Najwyższy wulkan Azji – Damawand podsumowanie wyprawy

with Brak komentarzy

Szczyt Damavand

To już ostatni szczyt na jakim byłam w tym roku, a z którego jeszcze nie zdążyłam przedstawić wam relacji na łamach bloga. A więc czas na podsumowanie mojego wyjazdu na Damawand, najwyższy wulkan Azji i jednocześnie szczyt Iranu.

Co by nie napisać o tej wyprawie, to była ona szczególna, ponieważ tym razem odbyła się nie solo, ale w grupie. Co u mnie jest dość nietypowe.

Kilka słów o wyprawie

Sama geneza pomysłu wybrania się na ten szczyt jest dość prosta. Pomysł takiego wyjazdu pojawił się w mojej głowie już dosyć dawno, bo w 2014 roku. Kiedyś już na blogu wam opisywałam tą całą historię i nie chciałabym się teraz powtarzać.

Dla tych co jednak od niedawna zaglądają na mój blog nadmienię, iż w 2014 roku miałam w planach wyprawę 2 w 1, czyli wejście na Damawand i Ararat, najwyższy szczyt Turcji. A ponieważ to miał być dla mnie pierwszy wyjazd solo, to jednak się trochę zdygałam i wybrałam się jedynie na Ararat. Ale oczywiście z Damawandu nie zrezygnowałam całkowicie. Nic z tych rzeczy.

W 2015 roku ponownie chciałam pojechać do Iranu na Damawand, jednak liczne problemy z uzyskaniem irańskiej wizy powoli odwodziły mnie od pomysłu wyjazdu solo i w taki sposób postanowiłam pojechać z grupą zorganizowaną, a mianowicie korzystając z usług agencji, z którą miałam okazję współpracować podczas wyjazdu na Ararat, Araratrek. Jednak i tym razem los postanowił wystawić mnie na kolejną próbę, a ja musiałam ten wyjazd odłożyć na kolejny rok.

W końcu nastał rok 2016 i nie mogłam sobie tego wyjazdu odłożyć na później. No bo w końcu ile można czekać.

Jak już wspomniałam wcześniej wyjazd miał charakter wyjątkowo agencyjny.

Już na miejscu w Teheranie dołączyłam do grupy mieszanej z Polski i tak stworzyliśmy dość mały czteroosobowy zespół mieszany.

Muszę przyznać, iż mimo swoich obaw, dotyczących działania w górach w jakimkolwiek zespole, tak na prawdę nie poszło źle, chociaż już mocno przywykłam do samotnych wyjazdów.

Dlaczego wyprawa agencyjna?

Zdecydowałam się na wyjazd z agencją z przyczyn bezpieczeństwa i moich obaw organizacyjnych. Jak wiadomo Iran jest dość restrykcyjnym państwem muzułmańskim, a pani w agencji wizowej oznajmiła, iż w przypadku mojego samotnego wyjazdu, mogę mieć problemy z otrzymaniem wizy.

Sam proces uzyskania tego dokumentu jest niezmiernie skomplikowany, ponieważ pierwotnie otrzymujemy tzw. Authorization Code (poparcie wizowe) z Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Teheranie, a następnie, na podstawie tego „kodu”, można rozpocząć procedurę otrzymania samej wizy.

Warto nadmienić, iż powyższy „kod” nie jest gwarancją uzyskania wizy z Irańskiej Ambasady w Polsce. Wiza ważna jest 30 dni i ponoć można ją otrzymać bezpośrednio na samym lotnisku. Ale jak to stwierdził mój znajomy Irańczyk „raz dają, raz nie i w sumie nie wiadomo dlaczego”, tak więc warto sobie poważnie rozważyć tą opcję i ryzyko jakie to za sobą niesie.

Innym powodem wyjazdu z agencją był ponoć obowiązek posiadania przewodnika w trakcie wejścia na szczyt.

Dzisiaj, już po powrocie, wiem, że nie ma takiego obowiązku. I tak na prawdę jest tylko jeden obowiązek posiadania permitu, o którym więcej napiszę poniżej. A skoro musiałabym brać przewodnika, kupować zezwolenie, to w sumie już niewiele zostaje mi z wyprawy, co mogę zrobić sama, więc postanowiłam nie ryzykować i wybrać się tym razem w góry z agencją Araratrek.

