Dziennik treningowy odc. 59

with Brak komentarzy

Napis dziennik treningowy i stopy biegacza

Czas powrotów z wyjazdów to u mnie jest to czas rozpoczęcia treningów od nowa.

Za każdym razem gdy wracam, tak naprawdę cofam się w swoich treningowych postępach i znowu zaczynam od najlżejszych jednostek treningowych.

Tym razem wcale nie było inaczej.

Krótkie i wolne przebieżki, najmniejsze ciężary i dieta pod tytułem „jem co chcę”.

Wszystkie szczegóły jak? co? i kiedy? Opisuję poniżej. A więc czas powrócić do swojego cyklu postów dziennikowych.

Bieganie

Ze względu na odmrożenia u stóp bieganie rozpoczęłam cztery dni po przyjeździe, czyli 18 lutego.

Na początek zrobiłam 10 km, które przebiegłam w czasie poniżej 60 min, a warto nadmienić, iż nie biegałam cztery tygodnie.

Oczywiście taki stan szybkiego biegania wcale mnie nie dziwi.

Zawsze po wyprawie moja ogólna wydolność jest na zdecydowanie wyższym poziomie, niż zazwyczaj. Jednak przebywanie na wysokości powyżej 6000 m robi swoje.

Poza tym to właśnie biegania w górach brakuje mi najbardziej, dlatego też pierwszy trening mam na tzw. „głodzie”.

Co doskonale pokazuje jak mocno jestem wstanie wyrobić w sobie nawyk trenowania.

Kolejny trening udało mi się zrobić kolejnego dnia w niedzielę, czyli 19 lutego.

Mimo obaw, iż euforia z biegania minie w kolejnym dniu, dystans 10 km udało się pokonać w godzinę.

Nie był to bieg na czas i z mocnym akcentem, jednak biegło mi się łatwo i przyjemnie.

Ostatni weekend też spędziłam biegowo, ale zdecydowanie ciężej.

W sobotę przebiegłam 10 km w 57 minut, a w niedzielę pierwsze 11 km. Powoli czas rozkręcać kilometraż, stąd i biegi w niedzielę będą coraz dłuższe.

W planach mam z końcem kwietnia pierwszy maraton w tym roku i jakoś trzeba się do niego przygotować.

Czasu jest niewiele, bo zaledwie dwa miesiące, ale myślę, że na tyle, żeby jakoś ukończyć ten bieg i rozbiegać się przed kolejnymi startami.

No ale nie wszystko idzie zgodnie z moim biegowym planem.

Niestety ciężko jest mi się zebrać na bieganie o 5 z rana.

Mój system godzinowy dnia całkowicie się rozregulował i z trudem udaje mi się wstać z łóżka rano, dlatego też w zeszłym tygodniu po dwóch dniach niebiegania, wybrałam się na wieczorne bieganie, które zakończyło się dość mocnymi interwałami.

I tak kolejne 10 km miałam już na swoim biegowym liczniku po powrocie z gór.

Siłownia

W przeciwieństwie do biegania, na siłownię wróciłam znacznie szybciej, bo już 14 lutego.

Wykonałam wtedy swój standardowy trening na wszystkie partie ciała z obciążeniem 60% ciężaru maksymalnego.

Co i tak mnie nieźle zmęczyło.

Nogi i pośladki zrobiłam od 22 do 70 kg. Górne partie ciała od 5 do 25 kg. Natomiast brzuch na 35 kg.

Może i nie jest to jakieś mistrzostwo świata, ale jednak przez tydzień nie mogłam normalnie siąść na krześle.

Na szczęście cały ból minął w czwartek, 16 lutego, kiedy wykonałam kolejny trening z podobnym obciążeniem.

Dopiero w kolejnym tygodniu, 21 i 23 lutego, zrobiłam mocniejszy trening, gdzie dodałam sobie na dolne partie po 5 kg, na górne po 2 kg i brzuch trenowałam na 45 kg.

W końcu poczułam, że wracam do formy sprzed wyjazdu.

Jednym słowem tym razem nie było opierniczania się i praktycznie z marszu wróciłam do trenowania.

Nie ukrywam, iż pokus odpuszczenia było milion dwieście, ale jednak się zmotywowałam i utrzymałam ten stan przez dwa tygodnie.

Gdyby jednak nie progres tak łatwo by nie poszło.

Jak widać osiągane postępy robią swoje, a cel i dobrze ułożony do niego plan treningowy nakręca, aby realizować go nadal.

Oprócz powrotu do standardowych wykonywanych ćwiczeń wprowadziłam trochę zmian w trenowaniu.

Jeszcze przed wyjazdem przeniosłam trening brzucha na koniec całej sesji treningowej, co zdecydowanie wyszło mi na dobre.

A od dwóch tygodni wykonuję 15-20 minutową sesję cardio, czyli orbitrek, bieżnie i rower.

Ze względu na swoje „umiłowanie” do cardio w zamkniętych pomieszczeniach, zdecydowałam się na interwały i bieg z narastającym tempem.

Na dzień dzisiejszy czekam na efekty i pewnie niebawem je opiszę.

Dieta

Czas na dietę i suplementację.

A właściwie to samą dietę, ponieważ po powrocie z gór postanowiłam przerwać na jakiś czas, proces faszerowania się jakimikolwiek witaminkami.

W czasie wyprawy zastosowałam suplementację swojego autorstwa, która opierała się na dość dużej dawce żelaza i teraz chciałabym trochę się „przeczyścić” i w końcu zrobić badania krwi, aby sprawdzić poziom hemoglobiny, stąd taka decyzja.

Co do diety to nadmienię, iż w górach schudłam 6 kg.

W głównej mierze na te kilogramy składa się moja tkanka tłuszczona i niestety masa mięśniowa, która poszła niemal w zapomnienie.

Nie jestem zwolennikiem sprawdzania i kierowania się miernikiem wagi, ale przy obecnej wadze dobrze mi się biega i trenuje, więc chciałabym ją jakoś utrzymać, chociaż przy treningu siłowym nie będzie to takie łatwe.

Wróciłam także przez ostatnie tygodnie do swojej diety, której też bardzo mi brakowało w górach.

Nie ukrywam, iż jedzenie zgodnie z założonym planem żywieniowym sprawia mi najwięcej trudności i ciężko mi utrzymać taki rygor w odżywianiu.

Już dzisiaj mogę powiedzieć, że jestem pełna podziwu dla osób uprawiających sporty sylwetkowe i zdecydowanie łatwiej przychodzi mi bieganie nawet 26 km treningowo w upale, niż nie zjedzenie ulubionego batonika.

Tyle na dzisiaj.

Jak widać mam się świetnie, oprócz moich przemarzniętych palców u stóp i powoli wracam na swoje treningowe ścieżki.

W końcu niebawem kolejna wyprawa. 😉

 


Moje zdjęcia z trenningów

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.