Górskie wędrówki – Tatry – wrzesień 2018

with Brak komentarzy

 

A oto i ona. Relacja z mojego ostatniego wypadu w Tatry.

Pełna zawrotów akcji. Grozy i trzymania w niepewności. Oczywiście z happy endem, bo przecież takie historie sprzedają się najlepiej.

Bez wstępnego zanudzania, nie trzymam już dłużej was w niepewności.

Zapraszam do czytania.

Sobotnia dupówa

Plan zakładał założenie obozu w Dolinie Kościeliska.

Busem miałam dojechać do Zakopanego, a stamtąd już prosto busikiem do wylotu doliny.

Jednak po drodze się zagapiłam i nie wysiadłam w Kirach, i tak i tym razem wylądowałam w Dolinie Chochołowskiej.

A może to i lepiej – pocieszałam się w myślach.

Cóż więcej wyjaśniać. Pogoda tego dnia, czyli sobotę rano, była po prostu do du….

W drodze do schroniska towarzyszyła mi mocno kapryśna aura. Z początku nawet coś padało, ale po jakiś kilku minutach uspokoiło się. Może na dobre.

Gór też nie było widać, tylko grubą ścianę gęstych chmur w różnych odcieniach szarości.

Wilgotne powietrze nie zachęcało tego dnia do spacerów. A ja byłam lekko przerażona, że jak tak będzie przez cały mój wyjazd, to koniec. Totalny niewypał.

Tego dnia dość szybkim krokiem przemierzam dno doliny. Co prawda nie idę nią pierwszy raz i niemal znam ją na pamięć, a jednak wciąż mnie w niej coś zachwyca.

Mijam asfaltowy fragment trasy i wkraczam stopami w brukowane podłoże. Po drodze jeszcze przekraczam kilka mostków i już powoli zaczynam wynurzać się z porośniętego drzewami fragmentu szlaku.

Przede mną rozpościera się ogromna Dolina Chochołowska. Latem, przy promieniach słonecznych robi wrażenie. Człowiek by się tak rozłożył na tej trawie i leżał.

A teraz. Zaczyna padać.

Z początku niewinnie. Kropla za kroplą. Po chwili zrywa się mocniejszy wiatr, a dolina powoli osłania się ścianą drobnego i upierdliwego deszczu.

Trzeba uciekać.

Powoli dojrzewam do tej myśli i ewakuuję się do pobliskiej opuszczonej bacówki.

Chociaż na głowę mi nie pada. – lekka złość mnie ogarnia z tej całej mojej bezsilności.

Ściągam z siebie mokra kurtkę, a następnie bluzę.

Wszystko mokre. Że też musiało zacząć akurat teraz padać. Dosłownie pięć minut drogi do schroniska. – energicznie sięgam po telefon.

Scroluję nerwowo ekran smartphon’a w poszukiwaniu prognozy pogody, z której wyraźnie wynika, że od godzin popołudniowych ma się przejaśnić.

Po chwili przestaje padać, a ja w końcu mogę swobodnie opuścić swoje schronienie.

I jak pogoda. Leje? – rzuca jakiś koleś w progu wejścia do schroniska.

A jak myślisz … ? – rzucam pod nosem standardowy tekst. Jeszcze ciśnie mi się na usta słynne słowo na literę „b”, ale odpuszczam. W głowie mam tylko jedno zadanie do zrealizowania na dzisiaj.

Ogarnąć nocleg w schronisku.

Niestety nie? – dostaję szybka odpowiedź na pytanie od pani przesiadującej w kanciapie z napisem „Recepcja” – Jeszcze nic się nie zwolniło.

No cóż. Trzeba poczekać do wieczora.

Podążam w stronę bufetu i zamawiam kawę z mlekiem.

Dzisiejszego poranka wyjątkowo sporo ludzi snuje się po schronisku. Pewnie każdy liczy, że się wypogodzi. Kto by nie chciał?

Siadam przy pierwszym z brzegu wolnym drewnianym stole. Wyjmuje z reklamówki pączka z nadzieniem czekoladowym, zakupionego jeszcze w centrum Zakopanego. W przydworcowym Tesco.

Ludzi w bufecie przybywa. Wszyscy zaczynają kłębić się na odcinku kasa, a okienko z odbiorem posiłków. Jakoś mi to dzisiaj szczególnie nie przeszkadza, ponieważ moje myśli krążą tylko wokół jednego tematu.

Niech w końcu przestanie padać.

Przejaśnia się, a w szczególności ustaje deszcz. Mnie jeszcze czeka mycie zębów i wyruszam na szlak.

Tatry wrzesień 2018

W stronę Starorobociańskiego Wierchu

Plan był taki. Trzydniowiański Wierch, Kończysty Wierch, Starorobociański Wierch i przejście przez Ornak do Schroniska w Dolinie Kościeliskiej. Ale jak to bywa z moimi planami. I tym razem życie napisało własny scenariusz.

Schronisko w Dolinie Chochołowskiej opuściłam po godzinie 11:00. Niby się przejaśniło, ale gęste chmury nadal wisiały nad górami.

A ja z każdym krokiem zaczynałam się do nich przybliżać.

To był mój nie pierwszy raz kiedy przemierzałam ten czerwony szlak w stronę Trzydniowiańskiego Wierchu. Jak przez mgłę przypominałam sobie jago odcinki. Jakaś rzeka. Kładka. Droga w lesie. Trawers zbocza i ciężkie piaszczysto kamieniste podejście pod samym szczytem.

