Co dały mi moje solowe wyjazdy?

with Brak komentarzy

Co dały mi moje solowe wyjazdy

Co dały mi moje dotychczasowe solowe wyjazdy?
Czego można się dowiedzieć o sobie po 6 latach organizacji wyjazdów samotnych w góry?
Co się zmieniło w moim życiu po tych 9 latach spędzonych na wyjazdach hen, hen daleko poza domem?

Często powtarzam, że aby poznać prawdziwy wymiar gór lub zaznać smaku podróży, trzeba choć raz zorganizować taki wyjazd samemu i samemu na niego pojechać. Samemu wszystko ogarniać na miejscu.
Samemu spędzać noce w namiocie, na bezludziu z dala od zasięgu komórek. I w końcu samemu wracać do domu.

Brzmi dość tendencyjnie, ale coś w tym jest.

Wiem co mówię. Wiem co piszę. Bo wiem coś o tym.

Sama dotychczas jeździłam w góry nie tylko z polskimi agencjami, ale także w grupach damskich, męskich, mieszanych i we wszelakich konfiguracjach ilościowych.

Byłam też w górach w małym dwójkowym składzie i w końcu solo, gdzie korzystałam z agencji lokalnych na różnych warunkach. Od wersji „economy”, czyli dla ubogich, gdzie jedynie muł taszczył mój bagaż do base campu. Po te „all inclusive”, gdzie siedząc jak kura na grzędzie w kurniku, czekałam, jak gotowa micha z jedzeniem wjedzie do mojego namiotu, agencyjnego rzecz jasna.

No i w końcu te wyjazdy zupełnie solowe. Taszczenie, dźwiganie, gotowanie i … szukanie szlaku. Błądzenie po drodze, klęcie, schodzenie i znów, szukanie drogi, podchodzenie do góry, po drodze klęcie i tak w kółko. Dzisiaj mogę to napisać, to były piękne emocje. Będzie co ciociownukom opowiadać.

Jak zwykle się rozpisałam nie na temat, no może na temat, ale nie koniecznie w tym momencie.

Chociaż nie powiem warto by było poruszyć wątek wszelkiego rodzaju form wyjazdowych w góry z punktu widzenia mojego doświadczenia.

Już kiedyś na łamach bloga poczyniłam dość ciekawy wpis na temat tego co uważam o wyjazdach solowych w góry. I moim zdaniem ten post jest jak najbardziej wciąż aktualny. Znajdziecie go tutaj

Wyjazd w góry – samotnie czy w grupie?

Ale dzisiaj jednak będzie trochę inaczej.

Oczywiście będzie o górach, może tylko wzmiankowo, ale głównie będzie wspomnieniowo, czyli bardziej filozoficznie.

Oto kilka słów ode mnie o tym, co też takiego dały mi moje solowe wyjazdy?

Przebywanie w środowisku międzynarodowym

Nie da się ukryć, że wyjeżdżając zagranicę samemu chcąc czy nie chcąc będziemy zmuszeni mieć kontakt z obcokrajowcami.

Kupowanie w sklepie, poruszanie się komunikacją miejską, czy też załatwianie formalności wszelakich, to tylko jedne z licznych przykładów, kiedy będziemy musieli nawiązać kontakt werbalny z kimś, kto nie jest Polakiem.

Jeżdżąc w grupie łatwiej jest zepchnąć część zadań do realizacji podczas wyjazdu na inną osobę. Gdy się jedzie samemu, to ten wariant całkowicie odpada.

Wszystko i wszędzie musisz robić samemu. Nikt cię z niczego nie wyręczy.

To uczy otwartości. Samodyscypliny. Przełamania własnych wewnętrznych barier.

To nie jest łatwe. Ale jest trudne jedynie za pierwszym razem.

Z każdym kolejnym wyjazdem jest prościej. A czasem i nawet wesoło.

Osobiście, podczas swoim wyjazdów, śmieję się z własnych językowych pomyłek, czy też słów, których używam.

Czasem z radością sobie z kimś porozmawiam, a czasem, kiedy mi się nie chce po angielsku gadać, po prostu nie rozmawiam i tyle.

Gdy mam gorszy dzień, lub akurat wróciłam z gór i jestem mega zmęczona to zazwyczaj odpowiadam na pytania jednym zdaniem, odwracam się przysłowiową d…ą do ściany i grzebię sobie z telefonie.

