Górskie wędrówki – Tatry – sierpień 2018

with Brak komentarzy

 

Dwa lata minęło od mojego ostatniego pobytu w Tatrach.

I przyznaję zaniedbałam Tatry przez ostatnie miesiące całkowicie.

A w międzyczasie były Japonie, Himalaje, Andy, Meksyki, Boliwie i inne Teneryfy. Ale gdzieś zawsze powtarzałam sobie, że czas wrócić w Tatry.

Powtarzałam, bo tylko na powtarzaniu się kończyło. Obiecałam sobie, że wrócę, a czas płynął własnym rytmem.

Oczywiście do pewnego momentu. Do dnia 18 sierpnia tego roku, kiedy w końcu się spakowałam i wyruszyłam w stronę kochanych Taterek.

W Dolinie Chochołowskiej

Tak naprawdę do samego końca nie wiedziałam, gdzie w Tatrach wyląduję.

Wyjazd planowałam w najbardziej „gorący” okres roku, długi weekend sierpniowy i było wiadome, że w tym czasie nie ma co się pchać w Tatry Wysokie.

Tak więc pozostały Tatry Zachodnie. I w sumie to dobrze, bo lubię tam biegać. A i tym razem postanowiłam troszeczkę się zajechać, z tęsknoty, że tak dawno tego w Tatrach nie robiłam.

Standardowo spakowałam się w swój 20 litrowy plecak i nocnym busem wylądowałam w sobotę rano w centrum Zakopanego.

Drobne zakupy, ładowanie węgli, czyli opychanie się słodkimi bułkami i ruszyłam w dalszą drogę busikiem. Tym razem w stronę Doliny Chochołowskiej.

W sumie to było najlepsze rozwiązanie, gdy w górach grasują tłumy turystów.

To właśnie tutaj, w Dolinie Chochołowskiej, znajduje się jedno z największych schronisk w Tatrach, co daje choć cień szansy na nocleg w łóżku. Bo o podłogę to się nie martwiłam.

Grubo po 9 byłam już u wylotu doliny. Jeszcze tylko opłata za przebywanie w parku i hulaj dusza piekła nie ma.

Szybki przemarsz doliną do schroniska. Wstępne rozeznanie co z noclegiem. Jakieś szybkie śniadanie i sruu do góry.

Grześ i Rakoń

Z początku miało być ambitnie. Z Grzesia na Rakoń i z Rakonia dalej na Wołowiec.

Rzeczywistość jednak okazała się bardziej brutalna, choć początek był całkiem niezły.

Podejście na Grześ w godzinę z niewielkim hakiem utwierdziło mnie w przekonaniu, że boliwijskie góry zrobiły swoje. No i że kondycja jest.

Ale to nie było łatwe podejście, bo o bieganiu nie było wręcz mowy.

Zziajana i zmęczona wparowałam na przełączkę, gdzie dalszy szlak prowadził przez dość gęste kosówki. Slalomem omijałam wchodzących turystów.

Jak czołg bez zatrzymania, zaciskałam jedynie zęby i opierając swój jedyny kijek o pobliskie kamienie, cisłam do góry ile się da.

O Pani to dopiero ma kondycję. – nagle usłyszałam na szlaku.

Nie da się ukryć, ale tylko ja doskonale wiedziałam, a przede wszystkim czułam, ile podejście w takim tempie mnie kosztuje. Tylko co tam.
W końcu jestem. Ja, przepiękne widoki i inni turyści. Niebo tego dnia pokryte całkowicie chmurami, wydaje się jakby surowe. A może zaraz zacznie padać.

Pada seria zdjęć i w niespełna kilku minut zbiegam między kosówkami w stronę przełęczy, a dalej już w stronę Rakonia.

Czasem tylko zatrzymywałam się żeby popodziwiać widoki lub ustąpić miejsca biegaczom ultramaratonu, którzy podążali w przeciwnym kierunku do mojego.

No nareszcie jestem – oddycham z ulgą.

Zrzucam z siebie plecak i kładę go na trawie. Zaraz i ja ląduję koło niego. Wyciągam nogi i w końcu mogę na spokojnie wypocząć. A przy takich widokach to dopiero się odpoczywa.

Szczyt Rakonia wyjątkowo nie był zatłoczony tego dnia.

Ktoś pstrykał sobie zdjęcia. Ktoś inny oddawał się błogiemu lenistwu na zboczu góry z widokiem na Dolinę Chochołowską. Z resztą podobnie jak ja.

Było mi dobrze i przyjemnie. I chyba za dobrze, bo w mig ochota na dalsze wspinanie na Wołowiec minęła jak ręką odjął.

Tak więc postanowiłam oddawać się chwilom słodkiego lenistwa przez kilka minut dłużej. Następnie dość szybkim marszem zeszłam doliną do schroniska.

Górskie wędrówki - Tatry – sierpień 2018

Schroniskowy klimat

Po zejściu do schroniska postanowiłam oddać się urokom słodkiego obżarstwa.

Już będąc w połowie drogi przy zejściu moją głowę zajmowała jedynie chęć zjedzenia czegokolwiek i oddania się dłuższej drzemce.

Przeglądam dość nerwowo z głodu wywieszone w stołówce menu. Blady cień głodomora padł na grzybową i drugie danie, w postaci placków ziemniaczanych po zbójnicku.

No cóż, skoro jutro czeka mnie taka wyrypa – tłumaczę swój kulinarny wybór, który zdecydowanie odbiega od mojej standardowej i jakże nudnej codziennej diety na nizinach.

