Boliwia – Podsumowanie wyprawy

with Brak komentarzy

Boliwia - Podsumowanie wyprawy

Wiem post ten powinien pojawić się zaraz po moim powrocie, ale zbyt dużo „nowych” rzeczy działo się ostatnio w moim życiu i jakoś tak … zleciało.

No, ale lepiej późno niż wcale. Jak mówi stare przysłowie.

Czas na krótkie resume, a w nim podsumowanie tego co się tak naprawdę wydarzyło podczas mojego pobytu w Boliwii? Ile mnie kosztował cały wyjazd? I oczywiście, krótkie refleksje, trochę cennych informacji o Boliwii i takie tam przemyślenia.

Może komuś się przyda.

Oczywiście z wyprawy powstanie tradycyjnie Informator praktyczny. Planowana premiera w przyszłym roku. Będą też materiały dodatkowe, bo akurat z tego wyjazdu co nieco ich przywiozłam.
No dobra czas na konkrety.

Boliwia – góry, ale nie tylko

Nie ukrywam, że plan wyjazdu był mega ambitny. Niestety życie zweryfikowało swoje.

I chociaż nie stanęłam na żadnym z boliwijskich szczytów, to jednak dwa ataki szczytowe na wysokości 6000 m n.p.m. i 6500 m n.p.m. w ciągu 6 dni w dwóch różnych regionach były dla mnie nie lada wyzwaniem.

Bo to jak w ciągu sześciu dniu stanąć na wulkanie Kilimandżaro lub dwukrotnie wejść na wysokość wyższą od Elbrusa w niecały tydzień, z ponad dwudziestokilogramowym plecakiem i noclegiem w namiocie na szczycie.

A dodam tylko, że na jednym ze szczytów byłam zupełnie sama, samiuteńka, gdzie nie korzystałam z żadnych agencji i tragarzy. I mimo, iż mogłam doznać tych niezapomnianych chwil przebywania w górach w samotności, to jednak miało to niestety i swoje minusy.

Poza tym, to był mój pierwszy wyjazd w góry, kiedy trzykrotnie gubiłam drogę podczas całej wyprawy.

Pierwszy raz przy wejściu na szlak do obozu głównego. Idąc korytem rzecznym nieświadomie podążałam w zupełnie odmiennym kierunku. Zorientowałam się jednak po jakimś czasie, że to chyba nie tędy droga i po wdrapaniu się na ostre zbocze skarpy rzecznej wypatrzyłam w oddali jakiś ludzi. Od razu rzuciłam się w ślad za nimi.

Drugi raz zgubiłam drogę w drodze do campo alto na Sajamie. Idąc za kopczykami przecięłam dość spore zbocze piargów. Trochę tam latało kamieni, a ja z tym wielkim tobołem na plecach biegiem przeskakiwałam po dość luźnych piargach. Już dawno nie najadłam się tyle strachu jak właśnie wtedy. Niestety droga do wysokiego obozu prowadziła w zupełnie innym kierunku, o czym zdążyłam się przekonać, kiedy kopczyki przestały ukazywać się na mojej drodze, a ja ugrzęzłam gdzieś na olbrzymim polu kamieni, gdzie mogła mnie jedynie czekać droga w dół do BC. W drodze powrotnej nie minął mnie także odcinek pod latającymi kamieniami i znów była adrenalina.

Ale to nie koniec przygód, reszta w kalendarium wyprawowym.

16-17 czerwca – Przelot do Limy przez Frankfurt i Panamę. Dokładnie w nocy z 16 na 17 czerwca byłam już w Limie, gdzie po kilku godzinach miałam kolejny samolot do La Paz.

Po przybyciu do La Paz rozpoczęłam standardową procedurę. Taksówka, hostel, zakupy, w szczególności gazu, stołowanie i ogólnie relaks. Wieczorem przepakowanie i odpoczynek, bo z rana czekała mnie kolejna podróż, tym razem na południe Boliwii.

Boliwia – wulkan Sajama

18 czerwca

Podróż przez Pacamayama do miejscowości Sajama. Rano, gdzieś po 8:00, na piechotę przedostałam się na dworzec autobusowy w La Paz, skąd odjeżdżał mój autobus do Pacamayama.

