Kilimanjaro – Podsumowanie wyprawy cz. I

with Brak komentarzy

Kilimanjaro 1

Ciężko mi było zacząć tego posta po tak długiej przerwie, ale w końcu się przełamałam i jest Kilimanjaro – Podsumowanie wyprawy.

Po ponad czterech miesiącach lenistwa czas podsumować moją ostatnią wyprawę, która mimo iż co do założenia była typowo górska, to jednak korzystając z okazji udało mi się choć trochę poplażować na Zanzibarze.

No ale może od początku.

Sam pomysł na tego typu wyjazd, powstał w wyniku „chęci odmiany”. Od kilku lat moim wyjazdowym kierunkiem jest głównie Ameryka Południowa.

Nie ukrywam uwielbiam tam jeździć. Czuję się w tym regionie świata swobodnie i bez żadnych krępacji, no ale od czasu do czasu mała odmiana nikomu jeszcze nie zaszkodziła.

I tak po powrocie z Boliwii, późnym latem, zapragnęłam niewielkiej odmiany.

Oczywiście przy założeniu, że kierunek wyjazdowy musi być górski i w okresie od grudnia to marca włącznie.

Przy takich kryteriach wybór mógł być tylko jeden. Kontynent Afryka. No i Kilimanjaro.

Bo egzotycznie. Zupełnie nowy kontynent. Nowy klimat. Bo w tej części Afryki mnie jeszcze nie było. No i Kilimanjaro, szczyt ponoć prosty technicznie i z pełną logistyką. Można też polecieć na pobliska wyspę Zanzibar w celach plażowych.

To tylko nieliczne z plusów takiego wyjazdu. Ale były też i minusy.

Pierwszy z nich to fakt, iż nigdy jeszcze nie byłam na czarnym lądzie, a drugi to koszty, które nie są małe, ale może o tym trochę więcej później.

Kiedy ustaliłam swój wyjazdowy kierunek, mogłam oddać się przyjemnością organizacji całego wyjazdu.

W przenośni, bo w praktyce dość luźno podeszłam do całego tematu. Prawdę powiedziawszy bardzo luźno, bowiem kupiłam jedynie bilety do Tanzanii, zarezerwowałam jeden powrotny nocleg w Kenii i dwa dni noclegowe w samej Tanzanii. I tyle.

No może jeszcze kupiłam czołówkę i ogrzewacze do rąk.

Nie ukrywam lekko mnie ten stan niepokoił, bo nie miałam nagranej żadnej lokalnej agencji i przewodnika. Nie przejrzałam żadnych konkretnych relacji.

Pobieżnie oszacowałam koszt wejścia na Kilimanjaro w kwocie 1700 $ bez napiwków, a ceny noclegów i życia na miejscu wzięłam dosłownie z kosmosu.

Nie miałam też zakupionego biletu na Zanzibar ani żadnych zarezerwowanych noclegów na wyspie.

Wyszłam z założenia, że skoro nie wiem kiedy w ogóle w góry pojadę, to może się tak wydarzyć, że na Zanzibar nie zdążę w ogóle pojechać.

Zresztą o samym Zanzibarze też kompletnie nic nie wiedziałam. Dopiero będąc już na wyspie oblukałam kilka tematów na temat wyspy dość dogłębnie.

No ale mimo takiego luzackiego podejścia muszę przyznać, że wyjazd został zrealizowany na ponad 100 %. Było by i jeszcze więcej gdyby jeden dzień safari nie kosztował 180$ tylko 150$. I niestety, ale safari w Tanzanii musiałam sobie odpuścić.

Podsumowując cały wyjazd, to co mi się udało zrealizować to stanęłam na szczycie Kilimanjaro i odwiedziłam złote piaski Zanzibaru. I o ile do Tanzanii kontynentalnej nie mam już po co wracać, to z Zanzibarem nie pożegnałam się na zawsze. Kto wie może jeszcze tam zawitam niebawem.

