Peru 2019 – Podsumowanie wyjazdu Cz. I

with Brak komentarzy

Peru 2019 - Podsumowanie wyjazdu Cz. I

Mija już czwarty tydzień po moim powrocie z Peru. Czuje, że wróciłam na właściwą strefę czasową. Więc myślę trzeźwo i mogę powoli zacząć podsumowywać wszystko to co się wydarzyło podczas mojego ostatniego wyjazdu do Peru.

Ale zanim zacznę się rozpisywać i wszystko analizować na początek opiszę skąd się wziął u mnie pomysł na taki wyjazd i na takie dwa szczyty.

Jak już wiecie, większość moich pomysłów na projekty wyprawowe powstaje dość niespodziewanie i spontanicznie.

Można by rzec, że dany szczyt sam się upomina o wizytę. Ni stąd ni z owąd pojawia się przed moimi oczami i jeśli zadziała „chemia”, to nie ma co muszę tam pojechać. Co nie powinno dziwić, bo jestem zodiakalną rybą i wiele decyzji w swoim życiu podejmują intuicyjnie.

Tak też było z wulkanem Misti. Wypatrzyłam go w jakiejś gazecie na początku roku i przepadłam.

Od razu zaczęłam czytać co to za góra, gdzie się znajduje i jak się do niej dostać. Wtedy też padła decyzja, że jadę w tą część Paru na wulkan Misti i … a niech będzie także wulkan Chachani.

Drugi wulkan był stosunkowo blisko szczytu Misti, więc kolejny wybór był po prostu oczywisty.

Tak to u mnie wygląda.

Pisałam też kiedyś na blogu, że mam przygotowana listę szczytów, które chciałabym zobaczyć z bliska.

I mimo, że Peru oczywiście na tej liście już się znajduje, tylko że ze wskazaniem innego regionu górskiego, wiadomo jakiego, to jednak zdecydowałam się rozszerzyć listę wyjazdów właśnie o tą część Peru.

Pomyślałam też, że oprócz tych dwóch wulkanów, właśnie stamtąd będzie bliżej do Machu Picchu. Jak się potem okazało, w praktyce trochę się przeliczyłam, no ale kto by nie chciał tego starożytnego miasta zobaczyć na własne oczy. No kto?

I tak machina wyprawowa ruszyła.

Tyle tytułem wstępu czas na kalendarium wyprawowe.

Kalendarium wyprawowe

Cały wyjazd został zaplanowany na 16 dni, czyli dwa tygodnie plus dwa dodatkowe dni weekendowe.

Już teraz mogę napisać jedno. Aby zrealizować samemu cały plan w takim kształcie jakim sobie ja zaplanowałam, to jednak jest zdecydowanie za mało czasu.

Moim zdaniem, popartym doświadczeniem z własnych podróży do Ameryki Południowej, najlepszą opcją jest wyjazd na trzy tygodnie.

Dlaczego?

Z prostej przyczyny. Sam dojazd np. do Arequipy zajął mi prawie całe trzy dni. Oczywiście pomimo, że w mieście byłam już o 9 rano, to jednak byłam tak „zajechana”, że jedyne na co mnie było jeszcze stać tego dnia, to było pójść coś zjeść, zobaczyć Plaza de Armas i … pójść spać.

I mimo, że na przelocie do Ameryki Południowej zyskałam 7 godzi n, to jednak czułam się tak zmęczona, jakby cała podróż trwała jeszcze dwa dni dłużej.

Stąd prosta kalkulacja trzy dni na przelot w jedna i drugą stronę i już mamy 6 dni w drodze.

Do tego trzeba doliczyć czas poświęcony na dojście do siebie, czy też zaaklimatyzowanie się na miejscu oraz odpoczynek między obydwoma szczytami i już z 16 dni robi nam się 9 dni mniej.

Tak więc na działalność górską oraz zobaczenie czegoś więcej, czyli Machu Picchu zostaje 7 dni.