Po godzinie drogi w Pacamayama przesiadłam się do małego busika, który zawiózł mnie do miejscowości Sajama.

Cała droga trwa około czterech godzin. Część trasy wiodła odcinkiem autostrady prowadzącej bezpośrednio do Chile, dopiero gdzieś po trzech godzinach skręca się w stronę Parku Narodowego Sajama, gdzie już utwardzoną szutrową drogą mija się punkt kontrolny strażników parku.

Po przybyciu na miejsce szybko załatwiłam sobie nocleg i udałam się na krótki rekonesans po okolicy.

19 czerwca

Tego dnia, zgodnie z planem, miałam wyruszyć do obozu głównego pod wulkanem Sajama.

Niestety ze względu na złe samopoczucie i ciężką noc postanawiam pozostać w wiosce Sajama dzień dłużej. To był znak, że mój organizm potrzebuje więcej czasu, aby się zaaklimatyzować i dostosować do tak nagłej zmiany strefy czasowej.

Tego dnia na spokojnie mogłam pospacerować po wiosce, zrobić drobne zakupy i porobić zdjęcia.

Miejscowość Sajama to niewielka osada, gdzie żyje kilkanaście rodzin. W samym centrum wioski znajduje się ogromny rynek otoczony jednopiętrową zabudową. Większość domów jest opuszczona. Z głównego rynku poprowadzona jest krótka droga do kolejnego ryneczku, położonego obok niewielkiego glinianego kościółka.

W wiosce znajduje się wiele hosteli i restauracji w większości nieczynnych. A jeżeli już coś jest czynne, to asortyment np. w sklepach jest bardzo ubogi. Głównie słodycze i trochę warzyw i owoców.

20 czerwca

Tego dnia rozpoczęło się moje podejście do bace campu. Już od samego początku gubiłam drogę, o czym pisałam już wcześnie. Sama droga podejścia do obozu głównego prowadzi przez pole piachu wśród krzewów, następnie zamienia się w ubitą ścieżkę podjazdową dla samochodów. Końcowy odcinek to już wyraźna wąska ścieżka, która prowadzi bezpośrednio pod stroną ścianę wulkanu Sajama.

Po czterech godzinach marszu w końcu doszłam do miejsca, gdzie mogłam rozbić namiot i przygotować coś do zjedzenia.

Główny obóz jest niewielki z dostępem do wody pitnej, gdzie przygotowane są kamienne platformy pod namiot.

Powyżej obozu na wzgórzu została umieszczona prowizoryczna toaleta, z dwoma oddzielnymi kabinami bez zadaszenia.

W momencie mojego przyjścia w bazie przebywały dwie dwu osobowe grupy wspinaczy, którzy następnego dnia schodzili już na dół, do wioski.

 

Boliwia - Podsumowanie wyprawy 3

Sajama – w drodze do campo alto

21 czerwca

Wyjście do campo alto. Tego dnia jako jedyna wychodzę do góry. Z początku przez ogromne piaszczyste pole, a następnie wspinając się na dość strome wulkaniczne zbocze.

Droga na tym odcinku nie jest trudna, ale wysokość i ciężki plecak dają nieźle w kość. Udało mi się wdrapać na jedno ze zboczy na wysokości powyżej 5000 m n.p.m., gdzie nagle zgubiłam szlak. W oddali jednak dostrzegłam jakiś kopczyk i dalej kierując się w jego stronę, trawersowałam piarżyste zbocze, do kolejnego momentu, kiedy zorientowałam się, że zgubiłam trop.

Po dwóch godzinach poszukiwań jakichkolwiek śladów szlaku, zorientowałam się, że chyba to nie tędy prowadzi droga, która robiła się coraz trudniejsza i bardziej strona. Co drugi krok obsuwałam się na luźnych kamieniach w dół, co irytowało mnie coraz bardziej. W takiej sytuacji wiedziałam, że albo będę musiała przenocować gdzieś tutaj, albo zejść do obozu głównego na dół z nadzieją, że akurat, ktoś będzie na dole i wskaże mi drogę.

