Boliwia 2019 – Podsumowanie wyjazdu Cz. II

with Brak komentarzy

Boliwia - Peru Posumowanie wyjazdu cz. II

Obiecałam to i publikuję druga część moich powyprawowych wspomnień, które tym razem przybiorą bardziej praktyczny wymiar i formę.

Mam taką nadzieję.

A, że osobiście przygotowując się do swoich wyjazdów, najczęściej poszukuję informacji praktycznych w internecie, to tym razem postaram się wam tylko takie przedstawić.

No dobra. Na koniec posta umieszczam kilka własnych przemyśleń i takich tam refleksji o Ameryce Południowej.

Postaram się przemycić kilka cennych uwag i porad.  Jak przetrwać na tym kontynencie samemu i czy jest się tak na prawdę bać, wybierając się z wizytą do Latynosów.

Szczyt Illimani – co warto wiedzieć

Zastanawiałam się co wam opisać z takich najcenniejszych i zarazem najważniejszych informacji praktycznych, jakie warto by było ogarnąć wybierając się na szczyt Illimani.

I doszłam do wniosku, iż brak jest jakichkolwiek informacji o tym szczycie w internecie w języku polskim. Dlatego też postaram się wam opisać wszystko co wiem na temat tego szczytu krok po kroku.

A zatem jak to u mnie wyglądało, z tym ogarnianiem wszystkich formalności?

Po pierwsze od samego początku wiedziałam, że sama na ten szczyt się nie wybiorę.

W góry założyłam, że będę musiała skorzystać z usług lokalnej agencji lub przewodnika.

Powód?

Szczyt Illimani położony jest w boliwijskich Andach w Cordillerze Real, czyli paśmie górskim o alpejskim charakterze. A zatem nie było nawet mowy, abym mogła po takim lodowcowym terenie poruszać się sama.

Wulkany to jednak inna bajka. Tam teren pozwala na solo eksperymenty. Natomiast przy takich szczytach jak właśnie Illimani nie ma takiej opcji. Trzeba przecież mieć jakieś granice górskiego rozsądku.

Po drugie, będąc już w zeszłym roku w Boliwii miałam wstępne rozeznanie w tym, jak to się wszystko ogarnia w tej części świata. Gdzie są zlokalizowane agencje lokalne w La Paz. Ile ich jest i jakie jest potencjalne ryzyko rezerwacji tego tupu wyjazdu w góry.

Dlatego też zdecydowałam się pojechać tym razem w góry Boliwii kompletnie w ciemno.

I mimo, że udało mi się jakoś wszystko podopinać zgodnie z planem, to więcej już tak do Boliwii nie pojadę. Zdecydowanie lepiej sprawy agencyjne dograć jeszcze przed wyjazdem.

Ponieważ o ile w przypadku kilku osób chętnych na wejście na szczyt Illimani nie powinno być z tym problemu. To w przypadku jednej osoby, czyli w sytuacji takiej w jakiej ja się znajdowałam, był to nie lada problem zebrać grupę.

Samo wejścia na szczyt Illimani organizowane są w ciągu dwóch lub trzydniowych „trekkingów”.

Jak zwał, tak zwał. Dla mnie takie wyjście do góry z „trekkingiem” nie ma nic wspólnego. Ale mniejsza z tym.

Osobą, bez aklimatyzacji polecam wariant trzydniowy. Teoretycznie daje nam on szansę na „złapanie” aklimatyzacji, ale z tym też różnie bywa.

W takim przypadku zdecydowanie odradzam wariant dwudniowy. I nie chodzi o to, że jest on niewykonalny, a i owszem można próbować, nawet z sukcesem.

Warto jednak, przy tak krótkim czasie wejścia nie tylko do base campu, ale także do wysokiego obozu oraz samego szczytu, mieć już jakąś aklimatyzację np. do wysokości 5300 m n.p.m., a nawet i więcej.

Moim zdaniem przed wyjazdem na szczyt Illimani, powinno się jakiś pięciotysięczny szczyt zrobić w górach i „pomieszkać” trochę na znacznych wysokościach. Przebywanie przez kilka dni w samym La Paz to jednak za mało, mimo, że miasto położone jest naprawdę wysoko, bo na wysokości 3600 m n.p.m.

Fajnym i ciekawym rozwiązaniem może być trzy lub dwudniowy wyjazd w region Condoriri z możliwością wejścia na jakiś pięciotysięcznik. A następnie po dwóch dniach przerwy i restu w La Paz, wyruszenie w stronę szczytu Illimani.