Jednym słowem moje wspomnienia były pozytywne i tak też było i tym razem.

Dość sprawnie poszło mi zdobycie Trzydniowiańskiego Wierchu. Widoczność super. Walory krajobrazowe mieszane, no ale i tak źle nie było.

Podjęłam decyzję, że idę dalej.

Przede mną kolejne wzgórza do przejścia. Kosówki. Kamienny szlak. Nic trudnego. Jedynie te chmury jakby się obniżały wraz z każdym moim krokiem.

Od przełęczy pod Kończystym Wierchem zerwał się silny wiatr. Widoczność też po trochu zaczyna maleć. Zdecydowanie staje się zimniej.

Mi to nie przeszkadza, no może poza tą widocznością i jak czołg pcham się zuchwale dalej do góry.

Na tym odcinku nikt mnie nie mija. Nikt nie idzie w moją stronę. Zresztą nawet gdyby szedł to i tak bym o tym nie wiedziała, bo gęsta chmura zasłaniała wszystko co znajdowało się około trzy metry przed moim nosem.

Przez moment zrobiło się nawet groźno. Strach przeleciał po moich dłoniach. Gęsia skórka gwarantowana.

Może ktoś będzie schodzić z Jarząbczego Wierchu. – tak się tylko pocieszałam.

Osiągam szczyt i nikogo nie ma. Sama. Samiuteńka jak palec na darmo wypatruję jakiś postaci we mgle. Wyjmuję kamerę i pstrykam zdjęcia. Następnie chowam się za jakimś wzniesieniem, żeby choć trochę ochronić się przed wiatrem i na spokojnie skonsumować batona.

W oddali wypatruję grupkę ludzi. Kilka osób podąża w moją stronę. Niestety nie rozpoznaje języka w jakim rozmawiają.

Jeszcze tylko spoglądam w stronę Starorobociańskiego Wierchu, którego nie widać z za chmur.

Po chwili rozpoczynam schodzenie w kierunki chochołowskiego schroniska.

Tatry - wrzesień 2018

W stronę Starorobociańskiego Wierchu podejście drugie

Udaje mi się dostać nocleg w schronisku. Ufff. Emocje jak przy wygranej w totolotka, chociaż nigdy w totolotka nie grałam.

Po nocce w sześcioosobowym pokoju, najedzona i wypoczęta, ruszam na tą samą trasę co wczoraj.

Dzisiaj stanę na Starorobociańskim Wierchu.

Mocno zdeterminowana cisnę od samego początku. Krok za krokiem. Mocno. Równo i w dość szybkim tempie. Trzydniowiański Wierch udaje mi się osiągną po godzinie drogi.

Nie patrząc na nic lecę dalej. Pokonuję sypkie podejście pod Kończystym Wierchem.

No i to są warunki do wspinania. – rozglądam się podziwiając widoki dookoła.

Czystość i przejrzystość powietrza bajeczna. Z daleka doskonale widać każdy tatrzański wierzchołek i Zakopane.

Na Starorobociańskim Wierchu niestety tłok. Szczerze czegoś takiego się nie spodziewałam.

W końcu to był wrzesień. Wakacje się skończyły, a tu masz taka niespodzianka.

Nie zastanawiam się z byt długo i po przeprowadzeniu standardowej sesji fotograficznej, rozpoczynam schodzenie.

Mijam kilka osób po drodze i wyraźnie zwalniam. No bo przecież do czego się tu śpieszyć. Na szczycie byłam o godzinie 13:00, tak więc czasu na zejście miałam sporo.

A że jeszcze pogoda piękna, to choć dłużej posiedzę w tych górach.

promocja tatry 2018

Na Ornaku

Schodząc ze Starorobociańskiego Wierchu podziwiam otaczające widoki.

Bystra schowana za szarymi chmurami, wygląda jakby trochę groźnie na tle żółtawych od słońca niżej położonych pagórków.

Jesień tak pięknie wygląda w Tatrach Zachodnich, w szczególności jak jest tak słoneczna.

Mijam skały Liliowego Karbu i krocząc wzdłuż Siwej Przełęczy, rozpoczynam podejście pod Siwe Skały.

Wracam wspomnieniami do swoich pierwszych tatrzańskich wędrówek. I jak dzisiaj pamiętam swoje podejście na Starorobociański Wierch. Moja siostra zatrzymała się na przełęczy, a ja, mimo kiepskiej pogody, chmur i deszczu, parłam mocno do przodu, a właściwie to do góry.

A potem powrót do domu w strugach gęstego deszczu i wszystko mokre, co do ostatniej nitki.

Moje schodzenie lekko się przedłuża, a ja coraz częściej staje gdzieś po drodze, żeby popstrykać kilka zdjęć.

Mija mnie grupa emerytów, których region pochodzenia zdradza wyraźny śląski akcent.

Szlak się zawęża i zamienia w kamieniste strome schodki, a ja przyblokowana przez grupę emerytów, wolno schodzę na dół.

Skały, skały, skały. Udziela mi się monotonia schodzeni i do tego te kosówki, które zasłaniają piękne widoki.

W końcu osiągam Iwaniacką Przełęcz.

Teraz to już z górki. – pocieszam się przez chwilę i nie zastanawiają ani trochę, uciekam w stronę Schroniska na Ornaku.

A przed schroniskiem atmosfera jak spod Morskiego Oka. Tłumy.

Kupuję obiad. Tym razem cokolwiek i ewakuuję się przez Dolinę Kościeliska do Zakopanego.

 

podpis


Link do innych postów o bieganiu w Tatrach i górach

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from