Moja Gran Canaria, czyli co warto zobaczyć?

with Brak komentarzy

Gran Canaria widok na góryJeśli miałabym jednym zdaniem podsumować mój wyjazd na Gran Canarię to było by to stwierdzenie, iż wyspa ta nie zawładnęła moim sercem tak jak Teneryfa.

I mimo, że Gran Canaria jest uznawana za wyspę pochodzenia wulkanicznego, to jednak pod względem obszarów górskich przy Teneryfie wyspa ta wypada blado.

Mimo tego jednak warto choć raz odwiedzić Gran Canarie, choćby ze względu na piękne wydmy w Maspalomas czy też miejski charakter Las Palmas. Pewnie tak na prawdę każdy znajdzie tam coś dla siebie.

Krótkie, na prawdę krótkie kalendarium wyprawy

– 5/6 listopada – w wylot z Polski. Nocleg na lotniku w Berlinie i przelot do Las Palmas na Gran Canari.
– 7 listopada – wyjazd w góry pod Rouqe Nublo.
– 8 listopada – rest day, czyli plażowanie i zwiedzanie Las Palmas.
– 9 listopada – przejazd do Las Maspalomas.
– 10 listopada – przejazd na wulkan Bandama.
– 11 listopada – nieudany wyjazd w góry. Niestety ze względu na zerową widoczność i deszcz zdecydowałam się wrócić do Las Palmas.
– 12 listopada – plażowanie w Las Palmas.
– 13 listopada – wylot do Polski

Jak można wnioskować z powyższego opisu nie udało mi się wejść na szczyt Pico De La Nieves.

Powodów można upatrywać się wielu, jednak jeden z nich był dla mnie zdecydowanie najistotniejszy. Szczyt ten spod Roque Nuble, nie wyglądał dla mnie na tyle atrakcyjnie, aby się na niego w końcu wybrać.

Poza tym transport autobusowy jest tak rzadki w tej części wyspy, iż wybierając się na Pico De La Nieves i Roque Nublo tego samego dnia, nie miała bym czym wrócić do Las Palmas.

Jest jeszcze jeden powód, a mianowicie przemieszczając się w góry miałam straszne wymioty, jak nigdy. Myślę, że to z powodu braku aklimatyzacji na wyspie zaraz po przyjeździe. Na szczęście jakoś udało mi się przetrwać ten cały dzień w podróży i jedynie z niewielkim odwodnieniem wrócić do hostelu w Las Palmas.

A zatem Pico De La Nieves zostało przeze mnie nie zdobyte i pewnie już nigdy nie będzie mi dane stanąć na tym szczycie, czego nie żałuję. No chyba, że zdecyduję się na zawody ultra na Gran Canarii.

Pożyjemy, zobaczymy.

 gran canaria widok góry

Co zabrałam ze sobą

Tak jak założyła i tym razem pojechałam na lekko. I mimo, że zabrałam ze sobą ten sam ekwipunek co na Teneryfę, to jednak miałam wrażenie, że tych rzeczy mam jakoś mniej.

A zatem, co takiego ze sobą wzięłam z polski.

Dziesięciolitrowy plecak do biegania, a w nim kurtkę wiatrówkę, cienką bluzę do biegania, trzy pary bielizny, dwie pary skarpet krótkich plus jedne podkolanówki, które miałam na sobie, podobnie jak spodnie 3/4 i podkoszulek.

Do plecaka zabrałam jeszcze dwie koszulki na zmianę, w tym jedna z nich posłużyła mi za piżamę, klapki japonki, ręcznik kąpielowy, dwa kostiumy kąpielowe, sukienkę plażową i chyba to z rzeczy wszystko.

Z chemii zabrałam krem do opalania, szczoteczkę do zębów, pastę i mały żel pod prysznic.

Poza tym miałam ze sobą rękawiczki do biegania, które w sumie przydały mi się tylko w Polsce, dwie bufy, czapkę do biegania, okulary przeciwsłoneczne, czołówkę, aparat fotograficzny, mały przewodnik z mapą po wyspie, dokumenty i tyle.

Wszystkie rzeczy bez większego problemu udało mi się spakować do biegowego plecaka lub założyć na siebie.

Już po Teneryfie miałam sprawdzone parę rzeczy i w sumie wiedziałam, co tym razem ze sobą zabrać, więc mimo tak małej ilości bagażu nie bałam się jechać tak daleko od domu, w przeciwieństwie do wyjazdu wrześniowego na Teneryfę. Gdzie mimo, iż wiedziałam, że dam radę przetrwać z takim małym bagażem, to jednak gdzieś w głowie miałam małe obawy, czy mi się uda.

gran canaria Maspalomas

Moje przemyślenia z wyjazdu

Jak na każdym wyjeździe, tak i na Gran Canarii nie obyło się bez niespodzianek.

Pierwszą z nich był nocleg na lotnisku w Berlinie, a praktycznie jego brak.

