Jawa – Indonezja – Podsumowanie wyjazdu

with Brak komentarzy

Bromo

Ponad dwa tygodnie minęły od mojego powrotu z ostatniego wyjazdu.

Już trochę emocje ucichły, więc na spokojnie mogę podsumowywać. To co się wydarzyło. Co się nie udało zrealizować. I ogólne moje wrażenia po wyjeździe.

Czas na podsumowanie mojego wyjazdu do Indonezji na wyspę Jawę.

Na początek tradycyjnie kalendarium wyprawowe, czyli krok po kroku co działo się podczas mojego pobytu na Jawie. Potem kilka słów o plusach i minusach wyjazdu. I na sam koniec moja krótka refleksja.

Kalendarium wyprawowe

Co do zasady mój wyjazd do Indonezji miał być trochę samozwańczym pomysłem powstałym tak na prawdę z dnia na dzień. I tak też było.

Praktycznie na kupnie biletów lotniczych rozpoczęła się organizacja mojego wyjazdu, jak i zakończyła.

Po prostu stwierdziłam, że jakoś tam będzie. Jakoś dojadę do hostelu. Dostanę się pod wulkan Bromo. Zwiedzę świątynie Borobudur i Prambanan.

I co by nie patrzeć, to jednak sporo udało mi się z tego „jakoś” zrealizować. Trzy podstawowe punkty zostały, brzydko mówiąc, odhaczone.

Zależało mi właśnie na wulkanie Bromo i tych dwóch świątyniach. Reszta jakby zeszła na dalszy plan. I jak się podczas wyjazdu okazało słusznie.

W planach miałam drugi wulkan Sumeru, ale wejście na niego trwa dwa dni i trzeba po drodze nocować w namiocie. Co nie stanowiłoby jakiegoś większego problemu. No ale podejście na szczyt po świeżym i luźnym żużlu wulkanicznym, to raczej wątpliwa górska przyjemność. Więc postanowiłam zrezygnować z tego pomysłu i poszukać sobie innego górskiego celu.

Padło na wulkan Merapi. I wydawało by się, że to sytuacja wręcz idealna, bo wulkan położony jest blisko miasta Yogyakarta, ale tylko do momentu jak zaczęłam organizować sam dojazd.

Niestety transport w Indonezji, a już na pewno na Jawie, nie jest mocną stroną tego kraju. O czym jeszcze napiszę więcej później.

Poza tym wulkan jest mocno aktywny, tak więc wchodzenie na szczyt w oparach dymu i po sypkich piargach skutecznie mnie zniechęcił do wejścia na ten szczyt.

I tak zrezygnowałam z dodatkowego celu górskiego na wyspie.

Planowałam też wybrać się na jakąś plażę, ale gdy zobaczyłam jak wygląda dojazd gdziekolwiek, to lekko zwątpiłam. Bo na przejazd niewiele ponad 100 km musiałabym poświęcić ze dwa dni. Zgroza.

No i też sobie to całe plażowanie odpuściłam.

Oprócz powodów logistycznych pojawiły się też i przyczyny pogodowe.

Ponieważ na Jawie byłam w porze deszczowej, to nie za wiele mi się w takim klimacie chciało robić. Może to wpływ pogody, ciepła i wilgotności niemal 100 %, ale moim głównym marzeniem było rypnąć się na zielonej trawce i leżeć.

Dużo też spałam w ciągu dnia i mimo półtoratygodniowego pobytu nie udało mi się do końca zaaklimatyzować, a mój rytm dnia cały czas był podyktowany strefą czasową w Polsce, a nie w Indonezji.

Borobudur

No to czas na kalendarium.

Do Indonezji, a właściwie to do Doha w Katarze, wyleciałam w sobotę o godzinie 20:00 1 grudnia. Lot trwał jakieś cztery godziny. W Katarze na lotnisku miałam 3 godziny czasu wolnego do kolejnego lotu i tak bez opóźnień wyleciałam w kierunku Dżakarty na Jawie. Ten lot był już zdecydowanie dłuższy i trwał jakieś 6 godzin.

W godzinach wieczornych w niedzielę byłam już w Dżakarcie i po nocce spędzonej na lotnisku w dość komfortowych warunkach rano wyleciałam do Yogyakarty. Po przylocie szybko przedostała się taksówką do hostelu i tyle z podróży samolotem.

Cały poniedziałek, 3 grudnia, zleciał mi na odsypianiu zarwanych nocy w samolocie i na poznawaniu z okolicą.

4 grudnia postanowiłam pozwiedzać miasto Yogyakarta. Udałam się do Pałacu Sułtana. Dość ambitnie chciałam całą trasę przejść na własnych nogach, co okazała się nie lada wyzwaniem.

