Podsumowanie 2014 roku

with Brak komentarzy

Czas na podsumowanie. Przeżycie jeszcze raz tego co spotkało mnie w 2014 roku. A jest czego.

Styczeń

Na początek STYCZEŃ.

Kiedy większość osób bawiła się w doborowym towarzystwie, ja w zaciszu swojego powiedzmy M1 szykowałam się do powrotu w Andy.

Pod Aconcaguą spędziłam ponad trzy tygodnie. I mimo tego, iż był to mój drugi pobyt w Argentynie, i ostatecznie nie udało mi się stanąć na wierzchołku, to uważam wyjazd ten za jeden z najważniejszych wypraw w moim życiu.

Po pierwsze, w końcu działałam w małym zespole. A właściwie to tylko w dwójkę.

Tym razem moim górskim partnerem był Piotr, który jak się w trakcie wyjazdu okazało, pochodził ze środowiska wspinaczkowego lat ’80, co oczywiście mnie strasznie podjarało.

W dodatku Piotr był członkiem KW Katowice i wiecie co to oznacza 🙂

Kiedyś, kiedy zaczytywałam się w literaturze alpinistycznej tamtego okresu, w duszy marzyłam, żeby kiedyś poznać osobiście kogoś z tamtego środowiska, ale kurcze nigdy by mi nie przyszło do głowy, że będę z taką osobą na wyprawie.

Po drugie, przypadek bądź los chciał, że w 2014 roku w Andach spędziłam dużo czasu sama, co trochę połechtało moje ego, żeby w końcu może spróbować kolejnej wyprawy solo.

Ale o tym będzie dalej (patrz miesiąc sierpień).

Luty

Po powrocie z ciepłej Argentyny dość szybko musiałam zaaklimatyzować się w surowych zimowych warunkach panujących w Polsce.

Na szczęście po moim powrocie zima trwała zaledwie tylko tydzień i spokojnie mogłam zacząć intensywne przygotowania do wiosennego sezonu maratońskiego.

W ramach rozbiegania udało mi się w LUTYM zamknąć kwalifikacje w ramach Zimowych Biegów Górskich w Falenicy.

Dla mnie jest to pewne osiągnięcie, bo to było już moje trzecie podejście do tej imprezy. A w dodatku w trakcie wcześniejszych edycji na własne oczy widziałam jak wyglądają warunki trasy na tych biegach.

Dla przykładu w 2013 roku cała trasa była skuta lodem, a ja biegałam 10 km slalomem od drzewa do drzewa, żeby się nie zabić po drodze.

Marzec

W kolejnym miesiącu MARCU oprócz kontynuowania dalszego rozbiegania, pojawiła się w moim życiu fitnessomania.

Odkryłam w swoim biegowo – górskim świecie nowy obszar w którym doskonale się dość szybko odnalazłam.

Na początku rzucałam się na wszystkie dostępne w grafiku zajęcia począwszy od tych wzmacniających, poprzez wszelkiego rodzaju te z dopiskiem power, choreographic, indoorcycling aż po body&mind.

Wraz z moim pojawieniem się w clubie fitness zamknął się definitywnie mój rozdział dotyczący ówczesnego spostrzegania treningów, a otworzył się zupełnie nowy do tego stopnia, że słowo rozgrzewka zostało zastąpione słowem „cardio”, a zwykły pół przysiad „squadem”.

Dzisiaj moje aktywność w clubie ogranicza się do ćwiczeń wzmacniających, sztangi, stretchingu, rowerów i  jogi kręgosłupa.

Z czego większość ćwiczeń wykonuję samodzielnie. Ufff.

Kwiecień

No to wracamy do biegania i KWIETNIA, który okazał się pod tym względem także dość fascynujący.

Wraz z początkiem wiosny w końcu, przy drugim już podejściu, udało mi się ukończyć kwalifikację do tytułu Korony Maratonów Polskich.

Wraz z przekroczeniem linii mety w trakcie Maratonu w Dębnie zakończyłam swoją przygodę z wielką piątką maratonów w naszym kraju.

Chociaż nie było to tak do końca łatwe. Praktycznie całą trasę biegu pokonałam z Danielem.

