Podsumowanie 2015 roku cz. I

with Brak komentarzy

Podsumowanie 2015 roku cz. II

Dawno już mnie na blogu nie było.

Dawno do was nie pisałam … ale jak już miałam przygotowanego posta z podsumowaniem ostatnich miesięcy treningowych, to go niechcący usunęłam.

I tak od kilku tygodni zbieram się i zbieram się do tego pisania, aż do dzisiaj, czyli do końca 2015 roku.

A skoro rok 2015 już się kończy to warto by podsumować to co się u mnie działo biegowo, treningowo i górsko przez te ostatnie dwanaście miesięcy.

Tak więc czas na refleksje, wspomnienia, wnioski i plany na kolejny rok.

A jest nad czym debatować, bowiem miniony rok był dla mnie niemal rokiem milowym.

Jak co roku założyłam sobie kilka celów do realizacji i mimo tego, że nie wszystko udało mi się zrealizować, to jednak te najważniejsze cele zostały zrealizowane.

Niewątpliwie w 2015 roku marzenie o samotnych wyprawach wysokogórskich stało się faktem. Podobnie jak ukończenie zawodów ultra w górach na dystansie 100 km.

Pierwsze było chyba przeznaczeniem, bo osoby, z którymi miałam pojechać ostatecznie wycofywały się z wyprawy, albo już miały nagrane inne wyjazdy i tak zostałam sama na polu bitwy o górę Elbrus.

Nie chcę się rozpisywać, bo już na blogu na ten temat było m.in. tutaj.

Ale co by o tym wyjeździe nie powiedzieć to jest to dotychczas największe osiągnięcie górskie w moim życiu.

I ewidentny dowód na to, że jestem na dzień dzisiejszy na takie górskie wyzwania fizycznie i psychicznie przygotowana.

A zatem obiecuję, że będę starała się taki standard wyjazdów utrzymywać w miarę możliwości górskich w przyszłych latach.

Co do drugiego, to był to sukces wypracowany dzięki ciężkiej pracy.

No może przesadziłam, ale swoje wybiegać musiałam.

Nie jest może idealnie i 110 km w 23h to nie jest szczyt moich marzeń i na pewno nie jest też szczytem moich możliwości, nad czym usilnie obecnie pracuję. Jednak …

Na wszystko przyjdzie czas i pora.

Statystyki. Czas na statystyki. Mój ulubiony dział. Poza tym co można robić w domu samemu w Sylwestra, jak nie statystyki 😉

Bieganie.

W 2015 roku biegałam głównie treningowo na bieżni, w terenie na nizinach i w górach. Poza tym przebiegłam dobrych parę kilometrów na zawodach.

Z tego wszystkiego uzbierał się niezły kilometraż wynoszący 2016 km. Całość zajęła mi 292 godziny. Biegowo trenowałam w sumie w 155 dni, czyli 42% dni minionego roku spędziłam właśnie na bieganiu.

Podaję też rozkład miesięczny mojego biegania.

A skoro, już wyciągnęłam tak mocny statystyczny kaliber, to parę słów komentarza nie zaszkodzi.

A więc rok 2015 biegowo przywitałam na bieżni. Co widać na wykresie.

Biegałam głównie interwały na dystansie 5 km. W weekendy biegałam dłuższe terenowe wycieczki biegowe, co także widać na wykresie w miesiącu lutym i marcu.

Jednak wraz z miesiącem kwietniem, kiedy przyszło mi się dwukrotnie zmierzyć z królewskim dystansem, okazało się, że to jednak za mało na złamanie 4 godzin w maratonie, a co dopiero pokonanie dystansu 115 km w zawodach ultra.

No i tak przyszedł pierwszy kryzys zawodnika niewytrenowanego, który swoje apogeum miał podczas kolejnego maratonu na początku czerwca w Chorzowie.

Wtedy właśnie osiągnęłam najgorszy wynik w maratonie w swoim biegowym życiorysie.

No może oprócz Dębna, bo tam to w ogóle zeszłam z trasy. No ale co by się nie rozpisywać, mocno przeżyłam ten stan rzeczy.

Niemal nie rzuciłam biegania w chwili zwątpienia. I trzeba, by powiedzieć na szczęście, bo po tym zimnym prysznicu przyszła dość szybka refleksja, że jednak z pustego to i Salomon nie naleje i nie ma co scen rozpaczy urządzać, tylko trzeba się ostro zabrać do biegowej roboty.

