Maraton Wrocław 2013

with Brak komentarzy

Maraton Wrocław 2013

Maratońskie, de javu, czyli Wrocławski Maraton po raz drugi.

Słowem wstępu od autora

Trochę mnie na blogu ostatnio mniej niż to zwykle dotychczas bywało.

Powodów jest wiele. Mogłabym wymyślać wiele wymówek, ale po co?

W niewielkim skrócie mogę jedynie na swoje usprawiedliwienie napisać tyle, że trochę mnie ostatni maraton z lekka ściorał i zmęczenie dopadło nie tylko moje kolana, ale także cały organizm.

Poza tym łapę pozytywną energię na kolejne weekendy, które jak wiecie zapowiadają się całkiem ciekawie.

Ale nic w życiu nie dostaje się od tak po prostu gratis, tak i tym razem, aby to ciekawie było trzeba będzie się nieźle napracować.

Głównie nogami, chociaż jak sama kiedyś stwierdziłam po ukończonym którymś tam z kolei maratonie, że tą ważniejszą drugą połowę zawodów biegnie się głową. I coś w tym musi być.

Co do mojego drugiego startu we Wrocławskim Maratonie, to był on powiązany z silną chęcią posiadania Korony Maratonów Polskich.

Jak dobrze wiecie zawaliłam całkowicie swój start w Maratonie w Dębnie i w taki oto sposób w tym roku rozpoczęłam ponowne kompletowanie startów do korony.

Na dzień dzisiejszy mam już za sobą zawody w Krakowie i właśnie te ostatnie we Wrocławiu. Dzisiaj startuję drugi raz w Warszawie.

Trochę mi ten Wrocław popsuł plany wynikowe, które zmuszona byłam ostatnimi czasy trochę zmodyfikować.

Tak więc poprzeczka z wynikiem przed dzisiejszym biegiem już została postawiona. Zobaczymy co na to mój organizm powie. Czy podoła zadaniu?

Po starcie

No wreszcie jest. – jak zawsze prowadzę monolog sama ze sobą, chowając do portfela magnes na lodówkę.- Pewnie już do Wrocławia nie wrócę. A już na pewno nie wrócę na maraton.

Mam taki przesąd, że jak kupię magnes na lodówkę z miasta z którego startuję w zawodach, to już do tego miasta długo nie zawitam.

Nie wiem na ile to działa, ale jakby nie patrzeć to ani z Wrocławia, ani z Poznania, a tym samym z Dębna magnesu ostatnim razem nie kupiłam. I co?

I od tego roku znów to samo. Maratońskie déjà vu.

Jest już późny wieczór, a ja właśnie włóczę się po oświetlonych uliczkach starego rynku we Wrocławiu. Tym razem postanowiłam później wrócić do Warszawy.

Chciałam choć trochę zobaczyć tego miasta. Bo ostatnio nie było mi dane zobaczyć za wiele. Właściwie to nic nie zobaczyłam, oprócz Galerii Dominikańskiej i dworca kolejowego. No i Stadionu Olimpijskiego.

O ile na warszawskiej starówce można kluczyć wąskimi uliczkami pomiędzy urokliwymi kamienicami, to we Wrocławiu uderza mnie najpierw ogrom samego rynku z przytłaczającym olbrzymim Ratuszem.

Jeszcze większym niż w Toruniu, chociaż między nimi podobieństwo jest wyraźne.

Nie mam określonego szlaku zwiedzania. Nie tym razem. Zupełnie inaczej niż w przypadku Dębna, gdzie zwiedziłam chyba każdy zakamarek tego miasta.

Ale nie ma co porównywać wrocławskiej metropolii do małego miasteczka.

Zwiedzanie wrocławskiej starówki

Jedynie okrążam sam Ratusz i zaglądam w pobliskie uliczki, przyglądając się poszczególnym kamienicom, a właściwie ornamentom ich zewnętrznych elewacji.

Od razu przypomina mi się dzisiejszy bieg, a właściwie jego ostatnie kilka kilometrów do mety, kiedy przebiegałam właśnie tym fragmentem rynku, po wyłożonej kostce.

Jeszcze będąc gdzieś daleko na trasie doskonale wiedziałam, że właśnie ten fragment będzie na mnie czekał, tylko nie mogłam sobie przypomnieć na którym kilometrze. A ja resztkami sił ciągnęłam te kilometry.

W głowie mi tylko dudniło jedno zdanie. Jeszcze trochę. Byle do tego 35 kilometra. A tu rynku ani widu, ani słychu. Jeden zakręt, potem drugi. Matko gdzie to jest? I wreszcie chyba na 38 km, jest i … o nie cholerna granitowa kostka.

Koszmar dla stawów kolanowych, które już nieźle rozluźnione z bólu dają znać o sobie jeszcze bardziej.

Przechodząc obok jednej z kamienic, podsłuchując sobie muzyki i jak zawsze rozglądając się po wszystkich kątach, a nie przed siebie, zaliczam niewielkie zderzenie z rowerem.

O sorry! – uśmiecham się do stojącego przede mną bruneta.

Od razu rzuca mi się w oczy jego biała czapka z czerwonym napisem Orlen Warsaw Marathon. Spoglądam wyraźnie na jego okrycie głowy, tym razem zawieszam przez chwilę swój wzrok i zdecydowanie uśmiecham się w jego stronę.

Nieznajomemu udaje się jedynie ze zdziwieniem w oczach spojrzeć w moją stronę. Od razu zauważył, że też mam założoną tą samą orlenowską czapkę co on.