Tyle słowem wstępu do niniejszego posta, który będzie obejmował głównie samo kalendarium wyprawowe.

Postaram się choć pobieżnie odtworzyć dzień po dniu to co się działo podczas mojego wyjazdu.

A żeby z tej relacji nie wyszedł tasiemiec, to w kolejnym poście postaram się przedstawić trochę więcej informacji praktycznych z wyjazdu i moje luźne refleksje po przyjeździe.

Oczywiście tradycyjnie z wyjazdu zostanie opublikowany informator praktyczny tym razem z dwóch kierunków. Osobno ze szczytu Kilimanjaro i osobno z wyspy Zanzibar.

Wiem, że zarówno kierunek wulkanu Kilimanjaro jak i Zanzibaru będą was mocno interesować, w szczególności w zakresie własnej organizacji obydwu wyjazdów bez wsparcia polskiego tour operatora.

Dlatego też zdecydowałam się opisać te kierunki oddzielnie.

Jeżeli ten kierunek mocno ciebie interesuje to zapraszam do śledzenia bloga na bieżąco lub zapisania się na newsletter, gdzie można zapoznać się z materiałami i informatorami podróżniczymi z innych górskich kierunków, które odwiedziłam.

Szczegóły przeczytasz tutaj

Ale dosyć tego gadania. Czas na konkrety.

Kalendarium wyprawowe

Jak już pisałam wcześniej głównym celem wyjazdu było wejście na wulkan Kilimanjaro i wizyta na Zanzibarze.

Z Polski wyleciałam 23 stycznia. Lot miałam przez Amsterdam do Nairobi w Kenii. Stamtąd po odprawie miałam zabukowany kolejny lot do miejscowości Kilimanjaro w Tanzanii.

Jeśli chodzi o powrót to leciałam z Tanzanii z lotniska w Kilimanjaro do Nairobi w Kenii 8 lutego. Natomiast kolejnego dnia 9 lutego miałam zabukowany lot z Nairobi przez Paryż już do Polski tego samego dnia.

Jak już wcześniej wspomniałam przed wyjazdem z Polski nie rezerwowałam żadnych biletów lotniczych na Zanzibar. Nie bukowałam też na wyspie żadnego miejsca noclegowego. Wszystko to organizowałam zaraz po zejściu z gór.

Na samą górę udało mi się pojechać dość wcześnie, bo już kolejnego dnia po przylocie do Tanzanii. Jednak zostałam na niej jeden dzień dłużej. Planowo wejście na Kilimanjaro miało mi zając 5 dni, a w praniu wyszło 6 dni.

Ze względu na brak jakichkolwiek rezerwacji w agencjach lokalnych przed wylotem, postanowiłam wydłużyć swój urlop o trzy dni. No bo z takim podejściem do wyjazdów to nigdy nic nie wiadomo, a nóż widelec coś tam się poprzesuwa.

Dla zainteresowanych. Wybrałam wyjazd na wulkan Kilimanjaro tzw. wysokim sezonie wspinaczkowym. Wtedy w tej części Afryki jest zima i najlepsze warunki pogodowe na wejście.

Różnica czasowa w Tanzanii, w stosunku do czasu Polskiego, to dwie godziny do przodu, w czasie zimowym i jedna godzina w czasie letnim.

Niestety, mimo, że pojechała ponoć dobrym sezonie pogodowym, to jednak trafiłam na dość kiepską pogodę. Przez cały mój pobyt na wulkanie Kilimanjaro padało i było pochmurno. Jedynie ostatniego dnia przy zejściu zaczęło się przejaśniać.

Jak na afrykańską zimę oczywiście temperatury były wysokie. Na kontynencie ok. 27 stopni, na wyspie Zanzibar skwar i upał nie do zniesienia.

Ponieważ byłam dość blisko równika to słońce wstawało niewiele po godzinie 06:00, a zachodziło grubo po 18:00.