Ale jednym z plusów takich międzynarodowych znajomości jest „mówienie w danym języku”.

Podkreślam „mówienie”, ponieważ w systemie naszej polskiej edukacji nie uczy się ludzi „mówić” w danym języku, a „umieć” dany język.

A różnica jest ogromna. I o ile w pierwszym przypadku wykorzystujemy swoje umiejętności w praktyce, to w drugim kompletnie nie potrafimy tego robić.

Gdyby spytać się kogokolwiek, co jest najtrudniejsze w nauce języka obcego?

To prawie na 100% usłyszymy odpowiedź, że samo mówienie. Komunikacja. Że się wstydzimy. Nie znamy słownictwa. Mamy wewnętrzną barierę do mówienia w języku obcym itp.

Dlaczego tak jest?

Bo w szkole i na kursach wszelakich nie uczymy się mówić w danym języku. Rozmawiać i komunikować. Za to uczymy się gramatyki. Skomplikowanych konstrukcji zdań. Wszystkich 12 czy 16 czasów. Stron biernych, jakiś trybów warunkowych i innych pierdoletów.

Oczywiście jak ktoś sobie filologię studiuje, to niech się uczy konstrukcji zdań czasów ciągłych zaprzeszłych w trybie warunkowym itp., które są wykorzystywane w jednym konkretnym przypadku. A właściwie to jedynie na potrzeby testów językowych.

Ale w przypadku uczenia języka na podstawowym poziomie, to moim zdaniem powinien być to program nakierowany głównie na mówienie. Komunikację. Dogadanie się. Wykorzystanie scenek sytuacyjnych. Naukę słownictwa.

Osobiście osiem lat uczyłam się języka niemieckiego. Pisania po niemiecku ze słuchu. Znałam gramatykę w jednym palcu, a wiemy jaka jest niemiecka gramatyka. Na lekcjach czytaliśmy Goethego w oryginale. I co z tego? Dzisiaj po niemiecku umiem powiedzieć jedynie kilka zdań, w tym „guten tag” i „auf wiedersehen”.

Za to hiszpańskiego nigdy się nie uczyłam regularnie w żadnej szkole. A potrafię wiele spraw na swoich wyjazdach właśnie w tym języku pozałatwiać.

Nie ukrywam, że ten język mi się podoba, dużo słucham hiszpańskiej muzyki i oglądam telenowel. W szczególności meksykańskich, bo za argentyńskimi językowo nie nadążam. Co powoduje, że znam po hiszpańsku wiele słów, używam ich, a czasem nawet nie wiem co tak dokładnie oznaczają. Łącze je z pewnymi kontekstami sytuacyjnymi i wykorzystuję w praktyce.

Celowo nie piszę nic o języku angielskim, bo moim zdaniem w dzisiejszych czasach to jest swego rodzaju „must have”. I tak naprawdę żaden dodatkowy atut, że człowiek rozumie w tym języku. Umie sobie kupić bilet, czy też pogadać o pogodzie. Dla mnie to jest po prostu normalne, że jak się jest poza Polską, to trzeba się po prostu na ten język przełączyć i w nim zacząć gadać.

I tutaj wracamy do tych wyjazdowych plusów solo.

W języku obcym na początku trzeba gadać. Po prostu tak jak się umie, a z czasem zaczną nam się otwierać pewne klapki ze słownictwem w mózgu i przypominać takie wyrazy w danym temacie, że głowa mała. Ja tak zazwyczaj mam po dwóch tygodniach gadania po angielsku. Najpierw niemrawo szukam danego słownictwa, a dopiero potem się rozkręcam i przypominam sobie słownictwo ze studiów na geologii czy też ekonomii.

Pierwsze momenty idą ciężko, nie powiem. Z czasem też zauważam konstrukcje gramatyczne i zaczynam mówić coraz bardziej poprawnie. Potem zaczynam myśleć danym językiem, aż w ostatniej fazie gadam w nim już sama do siebie.

Tak na zakończenie taka rada, dla osób co boją się mówić w danym języku. Nigdy nie przejmujcie się gramatyką i konstrukcją zdań, gdy zaczynacie mówić. Po prostu mówcie. Dużo mówcie.