Z tego w standardzie dwa dni na szczyt o wysokości ponad 5800 m n.p.m., dwa dni na szczyt o wysokości ok. 6100 m n.p.m. i trzy dni na wizytę w Machu Picchu. Bo tyle dokładnie czasu trzeba poświęcić na jednodniową wycieczkę do tego starożytnego miasta z Arequipy.

Tak właśnie wyglądały moje realia wyjazdowe, a rzeczywistość … już wyjaśniam.

Peru 2019 - Podsumowanie

18 maja

W godzinach południowych wyleciałam z Polski do Paryża.

W planach miało być zwiedzanie francuskiej stolicy wraz ze zdjęciem pod Wieżą Eiffla. No ale na miejscu trafiłam na manifestację Ugandy i całe zwiedzanie się szybko skończyło.

19 maja

Wylot do Limy z Paryża. Czekanie w nocy na lotnisku w Limie na samolot do Arequipy.

20 maja

We wczesne godziny poranne przelot z Limy do Arequipy. Przez Cusco. Tym razem obyło się bez opuszczania samolotu, no ale sam przystanek po drodze spowodował, że zamiast 1,5 godzinnego lotu miałam go dwa razy dłuższy.

Po przylocie taksówka, hostel i krótkie rozeznanie terenu, czyli okolicy Plaza de Armas.

Oczywiście jakieś jedzenie i zakupy. Tego dnia nie ogarniałam żadnych agencji i wyjazdu w góry. Przeznaczyłam na to cały kolejny dzień.

To co mogę powiedzieć o Arequipie, to jest to ogromne miasto. Ja zobaczyłam jego mały ułamek, bo tylko Centro Historico, ale i tak zrobiło na mnie wrażenie.

Jak dla mnie miasto jest czyste i spokojne. Plaza de Armas olbrzymia i wyjątkowo piękna. Sporo sklepów, ale głównie z pamiątkami. Dwa sklepy spożywcze samoobsługowe ze sporym asortymentem. Ani jednego sklepu ze sprzętem turystycznym, ale jakoś szczególnie go tym razem nie szukałam. Sporo agencji turystycznych i restauracji. Poza tym informacja turystyczna Arequipy i obok niej informacja turystyczna całego Peru przy Plaza de Armas.

21 maja

Ogarnianie wyjazdu pod obydwa wulkany Misti i Chachani. Jeszcze w Polsce zaplanowałam wejście na dwa szczyty w ciągu jednego tygodnia. Przy planowanej wizycie w Machu Picchu inna forma organizacji czasu podczas wyjazdu nie miała racji bytu.

Po kilku godzinach szwendania się po Arequipie w celu znalezienia agencji zgodnie z adresami zamieszczonymi w sieci, w gestii desperacji, w końcu udało mi się obydwa wyjazdy zorganizować zgodnie z planem.

Ponadto, jak to zazwyczaj u mnie bywa, wpadłam na genialny plan, zobaczenia jeszcze pobliskiego wąwozu Colca.

No ale czas to nie gumka od majtek i nie rozciąga się w nieskończoność, wiec jak zorganizować dwa wyjazdy w ciągu jednego tygodnia?

Szybko wymyśliłam sobie plan. Dwa dni w wąwozie Colca, a następnego dnia jeden dzień w Machu Picchu. Dzisiaj z punktu widzenia czasu i całej organizacji tych dwóch wyjazdów wiem, że to nie mogło się udać. Nawet cieszę się, że się nie udało.

Dlaczego ? Wyjaśniam w drugiej części posta.

Tego dnia wybieram się na zwiedzanie Klasztoru Św. Katarzyny. Tak naprawdę jedynej atrakcji warta zobaczenia w Arequipie. No chyba, że ktoś lubi chodzić po muzeach, tych jest tutaj zatrzęsienie.

22 maja

Pobudka 5:30. Po godzinie szóstej zmierzam w stronę hostelu, gdzie mam się spotkać z komś z agencji wyprawowej na wulkan Misti. Mój pierwszy cel wyjazdu.

Co miało nastać o 7:30, ale tak naprawdę dopiero po godzinie, ehhh te standardy południowo -amerykańskie, opuściłam miejsce hostelu.