22 stycznia

We wczesnych godzinach porannych wylatuję do Amsterdamu. Tam po kilku godzinach czekania lecę do Nairobi, stolicy Kenii.

23 stycznia

W Nairobi koczuję na lotnisku kilka godzin i tego samego dnia wylatuję do miejscowości Kilimanjaro w Tanzanii.

Udaje mi się dość szybko przedostać do miejscowości Moshi, gdzie miałam zarezerwowany nocleg i mojego punktu startowego w kierunku wulkanu Kilimanjaro.

Jeszcze tego samego dnia uzgadniam wyjazd na Kilimanjaro z lokalnym przewodnikiem. Okazuje się że na wulkan będę wchodzić droga Marangu, potocznie zwaną „Coca-Cola”.

Cały koszt wyprawy na Kilimanjaro kosztował mnie 1250 USD plus napiwki dla całej ekipy, jakieś 250 USD. Łącznie 1500 USD, czyli 200 USD mniej niż zakładałam w swoim wyprawowym budżecie przed wyjazdem.

Mimo, że chciałam w Moshi zostać jeden dzień dłużej, aby się lepiej zaaklimatyzować i odpocząć po podróży, to jednak mój przewodnik namówił mnie na wyjazd następnego dnia, czyli w piątek.

Jeszcze tego samego dnia opuszczam ściany hostelu w celach zakupowo – spożywczych. Udaję mi się nawet dwukrotnie przejść przez ulicę.

Kilimanjaro – Podsumowanie wyprawy 2

24 stycznia

Dzień wyjazdu pod wulkan Kilimanjaro.

Samochodem przedostajemy się do miejscowości Marangu na wysokości 1879 m n.p.m., skąd rozpoczyna się nasz trekking na wulkan Kilimanjaro drogą o takiej samej nazwie.

Mój guide o imieniu Bayo załatwia wszelkie formalności wyprawowe i niezbędne opłaty. Ja otrzymuję prowiant i butelkę wody na drogę.

Przy bramie Parku Narodowego Kilimanjaro obok samej zabudowy strażników parku znajduje się niewielki sklep z pamiątkami, parking samochodowy, makieta szczytu Kilimanjaro na którą można wejść oraz dość spora drewniana wiata z kilkoma stołami i ławami do siedzenia, gdzie wyświetlany jest film o szczycie Kilimanjaro oraz rozmieszczonych jest kilka tablic informacyjnych na temat pierwszych wejść na wulkan oraz o faunie i florze, którą można spotkać podczas trekkingu w parku.

Na pobliskim parkingu można obserwować zbierające się grupy przewodników i tragarzy. Zgodnie z obowiązującymi przepisami na każdą osobę przebywająca na terenie parku przypada jeden guide, jeden kucharz, u mnie był to kelner oraz trzech portersów czyli tragarzy.

Sama droga Marangu Route obejmuje trzy obozy pośrednie, zlokalizowane mniej więcej co 1000 m w pionie z gotową infrastrukturą, w tym z bazą noclegową i kuchnią, gdzie przygotowywane są posiłki przez pracujących tam kucharzy. Co oznacza, że podczas podejścia ta drogą nie będę spała w namiocie.

W późnych godzinach popołudniowych ruszamy do pierwszego obozu na wysokości 2720 m n.p.m. szlakiem poprowadzonym przez las. Ja potocznie nazywam go dżunglą, bo przypomina mi dżunglę z wyglądu.

Tanzański las jest gęsto pokryty wysokimi trawami i drzewami porośniętymi mchem i paprociami. Po drodze mijamy niewielkie wodospady oraz idziemy wzdłuż przepływającego potoku. Udaje nam się także spotkać po drodze buszujące w koronach drzew blue munkey, czyli małpy. Nie są niebezpieczne, ale za to bardzo płochliwe.

Gdzieś w połowie trasy zatrzymujemy się na porę lunchową. Ja wyjmuję swój zapakowany w tekturowe pudełko prowiant, który składa się z pieczonego udka kurczaka, zapiekanego chleba tostowego z serem, muffinka, gotowanego jajka, małego banana i soczku w kartonie.