I jeszcze anegdota z mojego wyjazdu do Meksyku spod szczytu wulkanu Pico de Orizaba, gdzie poznałam pewną parę z Kanady. W jednej naszej rozmowie, kiedy próbowałam się wypowiedzieć w danym temacie, zauważyłam w oczach mojego rozmówcy dziwną konsternację niezrozumienia. W jednej chwili przerwałam moje wywody w tej swojej angielszczyźnie i powiedziałam, że „Przepraszam za mój angielski, że czasem mówię niegramatycznie. Że nie potrafię znaleźć odpowiedniego słowa”. Na co mój rozmówca odpowiedział, że „On by chciał mówić po polsku tak dobrze, jak ja mówię po angielsku” i tyle w temacie.

moje solowe wyjazdy

Zmiana perspektywy myślenia

Nie da się ukryć, że przebywając, a to z buddystami, hindusami, muzułmanami, czy też katolikami z zupełnie innego zakątka świata, mam tu akurat na myśli Amerykę Południową, czy chcąc, czy nie chcąc nasz sposób postrzegania świata się zmieni.

I to bardzo.

Otwartość, chęć rozmowy, czy też tylko wymiana uprzejmości, wszystko to powoduje, że twój mózg otwiera się na oścież na to co nowe.

No może z początku się buntuje, ale z czasem rozpościerasz paszczę w wielkim WOW i chłoniesz wszystko to jak gąbka.

Otwartość powoduje że przestawiają ci się co niektóre klapki w mózgu, a ty nagle zmieniasz swój punkt widzenia. Tym samym wychodzisz poza utarty w twoim kraju schemat. Wszystko jakby się rozpływa, a inność jaką napotykasz kawałek po kawału zaczynasz rozumień.

Iskra poszła, ląd odpalony no i odwrotu nie ma. Mimo różnorodności, dość dużej odrębności kulturowej, czasem i nawet braku ogarnięcia miejsca w którym jesteś.

Nagle zmieniasz swoje myślenie o świecie, który dotychczas mieścił się tylko w granicach twojego kraju. Zwiększasz swój poziom tolerancji i stajesz się bardziej otwarty na nowe.

Ostatnim etapem tej poznawczej podróży jest przewartościowanie własnych dotychczas wrzuconych ci do głowy schematów. Jednocześnie widzisz wady mieszkańców swojego kraju i odkrywasz w sobie pokłady tego, za czym tak naprawdę tęsknisz myśląc o Polsce.

O to cała tajemnica.

Podsumowując będąc gdzieś w świecie samemu warto przyjrzeć się choćby na moment miejscowej ludności. Ich sposobie i trybie życia. Myślenia. Podejściu do pewnych spraw. Czasem i pewnej życiowej ulotności, biedy i nawet tego wszędobylskiego niedostatku.

Wtedy, kiedy wrócisz do domu z takim bagażem zapamiętanych różnic, spoglądasz na napotkanych wokół siebie ludzi i większość ich problemów, które są tak naprawdę nie warte żadnego zachodu.

Najlepsza szkoła „życia”

Każdy mój solowy wyjazd to pewnego rodzaju szkoła życia. Czasem i nawet przetrwania.

No może nie w takim dosłownym znaczeniu, ale niejednokrotnie podczas wyjazdu przechodziłam przyspieszony kurs odpowiedzialności i samodzielności. W szczególności w momencie podejmowania w kilka sekund jakiś tam decyzji. Gdy właśnie zeszłam z gór i nie mam, gdzie spać a akurat już w trzecim hostelu, który odwiedziłam nie ma wolnych miejsc noclegowych.

To także wzmocnienie pewności siebie, nie tylko podczas tej pierwszej podróży, ale także z każdym kolejnym wyjazdem. Że jestem wstanie zorganizować przejazd pod szczyt, gdzie nic tak na prawdę nie jeździ i to nie znając języka.

Zawsze w takich trudnych momentach zwątpienia, kiedy do głowy przychodzą mi natrętne myśli „To się nie da. Nie dam rady tego zrealizować”, stawiam siebie samą do pionu jednym tekstem, że „Nie da, to się w dupie parasola otworzyć”. I tak pcham ten cały wyprawowy wózek do przodu.

Owa „szkoła życia”, to także mega satysfakcja z realizacji celu wyprawy, w szczególności z sukcesem. A nawet jak się nie uda stanąć na szczycie, to przecież jestem o krok od realizacji kolejnego górskiego wyzwania.