Mnie trzydniowy wyjazd, który okazał się wyjazdem dwudniowym, kosztował 1350 BOB.

Jeśli chodzi o szczegóły dotyczące wyjazdu na szczyt Illimani polecam zapoznać się z informacjami na tej stronie.

Osobiście właśnie z summitpost.org korzystam najczęściej, jak nie zawsze, podczas organizacji swoich wyjazdów.

Niestety większość polskich stron lub blogów górskich w swoich opisach w ogóle nie zawiera informacji praktycznych na temat danego szczytu. A jeśli one już występują to dotyczą zaledwie niewielkiej garstki szczytów, głównie tych najbardziej popularnych i należących do 7S, czyli Korony Ziemi.

Jeśli miałabym coś jeszcze dodać od siebie na temat szczytu Illimani, to przejście do wysokiego obozu na wysokość 5450 m n.p.m. nie jest trudne technicznie.

Pierwsza część drogi poprowadzona z wioski Estancia Una – 3700 m n.p.m. do base campu Puente Roto na wysokości 4400 m n.p.m. wiedzie przez rozległe trawiaste równiny poprzecinane wąskimi strumykami, w otoczeniu przepięknego górskiego krajobrazu.

Szczyty o wysokości pięciu lub sześciu tysięcy metrów, jakby znienacka wyrastają przed naszymi oczami, stanowią przepiękny i surowy kontrast dla żółto-zielonego krajobrazu.

Aż ciężko oczy oderwać.

Powyżej base campu szlak staje się bardziej kamienisty i poprowadzony trawersami przez wszelkiego rodzaju formy lodowcowe, od rozrzuconych głazów po moreny czołowe. Dopiero gdzieś w okolicach 200 m pod wysokim obozem robi się jakby bardziej sypko i mocno skaliście. Gdzie ekspozycja jest już znacznie większa. Czasem zdarzają się fragmenty szlaku o mokrej skale, więc na takich odcinkach należy szczególnie uważać.

Powyżej wysokiego obozu, droga na szczyt prowadzi już przez sam lodowiec, gdzie należy korzystać z pełnego szpeju lodowcowego.

Zarówno w base campie jak i w wysokim obozie nie ma stałej infrastruktury. Poza tym w wysokim obozie nie ma dostępu do bieżącej wody i pozostaje nam topienie śniegu, którego jest pod dostatkiem.

Co do wioski Estancia Una, to składa się ona z kilku domów i szkoły. Osoby chcące jeszcze przed wyruszeniem wysoko w góry uzupełnić swój zapas prowiantu, ostrzegam, iż może być to raczej nie możliwe w samej wiosce. Szczerze nie wiem, czy jest tam jakiś sklep. Warto zakupy jednak zrobić jeszcze w La Paz.

Do wioski dojeżdża z centrum La Paz busik, który może wyrusz z dość sporym opóźnieniem i niestety kilkukrotnie zatrzymuje się po drodze. Warunki przejazdu są dość spartańskie, czyli jedzie się w niezłym ścisku. Oczywiście da się przeżyć, ale podróż trwa dość długo, nawet 5 godzin.

I tak na zakończenie. Podczas wejścia na szczyt Illimani, widać w oddali wulkan Sajama. Piękny i niesamowity widok. Ma się wrażenie, jakby ten szczyt był na wyciągnięcie ręki, a jednak spory kawał Boliwii trzeba przebyć, żeby tam się dostać.

Boliwia - Peru Posumowanie wyjazdu cz. II 2

Szczyt Huayna Potosi – co warto wiedzieć

Szczyt Huayna Potosi jest dość popularnym kierunkiem turystycznym. Większość miejscowych twierdzi, że jest na tyle łatwym szczytem, iż jest tak wstanie wejść nawet kółko gospodyń wiejskich.

Jest to tak jakby górski symbol Boliwii. Na którego nie wejść to jak nie wejść w Polsce na Giewont będąc w Zakopanem. Tak mogę ten szczyt porównać.

Popularność szczytu Huayna Potosi powoduje, że bez problemu można dołączyć do jakiejś grupy wybierającej się na ten szczyt. Poza tym nie ma lokalnego biura, które by nie organizowało wejście na szczyt Huayna Potosi.

Ale na szczyt można tez wybrać się samemu, bez wsparcia przewodnika.

Szczegóły wejścia na ten szczyt znajdziecie tutaj.