Ponadto, nie ukrywam, że forma takiego wyjazdu była mi trochę na rękę, bowiem trzy tygodnie po powrocie z Iranu planowałam samotny wyjazd w Himalaje Indyjskie, gdzie bez jakiegokolwiek wsparcia wchodziłam na sześciotysięcznik.

W sumie to jadąc do Iranu miałam już kupione bilety lotnicze do Indii i wiedziałam, że zaraz po powrocie z Iranu wylatuję na wyprawę jeszcze bardziej angażującą nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie, stąd wyjazd z agencją był trafionym rozwiązaniem, chociaż patrząc na moje podejście na szczyt, trzeba przyznać, że fizycznie nieźle się wymęczyłam.

Teheran Iran

Kalendarium wyprawy

Wyjazd odbył się w lipcu, a dokładnie rozpoczął się 10, a zakończył 17 lipca. Mieliśmy to „szczęście” trafić na mało udany przewrót w Turcji, kiedy to przestrzeń powietrzna nad tym krajem została zamknięta akurat w dzień naszego wylotu do Polski.

Co prawda mi udało się bez problemu dotrzeć do domu, bo jako typowa „Zosia samosia”, miałam zakupiony przez siebie samą bilet lotniczy z Warszawy przez Moskwę, ale kolega który z Iranu wracał przez Berlin i Turcję do Polski, już nie miał takiego szczęścia.

A oto szczegółowy plan wyprawy. Tym razem był on u mnie z góry narzucony i za wiele nie miałam do powiedzenia w kwestii jakichkolwiek modyfikacji. Poza tym nie miałam też zamiaru i potrzeby go zmieniać.

– lot z Warszawy do Teheranu w Iranie
– przejazd z Teheranu do Schroniska w Polur
– przejazd samochodami ze Schroniska z Polur do punktu w Goosfansara, gdzie nasze bagaże powędrowały na muły, a my już na nogach przedostaliśmy się do schroniska w Bargah na wysokości 4200 m n.p.m.
– Podejście aklimatyzacyjne na 5000 m n.p.m.
– Wejście na szczyt i szczęśliwe zejście – 5610 m n.p.m.
– Opuszczenie schroniska w Bergah i przejazd do Teheranu, a następnie powrót do kraju.

Ulica w drodze na Damavand

Co zabrałam ze sobą?

Niewiele. Dość mocno zbagatelizowałam ten wyjazd. Poluzowałam, no bo przecież z agencją jadę, która będzie mnie dokarmiać i wszędzie wozić. Pełen luz.

To był w sumie błąd. I chociaż wiele mi do szczęścia nie brakowało, to jednak czegoś mi było brak.

Przede wszystkim mojego „jedzenia”. Byliśmy głównie karmieni cukrami prostymi. Ciastka były na śniadanie, obiad i kolację. Jednym słowem pewna próchnica. Oczywiście żartuję. I nie chodzi mi o wybrzydzanie, bo niejednokrotnie w górach ratuję się „śmieciowym” jedzeniem i często są to właśnie słodycze, ale staram się na wyjazdach faszerować czymś innym, czymś bardziej wartościowym w makroskładniki np. wędlinami. I to właśnie jego brakowało mi najbardziej.

Poza tym kompletnie bez pomyślunku ubrałam się na szczyt. Zdecydowanie za lekko, czego konsekwencją było nagłe oziębienie organizmu i objawy choroby wysokościowej.

Mogłabym tutaj przytaczać teorie, iż byłam wycieńczona fizycznie i psychicznie po wcześniejszym wyjeździe w góry i po zawodach ultra na 100 km, ale jednak brak odpowiedniego stroju zaważył tutaj na samopoczuciu w trakcie podejścia.

W czasie mojego podejścia na szczyt doznałam ataku zimna. Trzęsłam się cała od stóp do głów.