Bo za miesiąc, czyli w lipcu, byłam zapisana na kolejny start ultra na dystansie 110 km, w dodatku w górach i to jeszcze w pakiecie z bieganiem po nocy w lesie.

Tak więc nie było wyjścia.

Cały plan treningowy wywróciłam do góry nogami.

Wróciła na ulicę, tylko biegowo oczywiście, gdzie trzy razy w tygodniu przed pracą o 5 rano biegałam 10 km.

Głównie rytmy i interwały.

W weekendy robiłam bieganie w stałym zakresie tętna i długie wybiegania na dystansie 25 – 30 km.

Dzień za dniem, tydzień za tygodniem trenowałam i trenowałam.

Z czasem dorzuciłam podbiegi na skarbie wiślanej i skipy A i C, na których po dziś dzień zaciskam oczy i zęby, gdy je wykonuję.

Ostatecznie ciężka orka się opłaciła i w lipcu zostałam ultramaratończykiem.

Bo dla mnie ultra bieganie rozpoczyna się od 100 km. Takie tam moje widzi mi się i inne fanaberie 😉

Cała ta treningowa rzeź się opłaciła i przygotowała mnie nieźle do górskiego wyjazdu, bowiem w sierpniu wczołgałam się na wierzchołek Elbrusa.

Co ostatecznie całkowicie mnie zaorało, do tego stopnia, że przez kilka dni nie mogłam się ruszać i leżałam unieruchomiona na łóżku.

Chociaż, jakby inaczej spojrzeć, to też miało swoje dobre strony, no bo wtedy dotarło do mnie jak ważna jest suplementacja, w szczególności przy takich sportach wytrzymałościowych, jakie ja uprawiam.

W każdym bądź razie szybko się po chorobie pozbierałam i jeszcze w sierpniu pojechałam w długi weekend na bieganko w Taterki.

I tak mi zleciał sierpień.

A we wrześniu oprócz trenowania ukończyłam z Tatuniem Maraton Warszawski.

Co prawda z początku było mi trochę smutno, że nie mogłam powalczyć o życiówkę, tym bardziej, że byłam na prawdę mocna kondycyjnie i w szczytowej formie, no ale nie codziennie się kończy maraton z Ojcem.

A życiówkę to ja pewnie nie raz jeszcze w maratonie zrobię 😉

Po wrześniu było już tylko trenowanie, czyli stagnacja i budowanie fundamentów pod mocniejsze akcenty treningowe.

No i na dzień dzisiejszy mogę podsumować, iż jak do wiosny utrzymam reżim biegania, nie będzie ślisko na dworze to na wiosnę będę walczyć o nowy, lepszy czas na maratonie w Warszawie.

Taki oto mam swój cel biegowy.

Tyle chyba o wykresie. Może teraz parę słów o zawodach, w których brałam w 2015 roku udział.

Obiecuję, że będzie krótko i treściwie.

Zawody

Obiecałam sobie jakiś czas temu, że będę biegać tylko w maratonach i startach ultra.

I tak właśnie w 2015 roku zrobiłam. Z jednym małym wyjątkiem, no ale o tym już więcej w kalendarium poniżej przeczytacie.

2015 rok biegowo rozpoczęłam dość nietypowo.

W marcu wzięłam udział w dość dziwnych zawodach pod nazwą Bieg na Szczyt Rondo, czyli w biegu po schodach.

To był taki eksperyment, chęć spróbowania czegoś nowego.

Ostatecznie uzyskałam czas 7 minut i 52 sekundy, a bieganie w takich warunkach nie urzekło mnie, nie poczułam amorków w brzuchu, jak przy biegach ultra i chyba jak na razie do takiej formy zawodów biegowych nie powrócę.

19 kwietnia natomiast wybrałam się do Łodzi na maraton.

Bardzo chciałam odwiedzić to miasto, bo nigdy w Łodzi nie była. No i na tym moja radość się skończyła.

Czas, który uzyskałam to 4 godziny 44 minuty i 44 sekundy. Tak więc bez emocji. Dlaczego? Patrz wyżej analiza wykresu.

Tydzień później, czyli 26 kwietnia spróbowałam swoich sił na królewskim dystansie w Orlen Maratonie.

Co prawda wiedziałam, że 4 godzin nie złamie.

Dlaczego? Patrz wyżej analiza wykresu.

No ale poszło mi już trochę lepiej.

Uzyskałam czas 4 godziny 41 minuty i 20 sekund.