Miejsce „lunchowe” to murowane stoły i krzesła rozmieszczone pod zadaszeniem. Dostępne są tutaj kosze na śmieci oraz czyste toalety. Do mnie po raz pierwszy dociera sens całkowitego skomercjalizowania góry i wymogów posiadania przewodnika.

Oprócz pobudek czysto ekonomicznych i zarobkowych, góra ta bez jakichkolwiek ograniczeń została by po prostu zadeptana i zaśmiecona. A tak wszystko jest pod jakąś kontrolą.

Po pół godzinie ruszamy dalej. W międzyczasie nasz dwójkowy zespół łączy się z parą chińczyków, którzy wyruszyli ze swoim guid’em także w tym samym kierunku co i my.

Dalsza część drogi do obozu pierwszego nadal prowadzi przez gęsty las.

W końcu docieramy na miejsce, czyli do Mandara Hut – obozu I.

Sam obóz umieszczony jest na niewielkiej leśnej polanie, gdzie położone są charakterystyczne drewniane trójkątne domki, kilka większych zabudowań gospodarczych, większy budynek strażników parku i ten największy daining room. Gdzieś w oddali mieszczą się jeszcze toalety i prysznice.

Za raz po zameldowaniu u strażników parku, a następnie w swoim domku, gdzie nocuje z parą Chińczyków, dostaję porcje popcornu i coś ciepłego do picia. Wybór jest ogromny przepyszna afrykańska kawa, czarna herbata i czekolada do picia. A to dopiero przekąska przed obiadem.

Powoli obóz zaczyna się zapełniać pozostałymi grupami ludzi. Wszyscy usadawiają się w jadłodajni w oczekiwaniu na główny posiłek dnia.

W końcu przed moim nosem ląduje zupa a la krupnik bez krupnika i drugie danie. Ziemniaki i mięso w sosie pomidorowym. A na podwieczorek tropikalne owoce.

Część popołudnia mija mi nie tylko na jedzeniu i piciu, ale także na obserwacji pobliskich małp, których na drzewie zebrała się dość pokaźna grupka.

Po obiedzie wraz z guid’em Bayo wybieramy się na wycieczkę zobaczyć najstarszy krater masywu Kilimanjaro. Z grani krateru podziwiamy panoramę na Kenię.

25 stycznia

Celem drugiego dnia naszego trekkingu na wulkanie Kilimanjaro jest przejście do obozu II.

We wczesnych godzinach porannych, czyli gdzieś w okolicy 06:30, puka do naszej chatki pierwszy kelner.

Niestety okazuje się, że to mój. Trzeba przyznać, że był nie lada punktualny i solidny. Zawsze budził mnie o 6:30 rano. Po dwóch dniach przestałam już budzik ustawiać.

Z samego rana dostaje wrzątek i herbatę prosto do chatki na wynos, w której spałam razem z parą Chińczyków. Chociaż spałam to za dużo powiedziane.

Chińczyk tak ciął komara przez cała noc, że nie zmrużyłam oka nawet na pięć minut.

Efekt. Przy byle okazji umawiamy się z Chinką, że musimy się go pozbyć przed kolejną nocką w obozie II. Nasz plan się udaje.

Po śniadaniu pakujemy plecaki. Większy bagaż oddajemy tragarzom i wyruszamy w kierunku obozu II.

Szlak z początku wygląda dość podobnie jak poprzedniego dnia. Pierwszy odcinek prowadzi przez las, następnie przez krzewy, aż do przepięknej równiny podobno z widokiem na główny wierzchołek Kilimanjaro i inny szczyt masywu Mawanezi.

Niestety pogoda nas nie rozpieszcza, a gęste chmury całkowicie zasłaniają nam widok na pobliskie szczyty.

Raz po raz mijają nas grupki tragarzy niosących sporej wielkości torby i plecaki na głowie, podtrzymując je tylko rękoma lub wcale.