Lekko zirytowana, że zamiast ślęczeć bezczynnie godzinę, mogłam w tym czasie jeszcze dłużej pospać.

W końcu ktoś zjawił się po mnie we wskazanym miejscu i zaprowadził do biura agencji trekkingowej, która jak się okazało znajdowała się w odległości 200 m od miejsca mojego czekania.

Rozpoczynamy standardową procedurę podpisywania różnych oświadczeń i pakowania. W mojej grupie oprócz mnie znalazła się jeszcze para z Niemiec i dwóch Amerykanów.

Większość osób uzupełniała całkowity komplet wyposażenia. Od butów i wszelkiego rodzaju części garderoby, po namiot i pozostały sprzęt ściśle biwakowy.

Ja musiałam uzupełnić braki w postaci latarki, bo moja oczywiście całkowicie przestała działać już na miejscu w Peru i namiot. Ostatecznie zdecydowałam się spać pod jednym namiotem z przewodnikiem.

Co do czołówki, to było to do przewidzenia. Wspominając mój wyjazd do Meksyku, gdzie w drodze na szczyt, w środku nocy nagle moja czołówka zgasła i nie dawała oznak życia.

Swój namiot, przez namowę Pani z agencji postanowiłam zostawić w hostelu, a ten którym zostałam obdarowana ważył ze dwa razy tyle, więc oczywistą oczywistością było uniknięcie dodatkowego nad bagażu.

Mój plecak po spakowaniu na wulkan Misty ważył ok. 20 kg. Oprócz zabranego sprzętu miałam na plecak 5 litrów wody, co miało mi pomóc przetrać w górach te dwa dni.

Po ponad godzinie w końcu ruszyliśmy w góry. Najpierw samochodem do wysokości 3400 m n.p.m., a potem już pieszo do base campu, który znajdował się na wysokości 4500 m n.p.m.

Droga podejściowa nie jest trudna i zajmuje ok. 5 godzin. Po drodze mijamy niewielkie wąwozy wulkaniczne, liczne krzaki i inne krzewy. W oddali towarzyszy nam panorama na pobliskie szczyty, m.in. Chachani i Pichu Pichu.

W końcu docieramy do base campu, gdzie za dość sporymi skałami zlokalizowanych jest kilka platform pod namioty. Na miejscu nie ma stałych elementów zabudowy. Nie ma też dostępu do bieżącej wody.
Ludzi też jest niewiele. A tak naprawdę, oprócz naszej niewielkiej grupki, nie ma nikogo.

Rozkładamy namioty i rozpakowujemy swoje graty. Przewodnik zaczyna przygotowywać nasz wieczorny posiłek. W cenie „trekkingu” wliczony jest lunch, czyli zupa „a la todos con todos”, kotlet z ryżem i warzywami oraz produkt czekoladopodobny, bądź coca tea do picia.

Na zupę każdy nas musi zrzucić się 2 litrami wody. Stąd taki solidny jej zapas.

23 maja

O godzinie 1:00 w nocy wstajemy i rozpoczynamy przygotowania do wyjścia na szczyt.

Co zajmuje nam ok. godziny.

W całkowitych ciemnościach podążamy w stronę głównego wierzchołka.

Po drodze z początku piaszczystej, następnie bardziej kamienistej powoli i mozolnie idziemy wciąż do góry.

Z kroku na krok staje się coraz zimniej i wietrzniej.

Gdy już słońce wstaje znajdujemy się jakieś 400 m pod szczytem. Na wyraźnie odsłoniętym terenie dopiero zaczyna wiać.

Ale nie ma się czemu dziwić. Jeszcze przed wyjazdem w góry, kiedy sprawdzałam prognozę pogody, przewidywano na szczycie wiatr powyżej 50 km/h i wyczuwalną temperaturę powietrza w wysokości 20 stop. Celcjusza, ale na minusie.

Nasz grupka idąca początkiem wężykiem coraz bardziej się rozciąga. Co silniejsi napierają do przodu, pozostali coraz częściej zatrzymują się, aby przez moment zachłysnąć się odrobiną powietrza.

