Maraton Warszawski 2012

with Brak komentarzy

Maraton Warszawski 2012

Słowo wstępne od autora

34 Maraton Warszawski był moim pierwszym startem na tym dystansie w stolicy i drugim maratonem ukończonym w życiu.

Z założenia miało być cudownie. Ukończę bieg. Przebiegnę metę. Odbiorę medal. A potem masaż. Prysznic. Przebieralnia. I do domu.

Takie były plany, bo zawsze jak biegam gdzieś daleko, poza domem to wszystko jest szybko, szybko i nie ma czasu na małe maratońskie przyjemności czyt. masaż.

Niestety rzeczywistość była inna. Parę dni przed moim startem okazało się, że w poniedziałek 1 października muszę jechać na pogrzeb.

Pojawiły się pewne wątpliwości, czy w takich okolicznościach w ogóle wystartować, czy wypada. Ale po rozmowie z rodziną stwierdziłam, że jednak wezmę udział w zawodach.

W warszawskim maratonie biegło mi się znacznie lepiej niż we Wrocławiu.

Zresztą uzyskany czas mówi sam za siebie.

O ile we Wrocławiu to była walka o życie na trasie z wynikiem na mecie wynoszącym 05:34, to w Warszawie zabrakło mi 2 minut żeby złamać 5 godzin.

Takie oto były moje maratońskie początki. Kiedyś jak zajrzę na tego bloga. Otworzę te posty to pewnie będę płakać ze śmiechu i zadawać sobie pytanie Matko kochana. Jak ja mogłam spędzić 5 godzin na trasie?

W drodze do mety

Welcome to Miami. Słyszę napływający do moich uszu tekst znanej mi dobrze piosenki.

Właśnie mijam Rondo de Gaulle’a uwieńczone najsłynniejszą palmą w Polsce.

Jeszcze parę minut temu byłam w okolicach  Łazienek Królewski, jeszcze wcześniej przebiegałam przez Plac Unii Lubelskiej, a teraz przede mną wyrasta spod ziemi długi podbieg wiodący na Most Poniatowskiego, z którego można podziwiać przepiękne widoki na Powiśle.

Powiśle – wzdycham z odrobiną nostalgii w głosie.

Znam je bardzo dobrze. To tutaj wstawałam o morderczej jak dla mnie obecnie porze dnia, o piątej rano i przebiegałam swoje pierwsze przebieżki.

Raptem trzy kilometrowe odcinki. Przebiegałam pod mostem prosto na teren parku, potem krótkim podbiegiem po stromych schodach i dalej w stronę Zamku Ujazdowskiego. Za domkami fińskimi robiłam nawrót i z powrotem tą samą trasą wracałam do domu.  

– Że też mi się chciało tak wcześnie wstawać z rana. – uśmiecham się pod nosem na te wspomnienia.

Przed 40stką

Po Warszawie biega mi się znacznie lepiej, niż po obcym, całkowicie nieznanym mi terenie.

Chociaż, gdy pomyślę o Ursynowie … Ale teraz już jestem niemalże na finiszu.

Prawie przekraczam 40 kilometr. Mijam ostatni punkt odświeżania na trasie.

Jakaś wolontariuszka podstawia mi kubek z wodą mineralną prawie pod samą twarz. Znowu gdzieś w oddali słychać głosy:

Dasz radę. Już niedaleko.

Wiem. – odpowiadam i resztkami sił kiwam ręką.

Mozolnie posuwam się do przodu w stronę tego 40 kilometra.

Nogi praktycznie bolą mnie od samych ud, poprzez kolana, łydki, stopy, aż po same czubki palców. Jeszcze niecałe pięć kilometrów temu wypiłam ostatnią ampułkę magnesu, która i tak niewiele pomogła, bo nadal czuję lekkie skurcze w łydkach.

Stawy kolan mimo opasek czuję, że już są tak rozluźnione, że od dobrych piętnastu kilometrów mam wrażenie, że się rozpadną w trakcie biegu. Uczucie dyskomfortu niesamowite. No i palce u nóg, które tak strasznie ucierpiały po maratonie we Wrocławiu teraz znów zaczynają boleć.

Jedyne czego mi teraz trzeba to końca, końca tej męczarni.

A po 40stce

Wreszcie.

Z ulgą dotykam stopą rozłożony punkt do mierzenia śród czasów na tym 40 kilometrze. Jeszcze tylko ostanie 2 kilometry, a ja męczę się tak już prawie pięć godzin.

Dookoła mnie mijają mnie raz po raz inni biegacze. Spoglądam na przepływający nurt Wisły.

No już teraz będzie z górki. Praktycznie przez cały czas swojego biegu przez Most Poniatowskiego mam na oku koronę Stadionu Narodowego.

Jest tak blisko mnie. Niemal na wyciągnięcie ręki, a jednak tak daleko. Niemalże poza zasięgiem.

Maraton Warszawski 2012 2

W końcu mijam tablicę z 41 kilometrem. Jest już na prawdę coraz bliżej.

To tak jak byś dobiegała z Alei Jana Pawła II. – próbuję motywować sama siebie, wizualizując w głowie przebieg trasy treningowej. Czasami mi to pomaga.

Gdzieś przed tablicą z numerem 42 spotykam znajomą z pracy.

Poziom motywacji mi znacznie podskakuje. Agnieszka pstryka mi parę zdjęć, a ja szczęśliwa, że w końcu po tylu godzinach spotykam znajomą sobie twarz, zdecydowanie przyspieszam.

Po paru metrach skręcam w prawo zbiegając z mostu wprost na drogę prowadzącą na płytę stadionu. Jeszcze z samego mostu Aga robi mi kolejne foty, a ja staram się wykrzesać resztki uśmiechu. Kiwam ręką do obiektywu i znikam gdzieś pod stalową konstrukcją mostu.

W końcu meta

Powoli i mozolnie zbliżam się do wysokiej bramy ogrodzenia.

Znów skręcam w prawo, mijając po drodze skandujących kibiców. Już tylko wbiegam w długi tunel i czuję, że jeszcze tylko te parę metrów i będzie w końcu meta.

Wynurzam się z ciemnego korytarza i stawiam pierwsze kroki na płycie stadionu.

Oglądam się za rozłożoną metą, przyspieszając tyle na ile pozwalają mi bolące nogi. Atmosfera jest niewyobrażalna, a ogrom otwierającej się ku górze konstrukcji stadionu robi wrażenie.

Mijam rzędy stojących przy bocznych bramkach kibiców. Coś wykrzykują, klaszcząc w dłonie, ale ja nie zwracam na nich uwagi.

Już tylko jestem skupiona na pojawiającej się przede mną bramce mety, która z każdym moim krokiem zbliża się w moją stronę. Jeszcze tylko 20, 10, 5 metrów … i koniec.

Wyraźnie przekraczam linię mety stawiając krok na rozłożonym na betonie czytniku pomiaru czasu. Próbuję złapać oddech, popieram ręce o bolące kolana. Ktoś nakrywa mnie folią NRC.

Ktoś zakłada medal na szyję …

 

podpis


Moje zdjęcia z zawodów

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from