Po chwili odwracam się do niego tyłem i podążam dalej w stronę głównej ulicy, która powinna mnie poprowadzić prosto na dworzec kolejowy.

Bynajmniej tak wynikało z planu miasta. Jeszcze tylko mijam kilka przecznic i zatrzymuję się wraz z tłumem przechodniów na pasach dla pieszych, niespodziewanie słyszę tuż za swoim prawym ramieniem.

Bliskie spotkanie

Cześć.

Odwracam się w energicznie w prawo. Obok mnie stoi niedawno poznany w tak w dziwnych okolicznościach mężczyzna.

Cześć. – odpowiadam wyjmując z prawego ucha słuchawkę i jednocześnie sięgająca do kieszeni, aby zupełnie wyłączyć dudniąca muzykę.

Z maratonu wracasz? – pyta mnie brunet.

Tak. – odpowiadam, marszcząc przy okazji czoło ze zdziwienia.

Poznałem po twoim chodzie. – szybko dodaje brunet.

No tak. – uśmiecham się – Jesteś z Wrocławia? Biegłeś w Orlenie?

Nie … to znaczy … – szybko prostuje swoje słowa. – … jestem z Warszawy …

Aaa … – nagle mu przerywam. – … zmylił mnie ten rower. Nigdy nie spotkałam zawodnika, który by przyjechał na zawody z rowerem, aż z Warszawy. – znowu się uśmiecham w jego stronę.

Z rowerem praktycznie się nie rozstaję. – odpowiada brunet.

W jednej chwili zorientowaliśmy się, że światło na przejściu dla pieszych zdążyło już dawno zmienić swój kolor, niestety na czerwone.

Wracasz do Warszawy TLK po jedenastej? – znowu słyszę pytanie.

Nie … Przyjechałam busem i wracam busem o równej jedenastej. – odpowiadam.

W tym momencie znów zapala się zielone światło.

To może cie odprowadzę? – proponuje brunet i dodaje – Ciężki masz ten plecak. Może ci pomogę?

Kategorycznie odmawiam w końcu nie takie ciężary w górach noszę.

I jak się biegło dzisiaj? – tym razem to ja zadaję pytanie.

Dobrze. To był mój ostatni start do Korony Maratonów …

Zazdroszczę. – znowu mu przerywam – Dla mnie korona dopiero się rozpoczęła. To moje drugie podejście. W Dębnie zeszłam z trasy …

Stało się coś? – pyta brunet.

Musiałam zdążyć na pociąg. – po czym szybko dodaję – Mi dzisiaj też się nawet dobrze biegło. W sumie to jestem pozytywnie zaskoczona wynikiem.

I to była całkowita prawda.

Pobiegowe refleksje

Bo w sumie nie spodziewałam się, że właśnie we Wrocławiu padnie moja nowa życiówka.

Z założenia miałam się porządnie rozbiegać przed kolejnymi startami. Celowałam poniżej 5 godzin. Wiem wynik nie powala, ale moje ostatnie treningi też wiele pozostawiały do życzenia.

Pierwotnie założyłam, że ustawię się za balonem na 5 godzin i spokojnie w równym tempie dotrwam do mety.

Ostatecznie w niedzielę rano, po długich poszukiwaniach swojego peacemakera z „piątką”, postanowiłam ustawić się w strefie czasowej 4:30. No cóż spróbujmy.

W jednej chwili szybko opracowałam strategię na maraton. I tak biegniesz wolno pierwszą połowę w tempie na 4:30, a potem jak będzie ciężko to spadasz na tempo 5:00.

Z resztą strasznie byłam ciekawa tego tempa na 4:30.

No i o dziwo dobrze mi szło w tym tempie. Miałam nawet wrażenie, że jest za wolno. Minęła połowa trasy, a ja biegłam spokojnie dalej. Z założenia chciałam przebiec ciągiem 30 kilometrów. Jako takie solidne rozbieganie przed następnymi startami, ale w konsekwencji przebiegłam znacznie więcej. – opowiadam brunetowi dzisiejsze wrażenia z mojego biegu, raz po raz poprawiając prawe ramiączko od plecaka.

W głowie jeszcze mam obraz tych wszystkich śmiesznych sytuacji na trasie w naszym peletonie. Trafił nam się super zająć więc i ciekawie było. Raz po raz padały jakieś komentarze z naszej grupy. Jak ten. Jeszcze nigdy nie widziałam tylu rzygających ludzi na żadnym weselu co po maratonie. Zapada w pamięć.

Po połowie odłączyłam się od grupy. Jakby jakiś demon we mnie wstąpił. – uśmiecham się do bruneta – 22 kilometr a ja sunę wprost przed siebie. Gdzieś na 28 kilometrze słyszę za plecami, że w takim tempie to przekroczymy metę z czasem 4:10. Jak to usłyszałam to zamarłam. Wystraszyłam się i od razu zwolniłam – znowu się uśmiecham do mojego rozmówcy – Spojrzałam na zegarek, a tam po 12:00. Matko, kobieto odbiło ci. Pomyślałam. Dla mnie to było nie do pomyślenia. Kryzys jednak i tak przyszedł na 33 kilometrze, a ściana na 35. Zaczęłam zwalniać, no ale jakoś się doczłapałam do mety.

U mnie było podobnie. Też dostałem przyspieszenia, ale na ostatnich 10 kilometrach … – zaczął opowiadać brunet.

 

podpis


Moje zdjęcia z zawodów

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from