Miałam też tradycyjne objawy choroby wysokościowej, mdłości, wymioty, no i związane z tym ogólne osłabienie.

O dziwo tylko głowa mnie nie bolała, co mogło by wskazywać jednak na brak regeneracji po ostatnim ultramaratonie.

Na szczęście z pomocą Musy udało mi się zdobyć szczyt, chociaż z jego relacji wynika, iż miał nadzieję, że sama zrezygnuję, ale on mnie nie zna.

Poza tym, według niego byłam wyjątkowo marudna i zrzędliwa, prawie nie do zniesienia, dlatego też, po krótkich odpoczynkach w marszu, gdy ja wstawałam oznajmiając, że chcę iść dalej, puszczał mnie samą w samopas z nadzieją, że zawrócę, ale ja jak to ja. Będę przez całą drogę narzekać, wyzywać i zrzędzić sama do siebie, aż po sam wierzchołek.

W końcu się wyjaśniło, dlaczego wszędzie jeżdżę sama, bo nikt nie może ze mną wytrzymać.

Widok w górach Iran

I tak na zakończenie moje przemyślenia i kilka wskazówek organizacyjnych

Dla osób, które mają ochotę wybrać się do Iranu mam bardzo miłą wiadomość. Nie ma obowiązku wynajęcia przewodnika w trakcie podejścia na Damawand.

Wiem, że krążą różne informacje o tym szczycie w sieci. Sama wzięła je sobie do serca, ale byłam tam i potwierdzam, nie ma takiej potrzeby.

Ale jeśli ktoś chce, z różnych sobie znanych przyczyn, takiego przewodnika wynająć to może skontaktować się z Ararattrekiem poprzez ich stronę internetową, lub skorzystać z usług przewodników bezpośrednio z Iranu. Podaję kontakt do agencji, bo ją sprawdziłam i z czystym sumieniem mogę polecić. Oczywiście nikogo do niczego nie namawiam.

Z informacji praktycznych warto nadmienić, iż do Iranu potrzebna jest wiza. Można ją uzyskać składając wniosek w agencji wizowej jeszcze w Polsce, można ubiegać się o nią samemu lub można dogadać się z Ararattrekiem. Ja korzystałam z ostatniej opcji bo jestem leniwa i nie lubię na nic długo czekać.

Mimo, że na Damawandzie nie ma obowiązku wspinania się z przewodnikiem, to jednak jest obowiązek posiadania permitu, czyli zezwolenia. Wykupujemy go w schronisku w Polur. Kosztuje on 50$.

Samo schronisko w Polur jest dobrze wyposażone. Są piętrowe prycze do spania i czyste łazienki. Jest to normalny dość nowy budynek, a nie jakaś rozwalająca się lepianka.

Ważną kwestią, dla tych co chcą samodzielnie zorganizować wyprawę na Damawand, jest dojazd i przedostanie się do schroniska w Bargah, na wysokość ponad 4000 m n.p.m.

Z tego co mi wiadomo, to jest to odcinek niemożliwy do przebycia na własną rękę. My korzystaliśmy z wynajętych samochodów, a w Goosfansara nasze bagaże powędrowały na muły. W przypadku przejazdu z Polur do Goosfansara trzeba skontaktować się z agencją.

Istnieje możliwość spania w schronisku w Badah. Jest to solidny i murowany budynek, w którym jest wyjątkowo zimno. Dla oszczędnych istnieje możliwość spania w namiotach w pobliżu schroniska.

Niestety nie jestem wstanie podać kosztów noclegu w schronisku, ale w przypadku pytań myślę, że warto zapytać agencję. Mam oczywiście tutaj na myśli Ararattrek.

Na zakończenie zapraszam do galerii moich zdjęć z wyprawy, gdzie nie tylko możecie podejrzeć zdjęcia z podejścia i wejścia na Damawand, ale także z miejsc, które warto zobaczyć w samym Teheranie i które dokładnie opisałam w swoim wcześniejszym poście, który możecie przeczytać tutaj.

Tyle o Iranie, chociaż jeszcze nie raz przyjdzie mi wrócić do tej wyprawy na łamach bloga.

 


Damawand

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.