Jak już wspomniałam wcześniej, ze względu na popularność szczyt ten posiada doskonałą infrastrukturę. W base campie można nocować w solidnych murowanych barakach z łóżkami piętrowymi, a w wyższym obozie na 5200 m n.p.m., w schronisku, można korzystać także z łóżek piętrowych . A zatem taszczenie namiotu w górę zupełnie nam odpada.

Do base campu bez problemu można się dostać samochodem. Prowadzi tam normalna asfaltowa droga. Niestety brak jest możliwości podjazdu lokalnym transportem. Powyżej BC, idziemy już na własnych nogach. Ale droga podejścia na 5200 m n.p.m. też nie jest szczególnie wymagająca.

Z początku podążamy kamienistym i wyraźnym szlakiem, który z czasem zamienia się w stromy morenowy śnieżny stok. I tutaj warto założyć już raki. Po drodze dokonujemy opłaty za przebywanie na terenie parku narodowego, jakieś 50 BOB. Koszt ten ponosimy dodatkowo i nie jest uwzględniony w całym koszcie agencji z której korzystamy.

Droga na sam szczyt prowadzi w 95% przez lodowiec, który nie jest mocno uszczelniony. Ale przy złych warunkach pogodowych i świeżym opadzie śniegu może stać się wyjątkowo niebezpieczny.

Osobiście polecam korzystać z asekuracji lotnej i sprzętu lodowcowego, czyli raków i czekana. Grupy zorganizowane zabierają ze sobą kaski, ale ja uważam, że nie są aż tak bardzo potrzebne.

Co do stroju, bo o tym nie wspomniałam, przy szczycie Illimani. Oczywiście ubieramy się ciepło. Zabieramy puchy i dobre buty wysokościowe. Polecam też ogrzewacze chemiczne, to mój nowy patent na zamarzające dłonie. Warto też zabrać ze sobą dobry śpiwór (np. puchowy) i kijki trekkingowe. Osobiście wygodniej mi się szło z jednym kijkiem niż z samym czekanem.

Wejście na szczyt Huayna Potosi zazwyczaj organizowany jest w dwa dni. Jest to wersja dla osób posiadających wcześniejszą aklimatyzację. W przypadku osób nie zaaklimatyzowanych przygotowana jest wersja trzydniowa wyjazdu. W takim wariancie dzień dłużej przebywa się w base campie.

Osobiście polecam rozważyć, w ramach aklimatyzacji, wariant trekkingu w regionie Condoriri. Uważam, ze to ciekawsza opcja od siedzenia w murowanych barakach w base campie pod Huayna Potosi.

Mnie dwudniowy wyjazd z agencją w grupie w 2018 roku kosztował 900 BOB.

W tym roku zdecydowałam się na indywidualnego przewodnika, który kosztował mnie 250 USD. Pierwszy raz wspinałam się w takim dwójkowym składzie i jak na razie taki układ mi odpowiada. Może w przyszłości zdecyduje się na taki skład wspinaczkowy jeszcze raz.

Już na koniec wspomnę tylko, iż mimo, że szczyt Huayna Potosi nie jest jakiś tam trudny technicznie, to jednak wysokość podczas podejścia na sam wierzchołek, ponad 6000 m n.p.m., daje się bardzo odczuć. I o tym należy pamiętać.

Tyle o górach czas na coś bardziej przyziemnego.

Machu Picchu – kilka porad

O ile informacji praktycznych po polsku na temat boliwijskich szczytów jest w internecie jak na lekarstwo. To w przypadku Machu Picchu jest ich zatrzęsienie.

Nie rozpisując się za wiele, no bo po co skoro już to ktoś kiedyś opisał, osoby zainteresowane wizyta w Machu Picchu polecam lekturę z poniższych stron:

TropiMy Przygody

101countriesbefore 50

W którą stronę?

Jego okiem

Na tym może poprzestanę to wymienianie, bo jest tego w sieci naprawdę tyle, że nie powinno być jakiegoś większego problemu z ogarnięciem wycieczki na Machu Picchu. Samemu, solo, czy też przy korzystaniu z agencji lokalnej.

Jeżeli chodzi o mnie, to ja ze względu na krótki pobyt w Peru, zdecydowałam się na jednodniowy wyjazd do Machu Picchu. Poza tym wyjeżdżając w celach górskich i owszem lubię coś więcej zobaczyć. Wyjść z górskiego buszu i poszerzyć swoje horyzonty myślowe, a nawet czasem i poplażować. Tak do dwóch dni, bo zaraz mnie niesie.