Po chwili wcinam przygotowane danie i niemal nie wylizuję talerza.

W między czasie załatwiam łóżko na nadchodzącą noc i wracam, niczym bumerang na stołówkę.

Wzrok kieruję w znanym już kierunku, gdzie buszując między potrawami w menu, szybko przechodzę do działu z napisem „Desery”.

Czuję, że jeszcze bym coś zjadła. Może … szarlotkę.

Nie mija chwila, a szarlotki nie ma.

No dobrze. Czas się zdrzemnąć.

Zazwyczaj gdy jeżdżę w Tatry w nocy na weekend to w soboty spędzam w górach mniej czasu. Zaraz popołudniu, w okolicach godziny drugiej, schodzę ze szlaku na nocleg. Jem obiad i idę spać.

W końcu trzeba kiedyś tą nockę z busa odespać.

I tym razem nie było inaczej. Przebieranie. Mycie ząbków i lulu.

Zasypiam od razu.

Kierunek Wołowiec

Poranki w schroniskach nie należą do najprzyjemniejszych.

Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał opuścić pokój wczesnym rankiem, aby jak najszybciej znaleźć się na szlaku.

A potem kolejna osoba i kolejna osoba, aż w końcu i ja opuszczam swoje łoże. Najczęściej ostatnia z całego towarzystwa.

Niestety w ten niedzielny poranek ciężko mi się wstawało. Powłócząc nogami udałam się do łazienki. Czas na poranną toaletę. Po kilku minutach byłam już ubrana i gotowa na śniadanie.

Na śniadanie najczęściej jadam jajecznicę na maśle. Pozwalam sobie także na wyłam, czyli cztery kromki chleba, bo na co dzień nie jadam pszennych produktów.

Do tego kawa z mlekiem i już mogę wychodzić na szlak.

W niedzielę czekała mnie totalna wyrypa. Sam początek już był mocny, bowiem podejście ze schroniska do przełęczy pod Wołowcem nie należy do najłagodniejszych.

Ten odcinek zajął mi godzinę i kilka minut.

Zziajana, zdyszana i pół przytomna w końcu stanęłam na przełęczy.

Łapczywie chwytam jak największe kawałki powietrza, żeby wyrównać oddech. Który, niestety, jak na złość nie chce się choć na chwilę ustabilizować.

Spoglądam w górę w stronę szczytu Wołowca. Przede mną jeszcze jakieś 25 minut mocnego podejścia. W rzeczywistości zajmuje mi ono około 12 minut.

Ze szczytu dwutysięcznika widoki były zdecydowanie lepsze. A ponieważ pogoda dopisywała, to jeszcze bardziej chciało się na góry patrzeć i patrzeć.

Kilka zdjęć, filmów panoramy, jakieś selfi, no i w dalszą drogę.

promocja tatry 2018

W stronę Starorobociańskiego Wiechu

Bo taki był plan. Ale rzeczywistość niestety inna.

Z Wołowca czekał mnie zbieg po dość piaszczystej ścieżce. Spodziewałam się tego, bo dobrze pamiętam swoje przeżycia z tego odcinka szlaku, z poprzednich lat.

Strono, sypko i spadziście. Zawsze zastanawiam się jak zawodnicy biegu ultra Granią Tatr są wstanie przebiec ten odcinek.

Ale oby tylko dotrwać do Łopaty, gdzie czekała mnie już prosta ścieżka po zielonej łączce. Bynajmniej tak mi się wydawało z daleko.

Z każdym metrem teren się wypłaszczał pod moimi stopami, a zielona łączka stawała się coraz bardziej strona. Ale i tak to było nic, bo dobrze wiedziałam, że czekało mnie jeszcze strome podejście pod Jarząbczy Wierch.

Nic nie mówiąc poleciałam dalej. Szybko minęłam zieloną łączkę i fragment kamienistej grani. Dalej kolejnym stromym zejściem, osiągnęłam przełęcz pod kolejnym szczytem.

Teraz się zacznie.

Zwarta i gotowa rozpoczęłam swoje podejście. Krok za krokiem, w stałym rytmie powoli przesuwałam się do przodu. Z początku swobodnie, ale pod samym wierzchołkiem mój oddech zaczynał się wyraźnie pogłębiać.

Na szczycie przyszedł czas na rest i uzupełnianie deficytu kalorycznego, w postaci Snickersa.

Swoją drogą to jedyne batony, którymi żywię się na górskich szlakach w Polsce. No i doskonałe połączenie tłuszczu i węglowodanów zarazem.

Nie ma co tutaj dłużej przesiadywać. Zmykam stąd. – Mówiąc do siebie w myślach, opuściłam najwyższy punkt Jarząbczego Wierchu.

Dalsza część szlaku prowadziła już przyjazną granią, fragmentami poprowadzoną wśród skał i przepięknymi widokami.

Nie zdążyłam się nawet obejrzeć, a już byłam na kolejnym szczycie, tym razem Kończystego Wierchu.

Spojrzałam na zegarek. Było późno, a ja przecież musiałam zdążyć na busa w Zakopcu.

No i dylemat. Iść dalej na ten Starorobociański Wierch, czy schodzić.

Zaczęła się runda. Zegarek, szlak, zegarek, szlak. W ogłowie ocena podejścia i szacowanie czasu wejścia. Czy zetnę? Czy dam radę?

W końcu decyzja zapadła. Schodzę. Zrewanżuję się kolejnym razem jak przyjadę. We wrześniu.

 

podpis


Link do innych postów o bieganiu w Tatrach i górach

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.