Ta część szlaku jest zdecydowanie błotniska. Omijamy miejscami ogromne kałuże i przemierzamy trasę wzdłuż szlaku, krucząc wśród dość wysokich traw.

Z każdym nowym odcinkiem szlaku od razu odczuwa się wysokość i klimat, który się ewidentnie zmienia. Z początku krajobraz z roślinnością typowo sawannową, przechodzi w coraz częściej występujące rośliny o znacznie grubszych liściach i osiągających mniejsze rozmiary.

W połowie trasy zatrzymujemy się na lunch. Na betonowych ławkach pod zadaszeniem rozkładam swój dzisiejszy worek z prowiantem, który niczym nie różni się od tego z dnia wczorajszego.

Zajadając się kurczakiem podziwiam widoki na oddalone mniejsze wulkany i idące w naszą stronę ciemne deszczowe chmury. Na ten widok Bayo, mój guid’e, pogania mnie żebym szybciej jadła, ponieważ do obózu II jest już z tego miejsca niedaleko.

Po kilku minutach zaczyna kropić. W jeden moment mały drobny deszczyk zamienia się w ulewę. Akurat jak kończymy lunch.

Wyciągam swój foliowy płaszcz z plecaka i zaczynam go nakładać na siebie. Jak nic wszystko będzie mokre. Ale my i tak ruszamy dalej.

Samo podejście do obozu II jest bardzo proste, za to dość długie. Po drodze mijamy ogromne pola głazów. To pozostałości po pradawnych wybuchach wulkanu.

Z kroku na krok powoli odczuwa się wysokość. Na szczęście nie ma upału. A sam deszcz, paradoksalnie, daje dość sporą motywację żeby się nie zatrzymywać, tylko iść dalej.

Po ponad godzinie jesteśmy na miejscu.

Obóz II, zwany Horombo Hut położony na wysokości 3720 m n.p.m., podobnie jak obóz I składa się z charakterystycznych trójkątnych drewnianych chatek, dwóch dość sporych jadalni, pomieszczeń kuchennych, toalet, prysznicy i pomieszczeń przeznaczonych dla guid’ów i portersów.

Po rejestracji ląduję z Chinką w jednym z domków. Zadowolone, że się pozbyłyśmy chrapiącego Chińczyka udajemy się do jednej z jadalni na lunch.

W tym miejscu muszę się przyznać, że jeszcze nigdy na żadnym ze swoich wyjazdów nie spędziłam tyle czasu z Chińczykami, jak na tej wyprawię.

I co ciekawe, Chińczycy mówią bardzo dobrze w języku angielskim. Bardzo wyraźnie i zrozumiale. Nie tak jak np. Japończycy, którzy dosyć, że słabo znają angielski, to jeszcze ci co umieją w tym języku coś jeszcze powiedzieć, to za chiny ludowe nich nie zrozumiesz.

Poza tym dorobiłem się na tej wyprawie chińskiej wersji mojego imienia. Chinka mówiła na mnie Lena, ja natomiast do niej Lu. No i tak żeśmy się zakumplowały.

Reszta dnia mija mi na spacerach po całym obozie. Jedzeniu i uzupełnianiu płynów, czyli wody, kawy i herbaty.

O dziwo czuje się doskonale. Ciekawe jak będzie jutro z rana.

26 stycznia

Tradycyjnie o 6:30 z rana budzi mnie mój kucharz i przynosi miskę gorącej wody i mydło do mycia. Czas na poranną toaletę. Normalnie w głowie mi się od tego luksusu poprzewraca po tej wyprawie.

Po średnio przespanej nocy wynurzam się z naszej drewnianej chatki. Przeciągam ostentacyjnie i maszeruję w stronę obozowej toalety. W drodze powrotnej przemywam ciepłą woda twarz i zaczynam zmianę odzieży.

Od razu pakuje w worek kompresyjny swój śpiwór i wraz z pozostałymi rzeczami do dużego plecaka oraz swojego bagażu podręcznego.