Jak się okazało w trakcie rozmów na samych zawodach, mój poznany maratoński towarzysz stosunkowo niedawno wyszedł z bardzo groźnego wypadku samochodowego, w trakcie którego omal nie stracił nogi.

Na szczęście po operacji i rekonstrukcji chirurgicznej udało mu się wrócić do normalnego życia.

Dzięki temu spotkaniu, a właściwie rozmowie, w końcu uświadomiłam sobie, że chyba trochę zboczyłam z biegowej drogi i raczej nie tego jednak w bieganiu szukam (szczegóły patrz miesiąc maj).

Oprócz startu w Dębnie tydzień później ukończyłam kolejny maraton tym razem u siebie, w Warszawie.

A mowa o Maratonie Orlen.

Oczywiście bez jakiś tam sensacji i rewelacji. W końcu dwa maratony pod rząd potrafią nieźle ściorać człowieka i nie mówię tutaj o zmęczeniu tylko fizycznym, ale i psychicznym.

Maj

Kiedy myślę o MAJU to mam przed oczami swój pierwszy w życiu start w ultramaratonie.

To była najpiękniejsza rzecz jaka mogła mnie spotkać w trakcie tych wszystkich moich dotychczasowych startów.

Kiedyś do kogoś powiedziałam, że krótkie dystanse biega się nogami, a maratony biega się głową. I nie zamierzam tych swoich wypowiedzianych słów podważać.

Jednak dzisiaj już wiem, że poza maratonami, gdzieś dalej są jeszcze biegi ultra, które biega się sercem.

Ja po prostu w biegach ultra się zakochałam. To jest właśnie to. No może przesadziłam. Może to jeszcze nie jest to. To do czego ja w bieganiu dążę, ale niewątpliwie biegi ultra dla mnie są magiczne.

I nie chodzi mi o sam dystans, choć jak mówię, że mój najdłuższy ukończony bieg wynosi 70 km, to ludzie stawiają oczy w słup.

Jeden mój znajomy nawet mi powiedział kiedyś żebym się nie przyznawała do tego że biegam takie dystanse, chodzę po takich górach i mam trzech magistrów bo żaden chłop mnie nie zechce.

Nawet nie wiecie, czego ja muszę wysłuchiwać czasem od innych 🙂

W trakcie powrotu do domu z zawodów Ultramaratonu Rzeszowskiego, w Polskim Busie, przyszedł mi do głowy genialny pomysł.

Pomysł biegania w górach wyjazdowo, na lekko. Nie muszę chyba mówić, że się sprawdził w 100% (czyt. miesiąc lipiec).

I tak się rozpoczęła moja przygoda z wyprawami biegowymi.

Czerwiec

W CZERWCU przeżyłam swój kryzys osobowości biegacza.

Właściwie to było do przewidzenia po majowym ukończonym biegu ultra, ale tak naprawdę ujawniło mi się to z taką intensywnością dopiero w trakcie ostatniego biegu w ramach Grand Prix Żoliborza, który akurat wtedy rozgrywany był na dystansie 15 km.

Cała trasa obejmowała bodajże trzy okrążenia na tym samym odcinku, jednym słowem koszmar.

Zresztą ja nigdy nie ukrywałam, iż bieganie na tak zwanych pętlach nie daje mi satysfakcji jakiejkolwiek.

W sumie tylko toleruję jedną biegową pętlę, tą treningową, a zawodów na pętlach jednym słowem po prostu unikam.

Jednak tym razem bardzo chciałam ukończyć te zawody i skompletować wszystkie trzy starty, bo całość GP Żoliborza składała się z trzech biegów odpowiednio na dystansie 5 km, 10 km i 15 km.

No i kiedy rozpoczynałam kolejne okrążenie stało się.

Nagle stanęłam na środku trasy, uderzyłam się dość znacząco w czoła i wypowiedziałam oto takie magiczne słowa „Ja p ……ę co ja tutaj robię. K … a przecież biegamy po tych pętlach jak jakieś p …. e chomiki w klatce. Co za głupota. Zero walorów estetycznych. Zero przyjemności.

Oczywiście ostatecznie pozbierałam się jakoś do kupy mentalnie w sobie i ukończyłam te zawody.

Jednak wtedy przyrzekłam sobie, że od zaraz zmieniam cały plan biegowy na zawsze.