Gdyby się okazało, że bace camp jest pusty, ostatecznie musiałabym zejść do wioski i tam zrobić wywiad środowiskowy na temat drogi do obozu wysokiego. Ale to dla mnie była ostateczna ostateczność.

Po zejściu okazało się, że do bace campu akurat przybył niewielki zespół: Amerykanin z przewodnikiem. Po krótkiej rozmowie udało mi się uzgodnić, że jutro z rana dołączam się do ich wyprawy. Niestety nie za darmo, za każdy dzień będę musiała zapłacić 50 dolarów. Tak naprawdę za nic, bo i tak, jak się okaże w praktyce, będę sama gotować, rozbijać namiot i dźwigać plecak na wysokość 5700 m n.p.m.

Ale skoro miał być to jeden dzień, to niech tam.

22 czerwca

Niestety ze względu na zły stan zdrowia i objawy choroby wysokościowej Amerykanina decyduję się zostać w obozie jeden dzień dłużej.

Szkoda, bo czas uciekał, a w raz z nim szanse na dobrą pogodę.

23 czerwca

W końcu wychodzimy do campo alto. We wcześniejszych uzgodnieniach wyjście miało mieć miejsce o 9 z rana.

Ostatecznie „Amerykanin” wstaje jako pierwszy nad ranem i zaraz wyrusza do góry. Nieświadoma sytuacji na prędce pakuję namiot i zbieram wszystkie graty. Tego poranka mocno przemroziłam obie dłonie, czego nigdy nie zapomnę, a dokładnie bólu jaki mi towarzyszył przy ich odtajaniu pod wpływem promieni słonecznych.

Amerykanin ciągnął do góry jak szalony, a ja zostawałam gdzieś daleko w tyle. Co oczywiście nie powinno dziwić, skoro taszczyłam 20 kg na plecach, a on zaledwie 5 kg. Ostatecznie przy kamiennym podejściu udaje mi się go dogonić, ale tylko na moment, bo zaraz przy ostrzejszym podejściu odstawił mnie na dobre kilkanaście metrów. I znów idę sama, na szczęście już w dobrym kierunku.

Podejście do campo alto nie jest trudne technicznie, jedynie jest mocno eksponowane i pokryte stromymi piargami. Znowu kilkukrotnie gubię ścieżkę, wkopując się w luźne pole kamieni. Niefortunnie dwukrotnie zdarza mi się zsunąć w dół na piargach, co z perspektywy tamtych chwil wygląda nawet groźnie. Jednym słowem podejście jest mocno stresujące i wymagające uwagi, ale jest do przejścia.

Oczywiście jako ostatnia dochodzę do obozu na wysokości 5700 m n.p.m. Zmęczona i z lekkimi objawami odczuwalnej wysokości, zabieram się za rozkładanie namiotu, topienie śniegu i przygotowywania czegoś do jedzenia.

Poza tym umawiam się z przewodnikiem Amerykanina, iż do szczytu wychodzimy jutro o 24:00 w nocy.

Sajama – wyjście do szczytu

24 czerwca

Dzień wyjścia do szczytu. Całą noc nie spałam i co chwilę spoglądałam na zegarek, żeby nie zaspać. Na zewnątrz mocno wiało, o czym przypominał mi szeleszczący namiot. Przez moment zastawiałam się, czy w ogóle zespół amerykańsko-boliwijski zdecyduje się wyjść do góry.

Ostatecznie dostaję informację, że tak, a zatem zaczęłam przygotowywać się do wyjście. Picie, jedzenie i ubieranie. Niespełna pół godziny później byłam już gotowa. Niestety zespół z którym miałam iść do góry jeszcze nie. Postanawiam sprawdzić panujące na zewnątrz warunki atmosferyczne na własnej skórze.

Wyszłam z namiotu i przeszłam się kawałek do góry. Wiatr mocno zawiewał mi w twarz, utrudniając oddychanie. Do tego wszystkiego hamował skutecznie przy podejściu. Jak dla mnie to nie była pogoda na wejście. Uciekłam z powrotem do namiotu, w oczekiwaniu na wyjście do szczytu mojego zespołu szczytowego. Z minutę na minutę zaczynam wątpić, czy w ogóle jest sens wychodzenia do góry.