Na zewnątrz zaczyna kropić, co zdecydowanie nie zapowiada pięknego słonecznego dnia.

Udaje się do jadalni, gdzie mój kelner zdążył już przygotować nakrycie i rozłożył część rzeczy na stole.

Po chwili dostaje śniadanie. Omlet, tosty i owoce. Do tego masło orzechowe i dżem do wyboru. Sporo tego. Od razu przypominają mi się moje „skromne” poranki pod szczytem Aconcagua z kisielkiem i daktylami w kubku.

Przychodzi mój przewodnik. Uzgadniamy szczegóły dzisiejszego wyjścia do kolejnego obozu i po moim śniadaniu ruszamy do góry.

Część grup zostaje w obozie jeden dzień dłużej, aby lepiej się zaaklimatyzować. Reszta rusza wyżej do obozu III.

Na szczęście przestaje padać, ale i tak wszyscy grzecznie maszerują dalej w swoich foliowych płaszczach.

Wkraczamy w krainę z dość licznie pojawiającymi się roślinami senecio. Robią niesamowite wrażenie i zmieniają krajobraz jakby nie z tego ziemskiego świata.

Szkoda że pogoda jest kiepska, bo słabo zza chmur widać szczyt Mawenzi. Dopiero po jakimś czasie ledwo zauważam główny wierzchołek Kilimanjaro.

W końcu jest po tylu dniach. I mimo, ze chmury gęsto przykryły niemal całą jego wierzchnią kopułę, to wygląda on przepięknie. Góra robi naprawdę spore wrażenie.

Idziemy dalej przemierzając ogromne pole piachu i drobnych kamieni. Niestety w deszczu, bo znowu zaczyna padać i to coraz mocniej.

Po drodze Bayo uczy mnie słów w języku suahili. Ja mu się odwdzięczam nauką tych samych słów w języku polskim i w gratisie hiszpańskim.

Dochodzimy do punktu lunchowego, ale ze względu na dość mocny deszcz nie zamierzmy się tym razem zatrzymywać. Idziemy dalej,
Po płaskim terenie w końcu dochodzimy do znacznego przewyższenia. W oddali zauważam pierwszą zabudowę.

Ufff. Jest cel. Od tego momentu znacznie lepiej się już idzie.

Przestaje też padać deszcz. A ja jak na razie wciąż czuje się dobrze.

Obóz III, Kibo Hut – 4750 m n.p.m., położony wśród skał nie ma już tak rozległej zabudowy. Dość sporych i długich murowanych budynkach rozmieszczone są kilkuosobowe pomieszczenia z piętrowymi łóżkami. Zdecydowanie czuje się jak w typowym górskim schronisku.

Rozkładam się na dolnej części jednego z łóżek i zaczynam rozpakowywanie plecaka. Na dzień dobry dostaję dwulitrowy termos z wrzątkiem do wypicia oraz miskę popcornu.

Po godzinie pobytu na tej wysokości już nie czuje się taka dobrze, jak jeszcze kilka minut temu, po przyjściu. W celach aklimatyzacyjnych odwiedzam toaletę i przechadzam się po samym obozie. Nadaremnie.

Zaczynam coraz bardziej odczuwać wysokość. Coraz częściej się pokładam w śpiworze i mniej piję wody.

Po lunchu uzgadniamy z przewodnikiem wyjście o pierwszej w nocy. Co oznacza standardowo, że trzeba wcześniej iść spać.

Zakładam kalesony i zanurzam się w swoim puchowym śpiworku. Od razu zasypiam.

Budzi mnie jedynie powrót Meksykanina ze szczytu. Który postanowił wejść na główny wierzchołek od razu po przyjściu do Obozu III.

Ewidentnie uradowany i szczęśliwi oznajmia, że pierwszy raz w życiu widział śnieg. Jeszcze tego samego dnia schodzi do Obozu II.