Jest coraz zimniej. Co kilka kroków staję. Czuję jak od wycieńczenia i braku aklimatyzacji coraz bardziej marzną mi całe stopy i palce u dłoni. Chucham, pocieram, wkładam pod pachy i nic.

Zatrzymuję się na chwilę mijając pobliskie skały. Szukam choć odrobiny przestrzeni pod nimi, gdzie mogę uniknąć tego cholernego zimnego wiatru, w końcu przykucam w niewielkiej pustce.

Zimno. Robi mi się coraz bardziej zimno.

Wyciągam z plecaka wodę i ostatniego batona. Obiecuje sobie, że jak zjem to pójdę dalej.

Czas się wydłuża, a mi jest za dobrze w takich warunkach. Powoli zaczynam rozważać wariant zejścia na dół. Jak się okazuje nie jedyna.

Wreszcie wstaję spod skał i wystawiając się na dość silny i zimny wiatr, podejmuję decyzję o zejściu na dół.

Informuję o tym przewodnika i rozpoczynam zejście. Za mną schodzi para z Niemiec, a następnie Amerykanie.

Okazuje się, że niewiele brakło nam do szczytu, ale pogoda, a właściwie wiatr i brak aklimatyzacji, niestety nie pozwoliły nam go osiągnąć.

Wracamy do base campu, gdzie po godzinie przeznaczonej na odpoczynek rozpoczynamy procedurę pakowania i zejścia na dół. Gdzie czeka na nas samochód, który zawozi nas bezpośrednio do Arequipy.

Peru 2019 - Podsumowanie

24 maja

Tan dzień przeznaczam na regenerację, jak się później okaże jeden dzień to zdecydowanie za mało czasu, aby dobrze się zregenerować przed wyjazdem na kolejny cel, wulkan Chachani.

Sen, jedzenie i uzupełnianie płynów, na tym zleciał mi cały dzień.

25 maja

Znowu pobudka o 5:00 rano. Nadszedł dzień wyjazdu pod szczyt Chachani.

Tradycyjnie z godzinnym opóźnieniem w końcu trafiam do biura agencji wyprawowej. Zaczyna się przepakowywanie i uzupełnianie sprzętu przez cała grupę.

Tym razem decyduję się zabrać swój namiot.

W mojej dość sporej grupie znajdują się dwie pary z Niemiec i trzech Brytyjczyków.

Po ponad godzinie ruszamy samochodem w góry. Podróż samochodem trwa trzy godziny i niemal przez całą drogę oglądamy tą sama panoramę z widokiem na wulkan Misti.

Na wysokości 5000 m n.p.m. rozpoczynamy już podejście do base campu na piechotę.

Tego dnia mamy do pokonania niewielki odcinek o przewyższeniu ok. 300 m.

Idziemy głównie po piachu i kamieniach, z postojami zlokalizowanymi tuż przy pobliskich skałach. Taki księżycowy krajobraz.

Na pierwszy plan wysuwają się ośnieżone szczyty, a w oddali jeden z aktywnych peruwiańskich wulkanów.

W końcu udaje nam się doczłapać do base campu, ukrytego wśród skał z widokiem na pierwszy odcinek podejścia na wulkan Chachani.

Tego dnia czuje się dobrze. Ale nie ma czemu się dziwić. Jeszcze dwa dni temu przebywałam na wysokości grubo ponad 5000 m n.p.m. Mam też za sobą jedną nockę spędzona na wysokości 4500 m n.p.m.

Pozostała część grupy jednak nie czuje się najlepiej. Cztery osoby dogorywają w namiocie. Ewidentnie przebywanie na tak znacznej wysokości daje wszystkim mocno w kość.

I nie dziwota. Ponieważ bez aklimatyzacji w ciągu kilku godzin przemieścić się z wysokości niewiele ponad 2000 m n.p.m. na 5000 m n.p.m. To delikatnie mówiąc głupota.

Podobnie jak na wulkanie Misti późnym popołudniem dostajemy gorący posiłek, który wygląda identycznie i kładziemy się spać.