Bardzo ciężko jest się poruszać po mieście Yogyakarta. Bardzo wąskie chodniki służą jako strefa parkowania dla skuterów i samochodów. Światła dla pieszych co prawda są, ale palą się tylko dla przejeżdżających samochodów i rządzą się własnymi prawami. Tak więc przejście przez ulicę stanowi nie lada wyprawę życia.

Co prawda udało mi się dorwać na lotnisku jakąś mapę miasta Yogyakarta, ale nie była ona dobrze wyskalowana i odległości zamieszczone na niej mocno odbiegały od tych występujących w realu.

I tak szukałam tego Pałacu Sułtana w okolicy jakąś dobrą godzinę i nie mogłam tam nijak trafić. Praktycznie zawsze wracałam na to samo miejsce, więc w końcu postanowiłam dostać się pod Pałac rikszą. To był mój gest desperacji.

Ale było warto, bo Pałac Sułtana, może nie robi jakiegoś oszałamiającego wrażenia, ale sądzę, że warty jest obejrzenia. Z resztą w mieście nie ma nic lepszego do zwiedzania.

5 – 6 grudnia spędziłam na wulkanie Bromo.

Zdecydowałam się na wyjazd zorganizowany z lokalnym biurem podróży, bo jednak wycieczka pięciodniowa na szczyt niewiele powyżej 2300 m n.p.m. wydawała mi się wyjazdem nie do udźwignięcia pod względem psychicznym.

W końcu, choć z niewielkim trudem udało mi się załapać na zorganizowany wyjazd pod wulkan Bromo z małym „ale”, bowiem do miejscowości Probolinggo miałam się przedostać sama pociągiem. Stamtąd miałam być zgarnięta przez agencję i tyle z mojej organizacji wyjazdu.

Ponieważ nie było innej opcji, a wizja, że na wulkan Bromo mogę w ogóle nie pojechać, zadecydowała, że się zgadzam na taki układ. Przy czym udało mi się wynegocjować, iż z rana ktoś mnie podrzucić na dworzec kolejowy.

Sądziłam, że pojadę na dworzec jakimś autem, taksówką lub czymś innych, ale na czterech kółkach.

Ku mojemu zdziwieniu na dworzec miałam pojechać skuterem.

Nie ukrywam byłam lekko zdziwiona, ale jeszcze bardziej byłam przerażona. Dzień wcześniej zdążyłam się napatrzeć jak Indonezyjczycy jeżdżą na skuterach i z poziomu widza wygląda to strasznie, a co dopiero pasażera.

No cóż innego wyjścia nie miałam wsiadłam i … o mało się nie zes… ze strachu podczas jazdy. To był na pewno najbardziej niebezpieczny fragment mojej wycieczki na wulkan Bromo i chyba całego mojego wyjazdu na Jawę. Modliłam się, aby ten dworzec był jak najbliżej, a po drodze było jak najmniej zakrętów.

Na szczęście udało mi się przetrwać podróż skuterem.

Galeria Bromo

O 7 rano siedziałam już w pociągu, który miał mnie zawieść do miejscowości Probolinggo po 8 godzinach podróży.

Po przybyciu wieczorem, zostałam zgarnięta przez agencję turystyczną i wraz z innymi turystami zawieziona do hotelu w miejscowości Cemoro Lawang, tuż pod samym wulkanem. Tam zostaliśmy poinstruowani o dalszych planach podróży, a w szczególności wejścia na wulkan Bromo.

O godzinie 3 rano wyjechaliśmy samochodem spod hotelu w z stronę punktu widokowego, gdzie przy wschodzie słońca można podziwiać panoramę na pobliskie szczyty wulkaniczne wyspy, w tym i wulkan Bromo.

Następnie zostaliśmy przewiezieni samochodem do podnóża wulkanu Bromo, skąd przechodząc rozległy płaskowyż zbudowany z piachu i inny drobnych utworów wulkanicznych, rozpoczęliśmy podejście na szczyt krateru Bromo.

Widok pod czas wschodu słońca był przepiękny. Las wulkanów dymiących w oddali robi niesamowite wrażenie.

A wejście na Bromo, może nie jest wyzwaniem życia, a przejście przez kilka schodów na sam wierzchołek nie robi wrażenia, ale sam krater to już inna bajka.

W swoich górskich podróżach byłam już dwukrotnie na aktywnym wulkanie na Teneryfie na Pico de Teide oraz irańskim Damavandzie, ale czegoś takiego nie widziałam.