Postanowiłam wykluczyć ze swojego życia, do pięćdziesiątki, krótkie biegi uliczne.

Wylewam jak widać wszystkie swoje żale minionego roku i chyba do rana nie skończę 🙂

Lipiec

Lecim dalej. Czas na LIPIEC.

Piękny miesiąc jak dla mnie. Kojarzą mi się z nim same przyjemne rzeczy.

W końcu to właśnie z początkiem lipca pamiętnego 2005 roku tuż po obronie pracy magisterskiej przeprowadziłam się do Warszawy.

W 2014 roku lipiec też będzie mi się dobrze kojarzył, bowiem właśnie w tym miesiącu rozpoczęłam bieganie w Tatrach i ukończyłam swój pierwszy w życiu triathlon, Guru Triathlon Warszawski.

Jak pomyślę o tych zawodach to ogarnia mnie śmiech i przerażenie zarazem, przede wszystkim przez swoją głupotą.

Zawsze miałam odjechane pomysły, rzucałam się podjarana jak dzika świnia na różne szalone projekty, ale żeby w gorączce i chorobie takie cuda odstawiać i do tego kilka dni przed wyprawą.

Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, a ja ze spokojem, powiedzmy, mogłam rozpocząć swój kolejny wyjazd w góry.

Sierpień

Który swoje zakończenie miała w SIERPNIU.

To właśnie w tym miesiącu, w końcu udało mi się wejść na jakiś szczyt. W sierpniu zdobyłam najwyższy szczyt Turcji, Ararat o wysokości 5137 m n.p.m.

Już wam pisałam o tej wyprawie. Wspomnę jednak tylko, iż było to dla mnie wspaniałe doświadczenie.

Wiele się w trakcie tej wyprawy nauczyłam.

Poza tym pod górę dotarłam sama, także spod niej wróciłam sama do domu.

Wysoko w górach działałam w międzynarodowym zespole i mimo odwodnienia posiadałam dość sporą moc przerobową w trakcie wejścia na wierzchołek. Co mnie niezmiernie cieszy.

Oczywiście nie wszystko na wyprawie było piękne i kolorowe, jak to w życiu.

Całość już dawno została przeanalizowana, a wnioski zostały wyciągnięte na przyszłość, co mam nadzieję niebawem przyjdzie mi sprawdzić w górskim działaniu.

Oprócz Turcji pod koniec sierpnia wzięłam udział w Półmaratonie w Rejowie.

Jak co roku, mimo moich deklaracji, że więcej już się na tych zawodach nie pojawię, wystartowałam w tej imprezie.

Niestety ze względu na moje słabe przygotowanie nie uzyskałam jakiegoś oszałamiającego czasu na mecie.

Właściwie to był bieg na przetrwanie.

Mało tego moje kolana, które w tamtym okresie biegały głównie w trenie górsko – leśnym, odmówiły niemalże całkowicie współpracy na tych zawodach, do tego stopnia, iż część trasy musiałam pokonać trawiastym poboczem.

Co wzbudzało dziwne spojrzenia pozostałych biegaczy.

Tak więc moja życiówka na półmaratońskim dystansie wynosząca 2 godzi i 3 minuty czeka na pobicie w przyszłości 😉 Może nawet już w tym roku.

Wrzesień

Jak wiadomo po sierpniu przychodzi WRZESIEŃ.

I tym razem nie obyło się bez mocnych wrażeń.

Poza tym każdy polski ultramaratończyk na słowo wczesny wrzesień od razu kojarzy Bieg 7 Dolin, jedne z najtrudniejszych zawodów ultra w górzystym terenie w Polsce.

Oczywiście ja też musiała się na nie porwać bez przygotowania i to w dodatku na tym najdłuższym dystansie, czyli 100 km.

Niestety ostatecznie w trakcie zawodów zmuszona byłam opuścić trasę na 66 km, po pokonaniu 3000 m przewyższenia.

O czym już wam na łamach bloga kiedyś pisałam.

Dla mnie udział w tym biegu to przede wszystkim nauka i jeszcze raz nauka poprzez doświadczenie na własnej skórze.

Strasznie dużo błędów popełniłam w trakcie tego biegu i chyba się trochę go przestraszyłam. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, więc ostatecznie stwierdzam, że dobrze się stało.

