco – rozciągający.

Ale o tym już więcej w Dzienniku treningowym zapewne będzie.

W 2015 roku stawiałam głównie na wzmacnianie.

Na zajęciach fitness spędziłam 118 h, czyli 99 dni w roku, 27%, poświęciłam na skakanie i machanie wszystkimi kończynami w rytm muzyki na sali gimnastycznej.

No może przesadziłam, bo w tych 118 godzinach jest też czas poświęcony na jogę, pilates i stretching.

Nie jest to też tak do końca miarodajny przelicznik. Ponieważ nie wszystkie zajęcia i aktywności na siłowni rejestrowałam na run-logu. Tak więc trzeba od razu założyć, że było tego znacznie więcej.

Oprócz zajęć grupowych spędzałam, w szczególności po drugiej połowie roku, więcej czasu na samodzielnie rozpisanym treningu wzmacniającym, który trwał zazwyczaj godzinę i odbywał się trzy razy w tygodniu.

Celem wykonywanych ćwiczeń było głównie wzmacnianie z niewielkim akcentem stabilizacji kończyn dolnych.

Co niewątpliwie pozwoliło mi uniknąć jakichkolwiek kontuzji i skręceń w 2015 roku, a niewątpliwie uwierzcie mi, była ku temu okazja na co niektórych zawodach.

Łącznie sama przetrenowałam na siłowni 19 h, czyli 19 dni. I tutaj wielu treningów nie rozpisałam w run-logu, bo coś mi jakoś to podejrzanie za mało wygląda 🙂

Oprócz powyższych aktywności w 2015 roku zakochałam się indoor cyclingu.

Niestety ze względu na pewne zmiany w życiu osobistym, musiałam zmienić plan treningowy i niestety na rowerek już nie wystarczyło już czasu.

Tak czy siak w minionym roku spędziłam 45 godzin na pedałowaniu, co zajęło mi łącznie 26 dni w roku.

Co ciekawe w 2015 byłam na basenie 2 razy w lutym i marcu. Woohooo szaleństwo w biały dzień. To się napływałam w zeszłym roku 😉

W sumie podobnie sytuacja wyglądała ze wspinaniem.

O ile na panelu nie wspinałam się wcale w 2015 roku, to na baldzie byłam 4 razy, gdzie spędziłam 4 h.

Ostatni raz wspinałam się w marcu, no i chciałabym wrócić do wspinania. Już nawet buty wyciągnęłam z szafy 😉

Na zakończenie sauna.

Co prawda za upałami to ja nie przepadam, za to w saunie mogę siedzieć godzinami.

I tak w 2015 roku w saunie spędziłam łącznie 27 godzin i 40 minut. Co daje niezły wynik 116 dni w roku.

W saunie bywam za każdym razem jak trenuję na siłowni, stąd taki wynik.

Poza tym najbiedniejszym miesiącem pod względem saunowania był październik, wygrzewałam się wciągu całego miesiąca tylko 1 h i 30 minut.

W przeciwieństwie do lipca, kiedy saunowałam się najwięcej, bo łącznie aż 7 h i 30 minut. Jutro też będzie sauna 🙂

ROWER

O mało bym nie zapomniała o rowerze.

W 2015 roku łącznie od kwietnia do listopada przejechałam 2260 km, w ciągu 139 dni rowerowej aktywności, co stanowi 38% wszystkich dni w roku. O!

Uffff. To chyba wszystko jeśli chodzi o trenowanie. Zostały mi jeszcze Taterki.

RUN TO THE SKY

W 2015 roku byłam dwa razy w Tatrach na bieganiu.

Pierwszy wyjazd miał miejsce w sierpniu i spędziłam go głównie w Tatrach Zachodnich, w okolicy Doliny Chochołowskiej.

Za drugim razem pojechałam w góry we wrześniu, tuż przed startem w Maratonie Warszawskim.

Tym razem startowałam w góry prosto z Zakopanego i buszowałam w okolicach Hali Kondratowej i Hali Gąsienicowej.

Jak co roku przeprowadziłam sobie swój test wytrenowania.

Polega on na zmierzeniu czasu pokonania odcinka do Schroniska na Hali Gąsienicocej z Kuźnic przez Upłaz.

I w tym roku udało mi się ten fragment pokonać w 53 minuty, czyli o 5 minut szybciej niż w poprzednim roku.

Co bardzo cieszy i rokuje na przyszłość.

No dobrze to czas się teraz przyznać, czego nie udało mi się zrobić w 2015 roku.

A no nie udało mi się wyjechać w góry na dodatkowe dwie wyprawy, które planowałam.

Za pierwszą wzięłam się za późno, czyli tuż przed wyjazdem na Elbrus. W konsekwencji koszty mnie lekko przerosły i chyba dobrze wyszło, że nie udało się dopiąć tego wyjazdu.

Druga wyprawa była planowana w okresie późnej jesieni i niestety właśnie dokładnie w tym terminie zmieniałam pracę, więc plany musiały zostać odłożone na później.

Nie udało mi się wystartować w maratonie w Gdańsku, po prostu nie dałam rady i po doświadczeniach z biegania w upale w Chorzowie, najnormalniej w świecie się przestraszyłam biegania w takich warunkach.

Nie pojechałam też na zawody ultra BUT’a na dystansie 90 km. No, że tak powiem, nie chciało mi się i tyle.

Stwierdziłam, że już wystarczy na ten rok wrażeń i czas odpocząć trochę.

Ponadto powoli nagrywałam jesienny górski wyjazd, na którym bardzo mi zależało, no ale w ostateczności i na niego też nie pojechałam.

Plany na 2016 rok

Zdecydowanie w 2016 roku chciałabym się ogarną trochę i w końcu lepiej zarządzać swoim czasem, bo jak na razie wszystko jest robione z doskoku. No i oczywiście chciałabym więcej czasu poświęcać na bloga.

Planuję także wyjazdy biegowe w Tatry. Kilka startów maratońskich. W szczególności w Orlenie i Lublinie.

Chciałabym też pobiec w Biegu 7 Dolin, aby w końcu ukończyć ten cały dystans, co pozwoliło by mi domknąć kwalifikacje do losowania do Biegu Granią Tatr w 2017 roku.

Planuję też i wyjazdy w góry wysokie. Jak na razie nic konkretnego nie mam na oku, no ale wiadomo jak to ze mną jest.

A patrząc na fakt, iż na dzień dzisiejszy mogę pozwolić sobie na solowy wyjazd, to praktycznie już tylko pieniądze i czas mnie ograniczają w tego typu projektach.

No to co czas pożegnać stare i przywitać nowe. Zakasać rękawy i do roboty, bo w końcu samo to wszystko się nie zrobi 🙂

 


Podsumowanie roku

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from