Ale nie na tyle, żeby do wszystko samemu ogarniać. Dlatego też najczęściej tego typu atrakcje wyjazdowe organizuje sobie za pośrednictwem biur lokalnych.

Tym razem było podobnie. Cały swój wyjazd zakupiłam w biurze turystycznym w centrum Cusco obok Plaza de Armas.

Wyjazd był jednodniowy, czyli obejmował przejazd busem i pociągiem. Zresztą całość opisywałam wam już w poprzednim poście:

Boliwia 2019 – Podsumowanie wyjazdu Cz. I

Koszt wyjazdu wyniósł 250 USD, z czego część stanowił bilet wstępu do Machu Picchu (152 USD) oraz przejazd pociągiem.

Co do samego zwiedzania. Po pierwsze dzikie tłumy, po drugie dzikie tłumy i po trzecie jeszcze więcej dzikich tłumów.

Bardzo długo czeka się w ogromnej kolejce, aby w końcu dostać się do autobusu dojeżdżającego do bramek pod Machu Picchu. Podobnie jest w sytuacji drogi powrotnej. Też czeka nas stanie w długiej kolejce. Dlatego polecam poważnie rozważyć zejścia na piechotę.

Samo zwiedzanie nie jest może kłopotliwe, ale w miejscach tzw. widokowych ludzi pstrykających tysiące zdjęć zatrzęsienie.

Kolejnym minusem jest dojazd dość skomplikowany i długi. W przypadku wycieczki jednodniowej wyjeżdża się spod hostelu o 3 rano, a wraca przed północą. Masakra jeśli w planach kolejnego dnia mamy jakąś następną wycieczkę.

Co do kolei, to mimo wysokich kosztów przejazdu, nawet w porównaniu do tych polskich standardów PKP, to francuskie TGV to to nie jest. Nie powiem w środku jest czysto i przyjemnie. W cenie jest nawet poczęstunek, ale pociąg jedzie z prędkością polskich kolei mazowieckich, tak więc jak widać polskie pendolino, to niemal jak japońska szybka kolej, przy tej peruwiańskiej.

Jedyną rekompensatą tak wolnego przejazdu są widoki no i tyle.

Pewnie już kilkukrotnie to pisałam, ale mimo tego wszystkiego cieszę się, że tam byłam i Machu Picchu widziałam. Przy wyjątkowo słonecznej pogodzie jest tak samo piękne, jak to z widokówek.

Osobiście polecam zobaczyć, być tam choć raz w życiu.

Rainbow Mountain – czy warto zobaczyć

Z wizyta w Tęczowych Górach, a właściwie z pomysłem na ich odwiedziny, było u mnie dość spontanicznie.

Krótko przed wyjazdem natrafiłam w necie na zdjęcie gór w pięknych tęczowych kolorach i się napaliłam. Bo zrobiły na mnie wrażenie nie tylko estetyczne jako osoby jeżdżącej w góry, ale przede wszystkim jako geologa.

Jednym słowem przepadłam i postanowiłam je odwiedzić, na co przewidziałam 1 dzień swojego pobytu w Peru.

Wyjazdy w Rainbow Mountain organizowane są w jeden dzień, podczas którego większość czasu spędzamy w drodze przemieszczając się małymi busami.

Resztę czasu naszego zwiedzania zajmuje trekking w górach, czyli wejście na szczyt powyżej 5200 m n.p.m. i niewielki trawers w stronę Red Mountain.

I tyle.

Koszt takiego wyjazdu w moim przypadku wyniósł 70 sol.

Poza tym kierunek ten jest na tyle popularny, że nie powinno być problemu z wykupem wyjazdu w niemal każdym biurze lokalnym w centrum miasta Cusco.

oliwia - Peru Posumowanie wyjazdu cz. II 3

Moje luźne refleksje

Ponieważ mój ostatni wyjazd do Boliwii był moim szóstym wyjazdem do Ameryki Południowej postanowiłam co nieco napisać o moich przemyśleniach z wizyty na tym kontynencie.

Ale na początek zaznaczę, iż nie uważałam i nigdy nie uważałam siebie za żadnego podróżnika. Z resztą moje wyjazdy nie maja takiego charakteru. Głównie opierają się na wizycie w górach. A że od czasu do czasu coś tam więcej w międzyczasie zobaczę, to czemu nie.

Poza tym, swoje doświadczenie z Ameryka Południową opieram na wizycie w czterech krajach, czyli w Argentynie, podczas trzech wyjazdów, Chile, podczas jednego wyjazdu, Boliwii, podczas dwóch wyjazdów i Peru, także będąc tam dwukrotnie.

