Maraton Warszawski 2013

with Brak komentarzy

Logo Maraton WarszawskiSłowo wstępu od autora

Mimo, iż w 2013 roku dwa razy wzięłam udział w Maratonie Warszawskim, to jednak licząc swój start w Orlen Marathonie to był to już mój trzeci ukończony maraton w Warszawie.

To miał być taki główny start na tym dystansie w sezonie jesiennym 2013 roku.

No bo jakże mogło by być inaczej. Bieg na swoim terenie, ba we fragmentach znanych z mozolnych treningów. Druga przymiarka  do tej samej trasy, no dobrze może i zmienionej, ale w zaledwie niewielu odcinkach.

A poza tym dzień przed startem nocleg w domu, w swoim łóżku, a nie na jakiejś sali gimnastycznej i jakby było tego wszystkiego jeszcze mało te inne domowe przyjemności, a może lepiej rozpraszacze.

Tak więc wszystko wskazywało, że to ten właśnie start w stolicy będzie najważniejszy w 2013 roku. I jak to w życiu bywa rzeczywistość zweryfikowała wszelkie plany.

We Wrocławiu nowa życiówka, w Warszawie walka na trasie z bolącymi kolanami, a za dwa tygodnie w Poznaniu kolejna życiówka. I co? I cały ten mizerny plan wziął w łeb.

A mój ostatni start na królewskim dystansie w stolicy był jak na razie najsłabszy w minionym jesiennym sezonie.

Maratońska tradycja

Do widzenia. – odpowiadam jako pierwsza stojącemu przy drzwiach obrotowych panu w czarnym wdzianku, który od razu zdradza, że owy mężczyzna pracuje w ochronie sklepu, a dzisiaj szczególnie ma swój dyżur przy drzwiach wyjściowych.

Mężczyzna skina głową i miło odwzajemnia mi tym samym.

Do widzenia.

Drzwi obracają się o dziewięćdziesiąt stopni, a ja uśmiechnięta opuszczam pomieszczenie empiku, stawiając pierwsze kroki na ulicy Marszałkowskiej.

Wreszcie jest. – mówię sama do siebie pod nosem, spoglądają na magnes z napisem „WARSZAWA”. – W końcu tradycji musi stać się za dość. – dodaję.

Odkąd biorę udział w zawodach maratońskich mam taki zwyczaj zbierania magnesów na lodówkę.

Swoje zdobycze z wyjątkową pieczołowitością dobieram i wybieram, a jeśli akurat tak się zdarzy że ich nie mogę dostać, to kupuję zamiennik, czyli widokówkę z miejsca w którym akurat biegnę w zawodach.

Na 30-stym kilometrze

Jezuuuuu, ale ból. – mówię sama do siebie stając na chwilę i  podpierając się dłońmi o kolana.

Właśnie mijam 30 kilometr.

Niestety nie udało mi się utrzymać tempa za peacemakerem z czasem 4:15.

Pierwszy raz odpuszczam, a pomyśleć, że jeszcze 5 kilometrów temu biegłam na czas poniżej 4 godzin. Ale tym razem ból jednak wygrywa.

Łapie się za prawe kolano, wdychając głęboko powietrze do płuc. Po paru sekundach ruszam dalej, bo w końcu jeszcze cały Ursynów i Mokotów przede mną.

Zmiany na trasie

W tym roku trasa maratonu została niewiele zmieniona.

O ile w zeszłym przebiegaliśmy przez teren ścisłego rezerwatu Parku Natolińskiego. Tak w tym roku trasa przecina Park Łazienkowski. I tyle zmian.

No może jeszcze dla mnie nowością, na którą czekałam z utęsknieniem, było przebiegnięcie tunelem Wisłostrady.

Niesamowite uczucie.

Ludzie biegnący przede mną i za mną wykrzykujący różne słowa, które nakładając się jedno na drugie z trudem można było rozpoznać ze względu na rozchodzący się we wszystkie strony pogłos echa.