Zawsze powtarzam, że wspinaczka górska to dość dziwny sport, a właściwie to kwintesencja sportu, gdzie nie ścigamy się z innymi, tylko tak naprawdę z samym sobą. Mało tego, gdy stajemy na jakimkolwiek szczycie nikt nam nie klaszcze, nie wiesza medali na szyi, nie gra hymnu. Jesteś tylko ty, duma z osiągniętego sukcesu i emocje które im towarzyszą.

Oglądając inne dyscypliny sportu zapominamy o tym, że każdy sportowiec, tak naprawdę nie pokonuje swojego rywala, ale siebie samego, żeby wykrzesać z siebie więcej niż to możliwe. I to jest właśnie magia sportu.

Pierwszy raz doświadczyłam takich mocnych emocji na szczycie Elbrus.

Jeszcze przed wyjazdem tak sobie rozmyślałam, że to będzie dla mnie to „coś”. Pojechać tam samemu i wejść bez żadnego wsparcia, spania w schronach i jeszcze stanąć na szczycie. Tak sobie marzyłam, że to będzie znaczyć, że się nadaję na te góry. Oczywiście przez cały wyjazd nie rozmyślałam na ten temat. Dopiero gdy stanęłam na tym najwyższym punkcie góry i rozejrzałam się dookoła na przepiękną panoramę Kaukazu, a był wtedy naprawdę przepiękny słoneczny dzień, złapałam się rękoma za głowę i powiedziałam sama do siebie „Ja pierd…ę Magda zrobiłaś to. Jesteś na szczycie Elbrus. Sama wszystko zorganizowałaś. Dotarłaś, aż tutaj. Sama wszystko taszczyłaś na tą górę i jeszcze stanęłaś na szczycie.” Następnie nastała chwila wzruszeni, a później pojawiły się kolejne myśli w głowie „A teraz to się kobieto ogarnij, bo jeszcze musisz stąd zejść”.

Samotne wyjazdy to także możliwość odkrycia w sobie pokładów odwagi wewnętrznej rzecz jasna. No bo umówmy się, czasem lekko nie jest.

A sam strach podczas tego rodzaju wyjazdów też jest bardzo ważny, aby nie zatracić w sobie samokontroli.

To także próba charakteru i zawziętości, kiedy musisz kolejny raz próbować, iść do góry i czasem mimo trudności, osiągnąć swój cel. Nie zawsze się udaje. Nie zawsze można, ale zawsze warto próbować.

solowe wyjazdy

Poczucie „jestem obywatelem świata”

Odkąd jeżdżę po świecie myślę już zdecydowanie globalnie.

Najczęściej zdarza mi się generalizować, że jak w Polsce jestem to tego nie jem, tego nie robię. A w Ameryce Południowej robię to, czy tamto.

Jak rezerwuję przeloty to już nie robi na mnie wrażenia, że mam cztery samoloty po drodze, będę trzy dni w podróży i przemieszczam się przez trzy kontynenty.

Często, gdy odpowiadam na pytania dotyczące moich lotów niejednokrotnie słyszę komentarze od znajomych, że tak mówię o swoich tych wszystkich przesiadkowych lotach, jakbym się przemieszczała tylko z Warszawy do Piaseczna.

I tak właśnie jest. Dla mnie nie ma znaczenia gdzie mam się akurat dostać. I tak się dostanę. Bez strachu i zbędnej paniki.

Szukam lotów, na zagranicznych stronach przejazdów kolejowych, czy też autobusowych, a na mapie google sprawdzam niezbędne lokalizacje włącznie ze sklepami i lokalnymi atrakcjami.

Doszłam już do takiego stanu umysłu, iż na dzień dzisiejszy nie ma dla mnie znaczenia gdzie będę mieszkać, abym tylko miała środki do życia i mieszkała w miarę w bezpiecznym i zgodnym z moimi poglądami i wartościami kraju.

Oczywiście najlepiej jakby to była Ameryka Południowa, bo kocham słuchać języka hiszpańskiego. Uwielbiam ich kuchnię i podejście do życia, chociaż momentami mnie troszeczkę irytują.

Na kulę ziemska spoglądam jak na globalną wioskę, gdzie da się żyć. Choćby nie wiem na jak daleko oddalonym punkcie mapy świata.

Z górskimi pozdrowieniami

.

podpis


Moje wyprawy zdjęcia

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from