Orlen Warsaw Marathon 2017

with Brak komentarzy

 

Ja z numerem startowym

Co prawda od mojego startu podczas Orlen Warsaw Marathonu minęło już trochę czasu, praktycznie wieczność, ale skoro już emocje opadły … żartowałam. A teraz na poważnie.

Mało w tym 2017 roku, miałam startów w zawodach biegowych. Tak naprawdę wystartowałam jedynie w tym orlenowskim maratonie w Warszawie.

Oczywiście, że nie była bym sobą, gdybym nie miała planów startowych na ten rok, ale jak dobrze wiemy, plany planami, a życie życiem.

Dla mnie ten rok był najtrudniejszym pod względem biegania. Wiele czynników na to się złożyło. Nowa praca. Zmiana pracy. Nowe zajęcia. Wdrażane projekty. Trochę góry, ale ich też było nie za wiele. No ale przede wszystkim zdrowie.

Kontuzja w postaci zapalenia przyczepu ścięgna Achillesa, całkowicie wykluczyła mnie z jakiejkolwiek aktywności typu cardio przez kolejne dwa miesiące.

Tak, tak. Całe dwa miesiące. Ponad 60 dni. Ponad 1440 godzin. Ponad 86400 minut. Ponad 5184000 sekund. Normalnie kur … cy można dostać.

Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Na dzień dzisiejszy noga zdrowa. Ścięgno nie doskwiera, tylko formy, a raczej prędkości, brak. No cóż. Takie życie, chciało by się rzec.

Ale nie o tym dzisiaj będzie mowa. Dzisiaj na tapecie mój jedyny w tym roku start na królewskim dystansie Orlan Warsaw Marathon. Uprzedzam fajerwerków nie będzie, życiówek także.

Przed startem

6:00. Cholerny budzik. – Mozolnie ściągam swoje ciało z łóżka.

W sumie to tylko pięć kroków dzieli mnie od komórki, w której zawsze ustawiam poranny budzik, a ja mam dziwne wrażenie, że to cała wieczność.

Odkładam telefon i udaję się do łazienki.

Dzisiaj jest ten dzień. Dzień mojego en-tego maratonu.

– Magda obudź się. – Spoglądam w lustro.

Tak właśnie rozpoczynam swoje wszystkie poranki przez warszawskimi maratonami.

Szósta rano budzi. Siku, papu, siku i w międzyczasie pakowanie. Siódma rano wyjście z domu i pięciokilometrowa wycieczka po Warszawie. Na nogach.

Ósma rano przybycie na miejsce. Przebieranie w strefie maratończyka. Ostatnie poprawki i wyjście do strefy przedstartowej. Tam krótka rozgrzewka i strzał startera.

Ja wbiegam na metę

No to startujemy

Już z samego początku nie łatwo mi idzie to moje bieganie.

Pierwsze pięć, może dziesięć kilometrów dość swobodnie. Po piętnastym kilometrze czuję, że lekko nie będzie. No ale trudno się dziwić, bo przecież bez solidnego wybiegania żaden maraton nie jest prosty do ukończenia.

I tak ciągnę do dwudziestego kilometra, gdzie spotyka mnie istny Armagedon, czyli lodowaty śnieg z deszczem.

– Ja pier … – Lecą pierwsze słowa oznajmujące radość z biegania z moich ust.

Na bo kto by się spodziewał czegoś takiego pod koniec kwietnia.

W końcu mijam 21 kilometr, a tuż za nim punkt odżywczy.

Łapę co popadnie, chociaż zazwyczaj jest to kawałek banan i woda. Chyba że akurat rozlewają izotonik.
W głowie pojawia się myśl, żeby stanąć gdzieś na poboczu, pod pretekstem swobodnego spożycia przed chwilą zgarniętych zdobyczy, ale ja się nie poddaję i biegnę dalej.

Z trudem połykam kawałek bana i przymierzam się do wycelowania, wciąż bulgoczącej w kubku wody od wstrząsów biegowych, wprost do moich ust.

Oczywiście nie udaje się za pierwszym razem, tak więc pierwszy łyk ląduje wprost na mój podkoszulek.
Druga próba, także spełzła na niczym, bowiem część wody z kubka, pod wpływem zderzenia z innym biegaczem ląduje gdzieś w okolicach mojego oka.

– Cholera.

Ale ja się nie poddaję i jednocześnie biegnąc ściskam fragment plastikowego kubka tworząc coś na kształt lejka, przez który już w sposób kontrolowany mogę na spokojnie wypić choć ten ostatni łyk wody.

Masteczko maratońskie

W szponach kryzysu

23 kilometr staję.

– Nie, nie dam już rady. – Przechylam dość wyraźnie ciało do przodu. Schylam głową i łapę ramionami za biodro. – Cholerna drętwiąca noga.

Już wiem, że nastał ten najtrudniejszy moment każdego maratonu. Moment walki na pozostałych kilometrach.
Co prawda miało być więcej. Więcej przebiegniętych kilometrów ciągiem, no ale cóż … trzeba jakoś pchać ten wózek do przodu.

Przede mną 19 kilometrów marszobiegów. Truchtania i stawania. Truchtania i stawania. I tak aż do mety.

Od punktu odżywczego do punktu z wodą. Od punktu z wodą do punktu odżywczego. Tak co 2,5 kilometra.

Jeszcze tylko kilka oddechów. Przetarcie czoła chusteczką, która i tak już jest cała mokra od padającego przed chwilą śniegu z deszczem i ruszam przed siebie.


Moje zdjęcia z zawodów

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from