To był naprawdę aktywny wulkan z wydobywającym się z wnętrza skorupy ziemskiej ogromnym kłębem ciemnoszarego dymu. Niemal bulgoczący, wydający z siebie dźwięki syczenia i trzaskania. Niesamowite. Jakbym siedziała na bombie, która zaraz wybuchnie.

Poza tym bardzo podobała mi się forma wyjazdu, bo praktycznie wszędzie chodziliśmy sami bez przewodnika i czekania na całą grupę. Podróżując samemu chyba takiej formy zwiedzania bym nie zdzierżyła.

7 grudnia, to dla mnie zasłużony odpoczynek na odsypianie.

W godzinach popołudniowych załatwiłam kolejną wycieczkę. Tym razem postanowiłam zwiedzić dwie świątynie Borobudur i Prambanan w ciągu jednego dnia.

8 grudnia samochodem, na szczęście, o 3 rano wybywam w stronę buddyjskiej świątyni Borobudur.

Nie wiem czemu, ale uwielbiam odwiedzać buddyjskie świątynie. Panuje w nich taki spokój, cisza, zupełnie inaczej niż w naszych kościołach. Dlatego ucieszyłam się, że będę mogła zwiedzić to miejsce.

Świątynia robi niesamowite wrażenie. Pogoda co prawda jeszcze o zmroku tego dnia nie dopisywała, bo padało, ale już za dnia zrobiło się pięknie.

Po dość krótkim spacerze, pojechaliśmy w kierunku hinduskiej świątyni Prambanan.

Tym razem trafiam do ogromnego kompleksu świątyń, które nie miały końca. Część zabudowań jest całkowicie zniszczona, ale i tak czasu jest niewiele, aby zwiedzić, te udostępnione do zwiedzania.

Zdecydowanie odradzam zwiedzanie tych dwóch świątyń w ciągu jednego dnia. Oczywiście jest to do zrobienia, ale czasu jest na tyle mało, że o pełnym zwiedzaniu całego kompleksu nie mam mowy.

Osobiście trochę wymęczyłam się samym dojazdem do świątyń, ale i tak było warto.

Pozostałe dni od 9 i 10 grudnia spędziłam w Yogyakarcie. Cały ten czas przeznaczyłam na relaks i odpoczynek. Poza tym to dobry moment, aby na spokojnie pojeść co nieco. Pokosztować lokalnej kuchni i tropikalnych owoców.

11 grudnia z samego rana wylatuję do Dżakarty, a tego samego dnia późnym wieczorem wracam do domu przez lotnisko w Doha, w Katarze.

Prambanan

Plusy i minusy wyjazdy

Niewątpliwie jednym z plusów podróżowania po Indonezji jest możliwość komunikowania się w języku angielskim.

W końcu można się normalnie dogadać, a nie łamaną hiszpańszczyzną.

Nie ukrywam, że ponad dwuletnie wyjazdy do krajów hiszpańskojęzycznych odbiły swoje mocne piętno na mojej komunikacji słownej, ponieważ wciąż się myliłam i wtrącałam hiszpańskie zwroty w życiu codziennym.

Jednak jeśli już chodzi i załatwianie przejazdów, wycieczek, czy pytanie się o cokolwiek na ulicy, odczułam ulgę używając języka angielskiego.

Oprócz możliwości mówienia w języku angielskim, byłam mile zaskoczona, że mimo przebywania w kraju muzułmańskim, nie muszę chodzić po ulicy z zakrytą głową i owinięta w tysiące tunik i tym podobnych ubrań.

Zdecydowanie inaczej niż w Iranie. Zresztą nawet sami Indonezyjczycy wypytali się mnie, jak jest w Iranie, kiedy dowiadywali się, że tam byłam.

Z początku chodziłam po ulicy w bufie na głowie, ale z czasem, kiedy zobaczyłam, że turystki chodzą w krótkich spodenkach, koszulkach na cienkich ramiączkach i samych klapkach, stwierdziłam, że to pierdziele i do końca wyjazdu spacerowałam po ulicy z krótkim rękawkiem i z odsłonięta głową.

Poza tym, byłam też mile, zaskoczona, że nikt mnie nie zaczepia na ulicy. No może oprócz rikszarzy i taksówkarzy.

Przed wyjazdem obawiałam się, że na Jawie będzie jak w Indiach. Że miejscowi będą za mną chodzić nagabywać, prosić, żebrać i tak w kółko.

A tu nic. Nic z tych rzeczy Zupełnie swobodnie spacerowałam sobie po mieście i nikt jakoś szczególnie się na mnie dziwnie nie patrzył i nie zaczepiał.