Nie ukrywam, że wieczorem poczułam się już znacznie gorzej. Właściwie przez cały dzień podczas podejścia miałam wrażenie, jakbym biegła ultramaraton na 100 km i właśnie znajdowała tuż przed metą.

Ciężki i głęboki oddech. Do tego żółwie tempo i to dudniące serce z każdym krokiem. Z trudem przetłaczające krew z jednej komory do drugiej.

Przez moment nawet zastanawiałam się, czy oby to nie wina „masy”, której dość sporo narobiłam przed wyjazdem. Ale już po samym wyjeździe i po szerszych analizach wiem, że to efekt zabójczego tempa w górach i braku aklimatyzacji do odpowiednich wysokości.

26 maja

Pobudka o 1:00 w nocy.

Tym razem dość opornie idzie mi to całe wstawanie. I gdyby nie fakt, że część tropiku od namiotu dosłownie leżała na moim czole, to kto wie, czy bym w ogóle wstałam.

Powoli zaczyna mi brakować tego drugiego dnia regeneracji.

Nagle zauważam światło nadciągającej z oddali czołówki i nawołujący głos.

Magdalena. Buenos dias!

Buenos dias! – Szybko odpowiadam, rozmyślając, o tym na co mi to wszystko było.

?Quieres coca tea?

Żadna coca tea. – mruczę po cichu pod nosem. – Quiero dormir. Spać dalej. – mówię jakby tylko do siebie, bo mój rozmówca już dawno sobie poszedł.

Leżąc na śpiworze dotykam dłońmi tropika. Wyczuwam opadający szron na swojej twarzy.

A mogłam sobie w tym momencie leżeć na jakiejś słonecznej plaży, pod palemką i sączyć mleczko prosto z kokosa. – rozmarzyłam się.

No cóż. Cierp ciało, jak żeś chciało. – Sięgam po lodowane od zimna kalesony, wkładam je do śpiwora, żeby choć trochę ogrzać przed założeniem.

Rozpoczynam standardową procedurę „odprawy” przed opuszczeniem namiotu.

Po 20 minutach wynurzam się z namiotu. Widok nieba rekompensuje wszelkie niedogodności tej nocy.

Mocno granatowe niebo i jasno żółte punkciki rozłożone nieregularnie na niebie, tuż nad moją głową. To najpiękniejszy widok, jakiego nikt nigdy nie jest mi wstanie ukraść ze wspomnień, po powrocie z gór.

Takich widoków się po prostu nie zapomina.

Po godzinie ruszamy do góry. Pierwszy odcinek drogi, to niemający końca trawers. Raz w prawo raz w lewo. Jedyną odmianę stanowią skały, które oddzielają jeden zakręt od drugiego. Fioła można dostać.

Ewidentnie powłóczę dogami, podążając za jasną plamą światła dochodzącą prosto z mojej czołówki.

Znużona coraz częściej się zatrzymuję. Powoli robię się coraz bardziej senna i zmęczona. Walczę jeszcze tak przez kolejne 200 m.

W mojej głowie pojawiają się pierwsze myśli aby odpuścić. No bo przecież to dopiero jakieś 5500 m n.p.m., a ja powoli opadam z sił.

Staram się nie poddawać i oszukując tylko sama siebie, wciąż jeszcze idę dalej.

Przypomina mi się moja niemoc, podczas podejścia na Huayna Potosi w Boliwii. Dlatego też wciąż nie chcę odpuścić.

Jednak grupa za którą podążam coraz bardziej oddala się ode mnie, a ja czuję, że to koniec.

Że trzeba schodzić. I tak rozpoczynam zejście.

Siedząc już w namiocie ściągam ostatniego buta i ubrana w dosłownie wszystko co mam na sobie dosłownie padam na twarz zanurzając się w swoim śpiworze.

Budzą mnie docierające do mojego namiotu pierwsze promienie słoneczne. Rozsuwam przedsionek jeden, a potem drugi i wystawiając głowę na zewnątrz namiotu wypatruje znajomych mi z mojej grupy sylwetek.

Czas się pakować i wracać do miasta Arequipa.

Druga część posta znajdziecie tutaj.

Z górskimi pozdrowieniami

podpis


Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.