Co tu dużo ukrywać zostałam wygoniona z terminala C do terminala A, gdzie też zostałam przegoniona do sali przylotów.

Summa summarum część nocy spędziłam na podłodze w damskiej toalecie, gdzie na spokojnie mogłam choć przez moment się zdrzemnąć. Pierwszy raz coś takiego mi się zdarzyło, a spałam już na wielu lotniskach, no cóż, jakby nie patrzeć to jakieś nowe doświadczenie.

Fajną rzeczą było to, iż mimo, że na wyprawę wybrałam się sama, to jednak tym razem dużo czasu spędzałam z ludźmi, w szczególności z tymi, którzy tak jak ja mieszkali w moim hostelu.

Bardzo ciekawe doświadczenie i pewnie nie raz przyjdzie mi właśnie w taki sposób spędzać czas zagranicą.

Trudnym dla mnie przeżyciem był przejazd w góry.

Założyłam sobie jeszcze w Polsce, że w góry pojadę od razu kolejnego dnia po przylocie z Polski. Na miejscu z rana trochę mi się nie chciało jechać i w sumie prawie już zrezygnowałabym z tego pomysłu, ale jednak się zdecydowałam i nic by nie było takiego strasznego gdy by nie fakt, że pod Roque Nublo dojeżdża się trzeba autobusami. Z czego dwa ostatnie poruszają się po bardzo krętych drogach.

No i to był mój gwóźdź do trumny.

Już przy drugim busie spędziłam całą drogę z workiem foliowym w rękach. Trzeci bus zresztą tak samo, a powrót praktycznie w każdym z trzech busów z reklamówką w ręce.

Oczywiście co to dla mnie i nie ważne, iż rzygając jak kot niemal wyprułam sobie płuca, wycieczka musiała się odbyć.

Na szczęście jeszcze podczas przesiadki w San Mateo spotkałam małżeństwo z Polski, które bardzo mi pomogło w tych moich trudnych chwilach. Za co bardzo im dziękuję i jednocześnie pozdrawiam, jeśli czytają ten tekst.

Gran Canaria wulkan

Praktycznym okiem

Czas na kilka informacji praktycznym.

Mimo, iż w internecie można znaleźć masę relacji, opisów i cennych uwag dotyczących same wyspy Gran Canaria, to jednak chciała bym dodać parę słów od siebie. O tym na co warto zwrócić uwagę będąc już tam na miejscu.

Po pierwsze koszt transportu na miejscu.

Trudno się od razu nie zorientować, iż koszt poruszania się po wyspie autobusami, jest dość wysoki dla przeciętnego Kowalskiego.

Mało tego, na Gran Canarii nie ma kart zniżkowych, takich jakie spotkamy na Teneryfie.

Miejscowi posługują się biletami autobusowymi w formie plastikowych kart, z tym że ich wyrobienie trochę trwa. A sama procedura też jest pracochłonna, bowiem wypełnia się formularz i załącza zdjęcie legitymacyjne. Tak więc dla osób przyjeżdżających choćby na tydzień, tak jak ja, jest to wyjście niezadowalające.

Istnieją też karty dziesięciokrotnego przejazdu. Ale dotyczą tylko jednego kierunku jazdy, tak więc zupełnie nie nadają się do przemieszczania po całej wyspie.

Jeżeli chodzi o przykładowy koszt przejazdu autobusem. To spod lotnisko do Las Palmas można się dostać za 2,5 euro. Natomiast przejazd z Las Palmas do Maspalomas kosztuje już 6 euro w jedną stronę, a więc jednak sporo.

Warto zwrócić uwagę, iż północ wyspy jest znacznie tańsza niż południe. To właśnie na południu skumulowana jest cała turystyka wypoczynkowa i trudno się dziwić. Bowiem to tam znajdują się najpiękniejsze plaże na wyspie, z tym, że to pociąga za sobą wysokie ceny noclegu.

O ile w Las Palmas znajdziemy nocleg w hostelu za ok. 50 zł, to w Maspalomas najtańsze noclegi rozpoczynają się od 150 zł.

Na zakończenie może jeszcze jedna ważna kwestia, a mianowicie góry i centrum wyspy.

Wybierając się w ten region należy koniecznie sprawdzić rozkład jazdy autobusów, ponieważ jeżdżą one niezmiernie rzadko w tym regionie.

A ponadto należy też bardzo uważać na szlakach, ponieważ są bardzo słabo oznakowane, jak nie wcale, co może być lekko irytujące.

Wszystkie informacje dotyczące rozkładu jazdy oraz zniżek na przejazdy autobusami po wyspie znajdziecie w tym linku.

Tyle na dzisiaj ode mnie.

Jeśli macie do mnie jakieś pytania, dotyczące wyjazdu na Gran Canarię, to zapraszam do kontaktu.


Gran Canaria

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from