Noc mija mi dość ciężko. Wysokość odczuwam coraz bardziej. O 11 zaczynają dzwonić pierwsze budziki w telefonach. Część osób rozpoczyna swoje przygotowania do wyjścia do szczytu.

Zdecydowanie to nie mój dzień. Łeb mi pęka. Powoli czuje, że zaraz wymiotuje. Z minuty na minutę dojrzewam do myśli, że tej nocy nie jestem wstanie wyjść do szczytu. Wiem, że potrzebuję jeszcze jednego dnia, aby lepiej się zaaklimatyzować.

Kilimanjaro – Podsumowanie wyprawy 3

27 stycznia

W nocy odwiedza mnie Bayo i zaczynamy rozmowę. Udaje mi się go przekonać, żeby wyjść do szczytu noc później. Ale pod jednym warunkiem, że do 12:00 minie mi ta cała choroba wysokościowa.

Nie ma żartów Magda. Tyłek w troki, bo inaczej ten cały wyjazd i te kilka dni przejdą ci koło nosa.

I choć to dość dziwnie zabrzmi, w jednym momencie zabrałam się za porządne uzupełnianie płynów i jedzenie. W niecałą godzinę wypijam litr wody z limonką, co dla mnie na tych wysokościach nie jest zbyt proste. Po godzinie drzemki budzę się jakby nowo narodzona.

Przestaje bolec mnie głowa. Mdłości minęły. Nawet czuję lekki głód. A jednak podziałało.

Po chwili odwiedza mnie mój guide, Bayo. Potwierdza, że mój stan jest bardzo dobry i uzgadniamy wyjście do szczytu tej nocy.

28 stycznia

Standardowo pobudka o 12:00 i wyjście do szczytu o pierwszej w nocy.

Z początku w zupełnych ciemnościach krok za krokiem po dość stromych piargach trawersem wspinamy się wciąż do góry. Następnie szlakiem bardziej kamienistym, kruczymy wśród dość wysokich skał, gdzieniegdzie pokrytych śniegiem. W końcu wychodzimy na niewielkie wzniesienie.

Jak się później okazuje to pierwszy punkt, naszego wejścia po drodze na szczyt, zwany Gilman’s Point na wysokości 5685 m n.p.m.

Na niewielkiej powierzchni wśród wystających dość ostrych kamieni mijamy grupkę innych wspinaczy.

Zapytuję Bayo, gdzie jest nasz cel.

Pokazuje ręka przed siebie, gdzie widzę tylko gęstą mgłę i nic więcej. Ponoć tam za chmurami jest on, najwyższy szczyt całego masywu Kilimanjaro.

Cholera. Daleko jeszcze. Pojawiają się dość mało motywujące słowa w mojej głowie.

Szybki postój. Kilka łyków i ruszamy dalej. Tym razem najpierw w dół, przecinając ogromne pole śnieżne, trawersujemy zbocze krateru.

Przez kilka minut dość nudna trasą góra, dół, góra, dół. Wysokość znowu daje mi się nieźle we znaki. Zaczyna boleć mnie coraz bardziej głowa. Robi mi się niedobrze. Przystaję. Rozglądam dookoła, uspokajam myśli i organizm, po czym oznajmiam, że możemy iść dalej. Byle do przodu. Krok za krokiem. I tak przez godzinę, może dłużej.

W końcu mijamy kolejny punkt na drodze do szczytu. Stella Point o wysokości 5756 m n.p.m.

To tutaj spotykają się dwie najpopularniejsze trasy wejścia na główny wierzchołek. Dla mnie to także pocieszenie, że ten najwyższy punkt jest już naprawdę blisko.

Na pytanie mojego przewodnika czy tu zostajemy na trochę?

Oznajmiam, że nie. Idziemy dalej. Szkoda czasu. Trzeba iść do góry. No bo łeb mi pęka. Chce mi się z każdym krokiem wymiotować. A wiadomo, że lepiej nie będzie, i szkoda czasu na bezczynne czekanie. No bo niby na co.