Na 40-stym kilometrze

Matko. Ja pie …. ! – Znowu staję. Tym razem ból staje się nie do zniesienia.

Od dwudziestu pięciu kilometrów walczę z bólem prawej nogi. Nie mam pojęcia czego dokładnie.

Najprawdopodobniej to odezwało się przeciążone kolano, które nie zdążyło się jeszcze dostatecznie zregenerować po ostatnim maratonie we Wrocławiu, w którym biegłam dwa tygodnie temu.

Właśnie zbliżam się do zakrętu na rondzie przy charakterystycznej palnie. Noga zaczęła mnie boleć gdzieś przy mijaniu Ogrodu Saskiego. Gdzieś na 10 kilometrze.

Z początku biegło mi się znakomicie i nic nie wskazywało na taki przebieg zdarzeń.

Mijam palmę, skręcając w prawe pasmo na rondzie.

W oddali widzę już rozłożony ostatni na trasie punkt odżywiania. I znów jak zwykle któryś ze stojących wolontariuszy podaje mi kubek wypełniony płynem.

Skrzętnie omijam porozrzucane po asfalcie puste plastikowe kubki po wodzie mineralnej i zdecydowanym krokiem podążam w stronę rozstawionych kubeczków z „niebieskim piciem”, jak mawia moja znajoma z pracy, czyli powerade’m.

W jednej chwili przypomina mi się nietypowa sytuacja na imprezie urodzinowej u koleżanki, kiedy to podchodząc do mnie obłupiona wszelakimi trunkami na rękach zapytała mnie co chcę do picia, a ja jej dość pospiesznie odpowiedziałam także pytaniem:

A powerade jest?

Na 42-gim kilometrze

Magda! – słyszę nagle wyraźny głos wołający moje imię, dochodzący tuż z za moich pleców.

– Mam omamy czy co? Czyżby już tak było ze mną źle na tym 42 kilometrze?

Jednym ruchem odwracam się, a tam wymachuje ręką w moja stronę Agnieszka koleżanka z pracy.

Tak samo jak rok temu stoi na moście w oczekiwaniu na mnie, jednocześnie robiąc zdjęcia innym zawodnikom.

Od razu człowiekowi robi się raźniej na duszy jak widzi swojego. Zaczynam frunąć. Prosto w dół, aż do pierwszego zakrętu wiodącego wprost pod Most Poniatowskiego.

Tak samo jak rok temu macham prawą ręką do obiektywu. Przez moment widzę jak Agnieszka pstryka mi parę fotek, ale już po chwili znika z mojego pola widzenia.

Przebiegam pod żelbetonową konstrukcją mostu i zaraz na drugim zakręcie skręcam w stronę tunelu prowadzącego na płytę Stadionu Narodowego.

Z trudem i strasznie mozolnie przebiegam przez bramę stadionu. Do moich uszu napływają jakieś okrzyki osób stojących przy barierkach.

Tym razem jest ich znacznie więcej niż ostatnio, co akurat mnie nie dziwi, bo właśnie wbiegam na płytę stadionu z czasem krótszym o 30 minut niż w zeszłym roku.

Biegnąc w stronę mety obserwuję tłumy ludzi przy barierkach i trybunach.

A ile was tu jest? – jak zwykle mówię sama do siebie, ale tym razem z lekkim zdziwieniem. Raz po raz oglądam się w lewą stronę w poszukiwaniu charakterystycznego punktu mety.

I znów okrzyki, brawa … dużo by wymieniać. Mi to wystarczy. Nagle jakby coś mnie opętało. Zdecydowanie przyspieszam.

Rozpędzam się na sam koniec biegu. Po drodze jeszcze mijam kilku zawodników i w końcu przekraczam elektroniczny pasek mety.

 

podpis


Moje zdjęcia z zawodów

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from