Większość swoich wyjazdów odbyłam solo lub przy udziale lokalnych agencji i przewodników. Co z pewnością umożliwiło mi na większą interakcje z ludnością lokalną, w porównaniu z wyjazdami z grupie innych Polaków. O wycieczkach zorganizowanych już z Polski to nie wspomnę.

I osobiście mogę potwierdzić, że w porównaniu z wyjazdami w grupie, wyjazdy solo dały mi ogromne doświadczenie w organizacji tego typów wypraw, w szczególności tych w górach, ale nie tylko.

Ale o tym będzie w kolejnym poście.

Tymczasem oto kilka rzeczy, które mnie irytują i które kocham w krajach Ameryki Południowej. No bo tych krajów nie da się nie lubić.

Jak dla mnie najbardziej irytujący jest tzw. „slow life”, czyli robienie wszystkiego tak wolno, że k…a może człowieka złapać.

Nie wiem, czy ja jako mieszkanka Warszawy mam z tym taki problem, ale Latynosi poruszają się tak wolno, że ślimak przy nich to jest sprinter.

Inną irytującą rzeczą jest ogólne podejście do wszystkiego, czyli tzw. „mañana”.

Tam zawsze i wszędzie wszystko się zrobi, ale jutro. Poza tym na wiele usług trzeba niestety dość sporo poczekać. I kiedy w Polsce na takie zachowanie, nie jeden dostawałby spazmów i już dawno zrobił awanturę. Tak tam wszyscy grzecznie siedzą i czekają.

To jest świetna szkoła cierpliwości.

I ostatnia, trzecia rzecz, która może też mocno irytować, jak się nie zna języka hiszpańskiego i jest nią brak znajomości języka angielskiego wśród Latynosów.

Niestety wybierając się na ten kontynent, w szczególności samemu, warto znać ten język choćby na najniższym poziomie. Aby się jako tako dogadać i załatwić cokolwiek.

Oczywiście jest możliwość porozumienia się choćby na migi, ale po co tak się męczyć.

Hiszpański jest językiem prostym, bardzo intuicyjnym, łatwym w wymowie i bez problemu można nabyć umiejętność mówienia w tym języku wykorzystując podstawowe zwroty.

Ja osobiście wybierając się pierwszy raz do Argentyny nic nie umiałam mówić i nic nie rozumiałam w tym języku. No ale z czasem i kolejną wizytą, tak mi się spodobał, że postanowiłam się go uczyć samodzielnie.

Oczywiście moja dzisiejsza znajomość może i jest na poziomie „ Kali jeść. Kali spać”, ale dogadać się jakoś dogadam. Żałuję jedynie, że przez całe życie uczyłam się a to rosyjskiego, a to niemieckiego, czy też francuskiego. A właśnie hiszpański przydaje mi się po języku angielskim w życiu najbardziej.

Co do rzeczy, które kocham w Ameryce Południowej, to przede wszystkim jest to luz, radosne podejście do życia i entuzjazm do innych ludzi. Otwartość i życie tu i teraz, mimo biedy i słabszej koniunktury gospodarczej.

Nigdy na ulicy nie spotkałam pijanego na umór Latynosa. Mimo tego, że umieją pić, z naciskiem na „umieją”, a i piją dużo. Zabawa u nich wygląda jak zabawa. Piłka nożna to świętość, a u nas szkoda gadać.

Nie są też agresywni, choć bardzo gadatliwi. No dobrze gęba im się nie zamyka. I czasem żałuję, że mój hiszpański jeszcze nie jest taki dobry poziomie, aby o pewnych sprawach z nimi podyskutować.

Co do obaw przed wyjazdem, to w moim przypadku są one takie same, jak w przypadku wyjazdów w inne kierunki świata.

Osobiście uważam, że wyjeżdżając do Ameryki Południowej nie ma się czego bać. A jedynie zachować ostrożność.

Oczywiście są pewne miejsca oraz sytuacje, których należy unikać. A kieszonkowcy, czy też inni złodzieje są wszędzie, tylko my nie wszędzie jesteśmy turystami.

Ameryka Południowa jest krajem o bliskiej dla nas kulturze i przede wszystkim religii.

Czasem mam wrażenie, że to taka Polska z czasów PRL z rodzinnym i otwartym klimatem.

I to chyba tyle w tym temacie.

Z górskimi pozdrowieniami

podpis


Boliwa - Peru Promocja

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from