Dzięki temu nie urosłam w piórka i mam kolejną wycieczkę w 2015 roku do Krynicy – Zdrój 🙂

Pod koniec września pobiegłam jeszcze Maraton Warszawski.

Trochę jeszcze wtedy nie doszłam do siebie po tym górskim hasaniu i nie udało mi się złamać tych 4 godzin, ale uważam że summa summarum dobrze mi poszło.

Właściwie w tym 2014 roku dobrze szły mi wszystkie maratony w jakich brałam udział.

Nie trenowałam za wiele pod maratonu. Postawiłam głównie na siłę i spędzanie większej ilości czasu w górach.

Oczywiście miałam taki plan w końcu złamać te 4 godziny na królewskim dystansie, ale prawda okazała się bardziej bolesna, iż bez porządnego wybiegania, jak na razie mogę sobie tylko o tym pomarzyć.

Z resztą ja nigdy nie lubiłam szybko biegać.

Czasem się śmieję, że jestem jak radziecki czołg powolny, ale za to jak się rozkręcę to ciężko mnie zatrzymać 😉

Poza tym mam chyba jakieś genetyczne predyspozycje do biegów dłuższych od maratonów.

Październik

PAŹDZIERNIK przeleciał mi głównie rowerowo, bowiem to właśnie na rowerze przemieszczałam się po Warszawie najczęściej.

Poza tym korzystając z okazji służbowego pobytu w Bielsku – Białej, postanowiłam zorganizować krótką biegową wyprawę po Beskidzie Śląskim.

Już od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem poszerzenia swoich biegowych horyzontów i wyrwania się poza granice Taterek.

I mi się to w końcu udało. Mało tego już powoli planuję tam wrócić w 2015 roku.

Listopad i grudzień

Jeśli chodzi o LISTOPAD i GRUDZIEŃ to zdecydowanie poświęciłam te dwa miesiące na odpoczynek, rozwój osobisty i zawodowy oraz rozpoczęcie procesu planowania projektów biegowo-wyprawowych na kolejny rok.

No dobra i argentyńskie telenowele, które pochłonęły mnie bez reszty 😉

Wiem, wiem rozpisałam się, ale ja tak mało tutaj ostatnio piszę, że nie mogłam się powstrzymać 🙂

Już na zakończenie chciałabym napisać, iż zawsze wyjeżdżając na wyprawy w góry czy też na zawody jestem niezmiernie podekscytowana tym kogo tym razem spotkam w drodze, czy też jakie tym razem przygody na mnie czekają tam daleko.

Za każdym razem gdy wracam do domu to przywożę ze sobą w swej pamięci nie tylko piękne górskie krajobrazy czy też wizerunki osób których tam poznaję ale przede wszystkim emocje i uczucia jakie się we mnie pojawiają po takich doświadczeniach.

Oczywiście nie zawsze wszystko jest piękne i kolorowe.

Z większością osób zapewne już nigdy się nie zobaczę, nie pojadę w góry, ale są też osoby, z którymi znajduję dość szybko nić porozumienia i pozostają z nimi w kontakcie na dłużej.

W 2014 roku poznałam takich osób wiele, zbyt wiele żeby je wszystkie wymienić w tym poście, ale zbyt istotnych żeby je ot tak po prostu pominąć.

Tak już kończę 🙂

Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierają we wszystkich tych moim szalonych pomysłach.

Przede wszystkim tym których już nie ma fizycznie w moim życiu, ale nadal czuję ich obecność.

Moim wspaniałym rodzicom którzy starają się mnie wspierać, siostrze, która jako pierwsza się o wszystkim dowiaduje i nic nie komentuję, chociaż po spojrzeniu można doskonale rozpoznać co ona o tych moich pomysłach tak na prawdę myśli.

Wszystkim bliskim mi znajomym z pracy, ściany wspinaczkowej, zawodów biegowych, wypraw górskich, wyjazdów tatrzańskich i wam drodzy czytelnicy bloga.

Stokroć wam wszystkim DZIĘKUJĘ!

I tak już na zakończenie chciałam tylko dodać, że życie to nie suma oddechów. Życie to suma momentów, kiedy zapiera ci dech w piersiach.

I tego wam wszystkim życzę w tym Nowym Roku.

KONIEC

podpis


Podsumowanie roku

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.