Pico de Teide – Relacja z wyprawy

with Brak komentarzy

Ja na szczycie Pico de Teide

Wróciłam z Pico de Teide. Cała, zdrowa i szczęśliwa.

I mimo, że mój wyjazd na Pico de Teide już tak naprawdę odszedł do historii, to powoli knuję jak tam wrócić z powrotem, za rok.

I nie żartuję. Bowiem Teneryfa, to jedno z nielicznych miejsc, gdzie czuję się naprawdę wyśmienicie. Nie za ciepło, a przede wszystkim nie za zimno.

Do tego wszystkie góry, skałki, woda. Czego chcieć więcej.

W zeszłym roku, kiedy wylądowałam w El Medano „przepadłam” i tak naprawdę nie sądziłam, że wyjazd na który w sumie nie chciało mi się jechać, tak mnie oczaruje.

A dzisiaj już mam w głowie poukładany kolejny plan wyjazdu na Teneryfę. I jak tylko jakiś inny kierunek na przyszły rok nie pojawi się na horyzoncie, to już wiecie, gdzie będzie można mnie szukać.

Tyle wstępu, czas na wyprawowe konkrety.

Pico de teide logo wydarzenia na facebooku

Szczegóły wyjazdu na Pico de Teide

Zgodnie ze swoimi wcześniejszymi założeniami plan wyjazdu miał głównie obejmować moje wejście na Pico de Teide i tak właśnie było.

Wyleciałam w sobotę z Warszawy, a dokładnie z Modlina, z ponad dwugodzinnym opóźnieniem, tak więc na Teneryfie byłam dość późno i dopiero gdzieś po godzinie ósmej wieczorem szczęśliwie dotarłam do hostelu w El Medano.

Na szczęście kolejny dzień został zarezerwowany na odpoczynek. Słońce, plaża i słodkie lenistwo. Niestety dość późno poszłam wieczorem spać i z trudem następnego dnia udało mi się rano zebrać na autobus.

W poniedziałek bardzo wczesnym rankiem, czyli o godzinie 6:30 wyruszyłam autobusem w stronę Los Christianos, gdzie po godzinie 9:00 miałam autobus linii 342, jadący w stronę wulkanu Pico de Teide.

Moja podróż autobusem, jak to zwykle, nie mogła obejść się bez żołądkowych niespodzianek i tak naprawdę dopiero idąc szlakiem w stronę schroniska Refugio de Altavista poczułam się już znacznie lepiej.

Sama droga do schroniska pod Pico de Teide rozpoczyna się w punkcie startowym na wysokości 2300 m n.p.m., a zarazem przystanku autobusowym, o nazwie Montania Blanca.

Z początku szlak wiedzie dość szeroką szutrową drogą, z której rozpościera się „księżycowy” widok w tysiącach odcieni beżu, żółci i brązów. Coś niesamowitego.

Po drodze mijam pole bomb wulkanicznych, zwanych potocznie „jajami Teide”, które już z wysokości, tracąc na swojej wielkości, rzeczywiście przypominają porozrzucane po piasku kamyczki.

Pierwszy odcinek trasy pokonuję, bez najmniejszego problemu. Nawet dość prześmiewczo stwierdzam, że opisany w przewodniku szlak jako trudny, to jakaś fikcja. Do czasu.

A właściwie do rozwidlenia szlaku, gdzie jedna jego część podążająca w lewą stronę prowadzi wprost na szczyt Montania Blanka, a jego druga, prawa połowa dość stroną i znacznie węższą ścieżką prowadzi w kierunku mojego celu, czyli schroniska.

Z nadzieją w oczach, że to tylko taki sobie niewielki odcinek stromizmy mam do pokonania, dość żwawo rozpoczynam swoje podejście w górę. Ścieżka jakby nie miała końca i za każdym kolejnym niewielkim wzniesieniem, wyłaniał się kolejny pagórek.

Matko – padają pierwsze słowa oznajmiające jeszcze niewielkie zmęczenie.

Wlokąc trochę nogami po luźnie rozsypanych kamieniach w myślach zaczynam żałować, że nie zabrałam ze sobą kijków trekkingowych.

Raz po raz ktoś mnie mija. Innym razem to ja kogoś wyprzedzam. Jest zdecydowanie za gorąco na takie spacery i do tego wszystkiego jeszcze ta wysokość.

Po godzinie z nadzieją w oczach wypatruję choć niewielkiego śladu, gdzieś w oddali, który dałby mi odrobinę radości, że już nie długo, że jeszcze trochę do schroniska. Na próżno.

Przede mną wyłania się pole krzaków, coś jakby naszych górskich kosówek. Nieznacznej wielkości rośliny, dają choć na moment odrobinę cienia. Ale na krótko, bowiem szlak przemienia się w popękaną i zastygłą lawę, górę przypomina stertę dość sporych głazów.

A schroniska jak nie ma, tak nie ma.

Podążam ostro pod górę. Tym razem idę w zaparte. Bez postojów, przystanków, choćby na jedno zdjęcie, co od razu daje widoczne efekty w postaci wyłaniającego się znienacka dachu schroniska.

Refugio de Altavista to niewielki murowany budynek z jeszcze mniejszymi okienkami. Zgodnie z informacją na stronie internetowej otwierane jest dopiero o godzinie siedemnastej, ale tak naprawdę goście schroniska są wpuszczani do swoich pokoi po godzinie siódmej wieczorem.