Po godzinie rezygnuję. Po dwóch godzinach, od umówionej godziny wyjścia, Amerykanin z przewodnikiem, decydują się w końcu wyjść do góry. Beze mnie. Zostałam w namiocie.

Jak się później okazało, niestety miałam rację. Amerykanin po 200 m zawraca z powrotem do obozu. Ponoć źle się czuje, a warunki pogodowe nie pozwalają wyjść w górę, co tylko potwierdza słuszność podjętej przeze mnie decyzji o wycofaniu.

Jeszcze w namiocie postanawiam przeczekać do rana z nadzieję, iż a nóż się przejaśni i będzie możliwość wyjścia go góry. Zaczęłam też się zastanawiam, czy aby nie zostać dzień dłużej na tej wysokości.

Niestety po chłodnej kalkulacji, że nie mam już nic do jedzenia decyduje się zejść na dół. Umówiłam też się z rodzicami, iż odezwę się do nich za cztery dni, a i tak już zostałam w górach o jeden dzień dłużej, więc nie chciałam ich denerwować i trzymać w niepewności.

Postanowiłam zakończyć swoją działalność wysokogórską w regionie Sajama.

25 – 28 czerwca

Niecałe cztery dni przebywałam w wiosce Sajama. W międzyczasie udało mi się zobaczyć gejzery, przejść część Nevado Condoriri, odwiedzić wody termalne i prawie zażyć kąpieli w lagunie. 28 czerwca wróciłam do La Paz.

Boliwia – Huayna Potosi

28 czerwca

Tego dnia załatwiłam formalności wyjazdu w zupełnie odmienny region górski, jakim jest Kordyliera Wielka. Ze względu na alpejski charakter pasma górskiego, a tym samym zdecydowanie trudniejsze warunki lodowo-śnieżne, decydowałam się na wyjazd z przewodnikiem.

Rzadko mi się taki wariant górski zdarza, ale może i jestem szalona, dla poniektórych, to jednak nie bezgranicznie. Góry są piękne, kocham je odwiedzać, doświadczać tego wszystkiego co ich dotyczy, także w samotności, ale nie mam zamiaru bezsensu narażać swojego życia i aż tak ryzykować. Dla mnie są pewne granice w górach, których nigdy nie przekroczę.

Poza tym tego dnia odbywam wycieczkę po La Paz i robię drobne zakupy. Odwiedzam stadion piłkarski i uzupełniam brakujące kalorie.

29 – 30 czerwca

Dwa dni spędzam w masywie Kordyliery Wielkiej, i próbuję swoich sił na kolejnym sześciotysięczniku Huayna Potosi. Niestety i tym razem nie udaje mi się stanąć na szczycie. Niespełna niecałe 200 metrów dzieliło mnie od pełni szczęścia, które było na wyciągnięcie ręki.

Ale cóż, brak regeneracji i odpowiedniego restu całkowicie wykluczyło mnie z możliwości wejścia na wierzchołek. Jeszcze nigdy nie czułam się tak zmęczona jak właśnie tego dnia ataku szczytowego. Ledwo trzymałam się na nogach, zataczając na boki. Oczy zamykały mi się na stojąco. 15 minut zastanawiałam się czy schodzić. I mimo, że bardzo chciałam, to jednak ciało odmawiało posłuszeństwa.

Decyzja mogła być tylko jedna. Z bólem serca zawróciłam spod szczytu.

Boliwia – Jezioro Titicaca

2 lipca

To było moje marzenie, więc nie mogło podczas mojego pobytu w Boliwii zabraknąć wyjazdu nad jezioro Titicaca. Ze względu na niskie koszty wykupiłam w lokalnym biurze wycieczkę i pojechałam.

Mimo wielu różnych relacji z pobytu nad tym jeziorem, iż jest tam syf i malaria, byłam bardzo mile zaskoczona. Jak dla mnie jezioro czyste, robi niesamowite wrażenie, wyspy dzikie i przepiękne, a na Copacabamie można poczuć się jak w kurorcie nadmorskim. Żałuję, że nie mogłam zostać tam dłużej.