Co do minusów to niewątpliwie największym z nich jest pora roku, w której wybrałam się do Indonezji, czyli pora deszczowa.

Wiedziałam, że to ciężki czas na podróżowanie, a ja chyba nie spodziewałam się to co oznacza. I tak naprawdę podczas pory deszczowej nie są problemem same opady, bo zazwyczaj są silne i krótkie, ale żar połączony z wilgotnością powietrza o wartości niemal 100%.

Strasznie męczyłam się w tym klimacie. Często spałam. Słabo się aklimatyzowałam i niestety zupełnie nie przestawiłam pod względem strefy czasowej. A nawet jeśli już powoli przyzwyczajałam się do innych godzin i pór dnia, to już musiałam wracać do Polski.

Co do samych opadów deszczu, to tak jak napisałam wcześniej. Opady są głównie wieczorami, w nocy i nad ranem. Są to mocne, burzowe opady, które trwają kilka minut i nie są uciążliwe.

W przeciwieństwie do komarów. Na żadnym wyjeździe komary tak mnie nie pogryzły jak w Indonezji. Całe nogi mam posiniaczone od ukąszeń komarów.

Prawdę mówiąc nie spodziewałam się komarów na wyjeździe. Dotychczas jeździłam głównie w góry, a tam po prostu w tak surowych warunkach, ani jednej muchy nie uświadczysz żadnych insektów.

Stąd i mój błąd. Po prostu tego nie przewidziałam. No ale teraz jestem bogatsza w nowe wyjazdowe doświadczenia.

Minusem Indonezji jest jak dla mnie lokalny transport.

Trochę już się przyzwyczaiłam do faktu, że w Ameryce Południowej mogę przejechać cały kontynent niemal jednym autokarem. Że tam autobusem dojadę prawie wszędzie szybko i wygodnie.

A w Indonezji jest z tym problem. Ogólnie mało kursuje autobusów w ciągu dnia, a sama sieć komunikacji jest słabo rozwinięta na wyspie. Tak więc transport lokalny głównie oparty jest na prywatnych przewozie, taksówkach i skuterach.

No i na koniec kwestie żywieniowe. Jadłam na ulicy dużo różnych rzeczy. Może nie wszystko co wpadło mi w oko, bez przesady, ale jadłam wiele przeróżnych dań głównie z ulicy i nic mi nie było. Zero problemów żołądkowych, rozwolnienia, problemów z trawieniem itp.

Nie wiem czego to jest zasługa. Może już się uodporniłam, dzięki wyjazdom. Może to konsekwencja utrzymania dość czystej diety w ciągu roku. Trudno mi to stwierdzić.

Mi jednak nic po tym całym jedzeniu na mieście nie było.

Prambanan świątynia

Trochę refleksyjnie

Na zakończenie trochę powyjazdowych refleksji i takich tam przemyśleń.

Mimo wyżej wymienionych minusów, jestem bardzo miło zaskoczona tą częścią świata, gdzie leży wyspa Jawa. Ludzie i klimat naprawdę jest wyjątkowy.

O dziwo nawet jedzenie mi smakowało, chociaż za przysmakami azjatyckimi nie specjalnie przepadam.

Decydując się na ten wyjazd chciałam trochę odciąć się od Ameryki Południowej. Wiem, że dla wielu osób zabrzmi to trochę dziwnie, ale czułam jej lekki przesyt. Tym razem wybierając kierunek wyjazdu nie ciągnęło mnie do niej jak zawsze. Ale teraz po wizycie w Indonezji chciałabym wrócić za Ocean Atlantycki przy najbliższej okazji.

Po powrocie z Indonezji mam też takie dziwne odczucie. Trudno to nazwać. Jakby ktoś rozciągnął mi mapę świata w głowie o ten kontynent i tą część świata.

Poznałam zupełnie inny świat, ludzi, kulturę, kuchnię i klimat. Co ciekawe zupełnie w ciemno, bo organizacja mojego wyjazdu tak naprawdę zaczęła się dopiero na miejscu w Indonezji, a ja leciałam na Jawę z zupełnie innym wyobrażeniem tej części globu.

Zabrzmiało jak podejście Krzysztofa Kolumba. Trochę się uśmiałam.

Czy tam wrócę?

Nie mówię, że nie. Bo pewnie kiedyś wrócę. Może nie teraz, bo inne mam plany na 2019 rok.

Ale mam na swojej magicznej liście dwa cele indonezyjskie i bardzo chciałabym jeszcze raz odwiedzić ten zakątek świata.

Z górskimi pozdrowieniami.

 

podpis


Jawa Zobacz więcej

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.