Biegło mi się naprawdę nieźle, niestety tylko do 32 kilometra. Potem przyszła ściana i …

Dopiero po paru minutach doszłam do siebie. Szkoda.

Bo trasa tego maratonu jest na prawdę bardzo fajna i w sam raz pod życiówki.

Z początkiem maja, a dokładnie 9 maja, pojechałam kolejny raz do Rzeszowa, tym razem na zawody ultra, które odbywały się na dystansie 115 km.

Ultramaraton Podkarpacki jest dosyć specyficznym biegiem.

Głównie ze względu na trasę, dużą ilość asfaltu i odsłonięty teren.

Ostatecznie nie udało mi się tych zawodów ukończyć. Zeszłam z trasy na gdzieś 72 kilometrze, po 11 godzinach biegania.

Nieźle umordowana. Ledwo włócząca nogami, ale z pełnym bagażem nowych ultramaratońskich doświadczeń.

Dużo ówcześnie analiz przeprowadziłam po tym starcie.

Naczytałam się dużo informacji w necie i czasopismach na temat treningów i przygotowań to tego typu zawodów. Przyjęłam pewną strategię i ….

7 czerwca pojechałam na Maraton Parku Śląskiego do Chorzowa.

To był istny horror.

Ponad 30 stopni. Cholerny upał. Brak wody na trasie. Plus brak wytrenowania. Trudno się spodziewać jakiś oszałamiających wyników.

Ostatecznie udało mi się jakoś ukończyć te zawody w czasie 5 godzin i 39 minutach.

Masakra i gwóźdź do trumny. Po powrocie przeprowadziłam treningowy remanent. Jak? Patrz wyżej analiza wykresu.

17 lipca pojechałam na kolejne zawody, czyli na Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich w Lądku Zdroju, gdzie miałam wystartować na dystansie K-B-L, czyli na 110 km.

Ten start przejdzie do mojej biegowej historii nie tylko ze względu na jego ukończenie, ale także ze względu na fakt, iż trzy dni przed wyjazdem do Lądka miałam wypadek rowerowy. Po prostu wracając z siłowni na rowerze potrącił mnie samochód.

Miałam duży dylemat, czy w ogóle wystartować w tym ultra, ale ponieważ wszystko dopięłam na ostatni guzik to pojechałam.

Poza tym, ze względu na to, że organizator w regulaminie nie zapewniał depozytu, to pojechałam w Warszawy tylko w tym w czym miałam wystartować.

Zabrałam 5 litrowy plecaczek, spodenki, kurteczkę, koszulkę i pojechałam.

Dwa dni jechałam do Lądka Zdroju z przystankiem we Wrocławiu, gdzie przed startem, który był o 18:00 kimałam na ławce, bo nie wykupiłam noclegu, ponieważ miałam biec w nocy i mi się to nie opłaciło.

I w takich spartańskich warunkach ukończyłam swoje pierwsze 100 km w górach.

Piękny bieg. Piękne zawody. Góry. Bieganie po nocy. Walka, walka, walka ze wszystkim. Ze snem. Zmęczeniem. Bólem. Z samym sobą. Ultra jest takie piękne.

No dobra 🙂

Ukończenie dystansu 110 km zajęło mi 23 godziny.

Wiem, może nic szczególnego przy innych zawodnikach, to jednak na długo te zawody wryły mi się w pamięć, a poza tym to był mój pierwszy raz 🙂

27 września wraz z Tatuniem ukończyliśmy Maraton Warszawski.

Zajęło nam to 5 godzin i 30 minut. Dla mnie był to czwarty start w tej imprezie, dla Tatunia był to pierwszy w życiu maraton, więc nie mogłam mu nie towarzyszyć.

W końcu ktoś musiał go motywować przez tą całą drogę i przyznam się szczerze to nie było takie proste.

Tatunio ostatecznie spisał się na medal. Pięknie i zgodnie z planem przebiegł 30 kilometrów ciągiem i mimo mojego podstępu, że pozostałe 12 kilometrów nie będziemy jednak pokonywać spacerkiem, tylko biegiem, utrzymywał mi dzielnie kroku i dzięki temu skróciły się jego męki i katorgi na trasie.

Jestem z niego na prawdę dumna.

Tyle w części pierwszej.

Jutro zapraszam na część II, w której opiszę pokrótce zeszłoroczne górskie zmagania, nie tylko te wyprawowe, ale i biegowe oraz przedstawię szczegółową statystykę i moje spostrzeżenia z działań treningowych na siłowni.


Podsumowanie roku

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from