5 -6 lipca

Wylatuję do Limy. Cały 6 listopada spędzam w stolicy Peru, która w porównaniu do La Paz, reprezentuje zupełnie wielkomiejski styl. Liczne parki, kamienice, pałace, to tylko nieliczne atrakcje tego miasta. Poza tym to mój pierwszy kontakt z Peru i zapewne nie ostatni.

7 – 8 lipca

Czas do domu. Pierwszy raz podczas swoich podróży moja droga powrotna wyglądała nieco inaczej. Tym razem leciałam z Limy do Toronto i z Toronto już bezpośrednio do Warszawy.

 

Boliwia - Podsumowanie wyprawy 2

Boliwia – koszt pobytu

Nie ma co ukrywać największym kosztem pobytu w Boliwii jest sam przelot. Myślę, że nie wybierając się w góry, a jedynie podróżując po samym kraju, stanowił on 70% całego kosztu wyprawy.
Ceny w Boliwii są o połowę niższe od tych w Polsce. To samo dotyczy transportu i noclegów.

Czasem bywało to dość irytujące, iż muszę za przejazd busem zapłacić 1 boliwiara, czyli 50 groszy.

Co do cen agencji, to Sajama wychodzi znacznie drożej niż pobyt w Kordylierze. Jedne dzień pobytu na Sajamie z przewodnikiem to koszt 100 dolarów. Oczywiście w cenie jest opieka, rozbicie namiotu i przygotowanie jedzenia.

Dodatkowe koszty dotyczą tragarza, który dostaje 200 boliwiarów za jeden odcinek trasy np. z obozu głównego do campo alto. W przypadku zejścia z bace campu do wioski płacimy podwójnie, bo przecież tragarz pokonał ten sam odcinek do campo alto, chociaż bez bagażu.

W przypadku Kordyliery Głównej jest o połowę taniej. A w cenę wliczone jest również wypasione jedzenie, opieka przewodnika i koszt noclegu.

Moje refleksje

Ja Boliwią się zauroczyłam. To miał być krótki romans, a już bym wróciła tam ponownie.

Mimo tego, że obawiałam przed wyjazdem i byłam praktycznie przez wszystkich ostrzegana, iż w Boliwii jest niebezpiecznie, to jednak nie miałam w podczas swojego pobytu w tym kraju żadnych dziwnych i podejrzanych sytuacji.

Często dostaję pytanie o boliwijskie góry, które są obłędne. Południe stepowe, północ strzelista, a wszystko niemal na wyciagnięcie ręki. Moim zdaniem warto odwiedzić każdy z tych regionów, choćby turystycznie. Jezioro Titicaca przepiękne i żałuję, że nie zostałam tam choć jeden dzień dłużej.

Ludzie sympatyczni, szczególnie w wiosce i jak dla mnie czuć południowo amerykański klimat. La Paz także, chociaż jest zawalone autami i śmierdzi spalinami, to jednak ma swój klimat i zdecydowanie różni się choćby od wielkomiejskiej Limy.

Myślę, że Boliwię warto jest zobaczyć, póki jeszcze nie jest przepełniona turystami i zachowała swój unikatowy charakter.

I już na zakończenie. Nie chciałam tego pisać, no ale nie żyję w zamknięciu i na pustyni. Oprócz gór, biegania i treningów na siłowni, wiodę normalne życie i niektóre problemy mnie nie omijają, jak zapewne każdego z nas.

Moja wyprawa do Boliwii zbiegła się z trudnymi wydarzeniami w moim życiu. Stresem związanym ze zmianą pracy i poważną chorobą koleżanki.

Miałam zatem o czym myśleć podczas wyjazdu i nie był, to za pewne kolejny kierunek do odwiedzenia. I chociaż życie potrafi pisać różne scenariusze, to dzisiaj już wiem, że chciałabym robić to co kocham tak długo, jak będzie to tylko możliwe.

•••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••

A w kwestii dodatkowych pytań i wątpliwości dotyczących wyjazdu
do Boliwii chętnie pomogę?
Zapraszam do dyskusji w komentarzach.

 

podpis


Boliwia 2018

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.