Rozkładam się na pobliskim murku w oczekiwaniu na otwarcie schroniska. Pogoda jest znakomita. Słońce, zero wiatru. W sam raz na odpoczynek.

Po niespełna czterech godzinach oczekiwania w końcu zostają przydzielone pokoje.

W samym schronisku są dostępne trzy pomieszczenia mieszkalne ze sporą ilością piętrowych łóżek, spore pomieszczenie jadalno-kuchenne oraz dwie toalety damska i męska.

Poza tym w samym schronisku, a właściwie jego ogromnych holu znajdują się maszyny z przekąskami, zimnymi napojami i kawą, no i oczywiście jest dostępny internet.

Rózne zdjęcia z mojego wyjazdu na Teneryfę: z Pico de Teide i plaży

Wejście na szczyt Pico de Teide

Cóż to była dla mnie za ciężka noc. Piętrowe metalowe łóżka skrzypiały przy każdej choćby najmniejszej zmianie pozycji ciała. Jak nie jedno to drugie. Do tego wszystkiego pająk który dość pokaźnych rozmiarów postanowił pospacerować sobie akurat na ściennie nad moim materacem, spowodował, że resztę nocy spędziłam w jednej pozycji odwrócona plecami do ściany, niemalże na krawędzi łóżka, górnego poziomu piętrowego łóżka. Koszmar.

O czwartej nad ranem po całej sali rozbrzmiewa dźwięk budzika.

Matko. Kto wstaje o tej porze? – zastanawiam się zrywając nagle z łóżka.

Od tego momentu już spania nie będzie.

Cała sala powoli z osoby na osobę budzi się ze snu.

Po jakimś czasie znowu spoglądam na zegarek, który wskazuje godzinę piątą.

Dla mnie to zdecydowanie za wcześnie, aby o tej porze wychodzić do szczytu. Tak naprawdę od schroniska do samego wierzchołka jest 400 metrów w pionie. Co prawda schronisko położone jest dość wysoko, bo powyżej 3000 m n.p.m., ale pokonanie 400 metrów na tej wysokości nie powinno zająć więcej niż dwie godziny. A mi nie uśmiecha się spędzać około godziny na samym szczycie w oczekiwaniu na wschód słońca.

Pół godziny później rozglądam się po sali, gdzie już praktycznie zostałam tylko ja i jeden turysta, pakujący swój plecak. Powoli zgarniam swoje rzeczy z łóżka. I tak naprawdę jestem ostatnią osobą, która opuszcza nasze miejsce sypialne.

Na dworze jest 6 stopni na plusie i jedna wielka ciemność. Mam na sobie oprócz podkoszulka i polara bezrękawnika, sweter puchowy i kurtkę do biegania, typową cienką wiatrówkę. Na nogach spodenki do biegania trzy czwarte i długie zaciągnięte podkolanówki. Natomiast na głowie chustkę, na niej kaptur z polara i kaptur z kurtki. W takim stroju ruszam na podbój najwyższego szczytu Hiszpanii.

Droga na Pico de Teide jest bardzo dobrze oznakowana, ale czołówka przyda się na pewno. Ułożona wraz z krawężnikami ścieżka wyraźnie wskazuje kierunek trasy. Jedynie jej dość spore nachylenie, może sprawiać niewielkie problemy podczas podejścia i lekką zadyszkę, ale przy takiej pogodzie niewielkie przestoje w podejściu są przyjemnością.

Krucząc trawersami między skałami w oddali spostrzegam zarys budynków kolejki linowej.

– O to już tylko 200 metrów do szczytu.

Z za horyzontu powoli pojawia się łuna czerwono-pomarańczowego światła. Znak, że słońce wstaje i dzień się budzi.

Z daleka widać ciągnący się wzdłuż środka wulkanu sznurek światełek. Raz po raz podobne znaki pojawiają się na samym szczycie. To zapewne osoby, które wyszły ze schroniska o godzinie piątej nad ranem i teraz oczekują na wschód słońca.

Przechodzę przez metalową otwartą bramkę i wolnym krokiem zmierzam stronę szczytu.

Z każdym krokiem coraz wolniej, zdecydowanie zaczynam odczuwać chłód po pośladkach i udach. W oczekiwaniu na słońce wpycham dłonie pod pachy, aby choć trochę je rozgrzać.

Szlak na sam wierzchołek poprowadzony jest ułożonymi kamiennymi schodkami i dopiero tuż przy samym szczycie zamienia się w ostro zakręcony trawers wśród kawałków zastygłej, pokruszonej lawy.

Po drodze mijamy wydobywające się z wnętrza góry opary gazów, które w bliskim kontakcie oprócz ciepłych cząsteczek pary, drażnią nos nieprzyjemnym siarko-wodorowy zapachem.

Pokonuję ostatnie metry podejścia i w końcu jestem na szczycie, najwyższym punkcie krateru. Gdzieś w oddali pojawia się żółty słoneczny okrąg, przynoszący odrobinę ciepła.

Przede mną klika minut przeznaczonych na podziwianie widoków i robienia zdjęć, a potem już tylko droga zejściowa w dół i plażowanie.

Krótkie podsumowanie

To był naprawdę bardzo udany wyjazd. Plan został zrealizowany w 100%. Pogoda dopisała, moja kondycja również.

Teneryfa, jak zawsze piękna, chociaż emocje już nie takie jak za pierwszym razem, gdy ją odwiedziłam.

Niemniej jednak to jedyne takie miejsce, gdzie mogłabym zawsze wracać.

 

Mój podpis


Szczyt Pico de Teide

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from