Ruszamy. Na trasie przybywa coraz więcej wspinaczy. Podobnie jak ja krok za krokiem w letargu przemieszczają się w stronę głównego wierzchołka.

Raz po raz przystaję. Ból głowy staje się momentami nie do zniesienia. Staje i Bayo. Macham do niego ręką, że wszystko jest ok i żeby iść dalej. Co kilka kroków jest to samo.

Cholera gdzie to jest? Spoglądam przed siebie. Niby płasko. Zero trudności. Jak po betonie. A jednak gdy szczytu nie widać motywacji jakby mniej.

W końcu dostrzegam charakterystyczną budowlę na szczycie z każdym krokiem jakby się do mnie przybliżała. Widzę ją coraz wyraźniej.

W końcu się udaje. Stajemy na szczycie.

Fotki, uściski dłoni i powoli czas się szykować do zejścia.

Jeszcze tego samego dnia udaje nam się zejść do obozu III. Z radością chowam się do śpiwora. I zupełnie mi nie przeszkadza, że mam na sobie stertę ubrań, że mi gorąco. Po prostu chłonę każdą sekundę snu, którą mi zabrała każda chwila spędzona na tej górze.

Jeszcze przez moment pojawiają się w mojej głowie myśli, że to koniec, że stanęłam na tym szczycie, że się udało i zasypiam.

W prezencie, za ten cały wysiłek, dostaje jedną godzinę snu, więc szybko ją wykorzystuję.

W południe budzi mnie mój kelner z termosem pełnym wrzątku. Koniec wakacji.

Powoli zgarniam swoje zwłoki z łózka. Po chwili dostaje też coś do zjedzenia. Od razu pakuję swój duży plecak i po chwili rozpoczyna się ostatnie nasze zejście do obozu II.

Tego popołudnia podczas zejścia nikt i nic nie jest wstanie zakłócić mojego szczęścia, jakim było wejście na szczyt Kilimanjaro.

29 stycznia

Tego dnia opuszczamy obóz II i udajemy się do podnóża góry, a stamtąd bezpośrednio do Moshi.

30 stycznia do 1 lutego

Ponieważ udało mi się dość szybko zakończyć wyprawę na Kilimnajaro ustalam swoją kolejną część podróży, czyli wyjazd na Zanzibar. Kupuję bilety lotnicze i rezerwuję nocleg na wyspie.

W międzyczasie planuję wyjazd na Safari. Niestety z uwagi na dość wysoką cenę i strach o przekroczenie budżetu wyjazdu, jeszcze przed pobytem na Zanzibarze, rezygnuje z tej wycieczki.

2 – 9 lutego

W okresie przebywam na Zanzibarze, głównie w mieście Stone Town.

Podczas mojego pobytu na wyspie udało mi się jeszcze wybrać na dwie wycieczki na Blue Safari i do Forest Jezyl, o których napiszę coś więcej przy innej okazji, bo ten post i tak już mi za długi wyszedł. A nie chcę więcej zanudzać.

Dokładnie 6 lutego opuszczam złote piaski Zanzibaru. Po drodze nocuje jeszcze w miejscowości Kilimanjaro niedaleko lotniska, a przez kolejne dni wylatuję do Nairobi w Kenii, a następnie wracam do Polski przez Paryż.

I tak kończy się moja przygoda z Afryką.

Niestety nie jest wstanie w jednym poście opisać dokładnie całego mojego wyjazdu, tyle zazwyczaj się dzieje podczas takich samotnych wyjazdów.

Dlatego też kilka słów o moich wrażeń i luźnych refleksjach oraz garść informacji praktycznych zamieszczę w osobnym poście, czyli Kilimanjaro – Podsumowanie wyprawy cz. II. Bo jest o czym opowiadać.

Zdjęcia z wejścia na Kilimanjaro znajdziecie tutaj.

Z górskimi pozdrowieniami

 

podpis


Kilimanjaro promocyjne

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from