Bieganie po Warszawie vol. 1

with Brak komentarzy

Bieganie po WarszawieA jednak nie do końca na samym lenistwie minął mi ostatni weekend.

Zgodnie z planem treningowym na sobotę zaplanowałam głównie długie wybieganie.

Dystans był średnio wygórowany w granicach 15 do 20 km. Ostatecznie udało mi się zakończyć rozbieganie na spokojnym ponad dwudziestym kilometrze.

Tak więc, aż tak źle ze mną nie jest. To tyle jeśli chodzi o kilometraż.

Co do czasu biegu.

Cały trening zajął mi 2 godziny i 18 minut, a więc Henryk Szost ze mnie marny, ale na własne usprawiedliwienie dodam, że z założenia miało być przede wszystkim długo i na luzie.

Za to trasa dała mi nieźle w tyłek i to nie ze względu na stałe trudności, które na niej zazwyczaj napotykałam do tej pory, a ze względu na inne utrudnienia … ehhh … normalnie nóż się w kieszeni otwiera.

No ale może tak od początku.

Sam pomysł na trasę był banalny. Skoro w zeszłym roku dobrze mi się biegało pętlę na południu warszawskiego city, to czemu by nadal z tego dobrodziejstwa nie skorzystać.

Tak więc decyzja o wyborze miejsca do biegania mogła być tylko jedna.

No i pobiegłam

Gorące popołudnie od nagrzanego słońcem powietrza. Zabieram butelkę półlitrową wody mineralnej i ruszam długim zbiegiem w stronę bulwaru nadwiślańskiego.

Z początku ciężko mi się biegnie, mimo przyjemnie wyglądającego zbiegu. To za pewne to gęste powietrze. Może dzisiaj lunie. Przez chwilę się zastanawiam.

Mijam najsłynniejsze fontanny w Warszawie i przebiegając pod przejściem podziemnym zakręcam w prawo na Wybrzeże Gdańskie.

Lubię biegać tym bulwarem, pomimo licznych rolkarzy, rowerzystów i spacerowiczów. Lekka bryza i wiaterek z nad rzeki nagradzają wszelkie niedogodności związane z twardym podłożem, czy też licznymi schodami, które trzeba raz po raz pokonywać na trasie.

Moje wspomnienia z zeszło rocznych treningów wracają i … nagle zderzają się z szarą rzeczywistością. Nie tylko w przenośni, ale i dosłownie.

Ni stąd ni zowąd przed moimi oczami okazuje się metalowe ogrodzenie i … no tak, przecież tunel Wisłostrady jest zablokowany.

Jak zawsze pada kilka niecenzuralnych słów i ciężką wyrypą pod górkę kieruję się w stronę głównej ulicy.

Przebiegam wąskim chodnikiem pod Mostem Dąbrowskim i biegnę w stronę Powiśla. Ufff może najgorsze już za mną. Znów mówię sama do siebie.

Na Powiślu

Nie mija parę metrów mojego biegania i znów niespodzianka w postaci wykopu na długość całego chodnika na przeciwko Mostu Świętokrzyskiego.

A to co znowu?

Tym razem jestem nieźle podirytowana, delikatnie to ujmując.

I co teraz?

Zastanawiam się drepcząc w miejscu w oczekiwaniu na zielone światło przed przejściem dla pieszych.

Z prawej wykop długi jak Kanał Sueski, po drugiej stronie nie ma żadnego chodnika, tak więc nie ma co się tam pchać. W końcu ruszam przed siebie, czyli wzdłuż ulicy.

Mam nadzieję, że to już koniec dzisiejszych niespodzianek? No i że żaden samochód mnie nie przejedzie?

Staram się pocieszać w duchu, bo przebiegłam może pięć kilometrów, a psychicznie mam wrażenie, że co najmniej piętnaście.

A w zeszłym roku tak pięknie się wzdłuż Wisły biegało, a teraz to … Gdzie by tu pobiec dalej? Może w stronę PKP Powiśle? I skręcam w prawo.

Przebiegam pod mostem Poniatowskiego i wąskimi alejkami wbiegam do Parku Marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza.

Wreszcie cisza i spokój. Wzdycham głęboko, popijając wodę z butelki.

Park ten jest najmłodszym takim obiektem w Warszawie. Powstał po wojnie i nosił ówcześnie nazwę Centralnego Parku Kultury i Wypoczynku w Warszawie.

Jego powierzchnia obejmuje teren miejskiej zabudowy Powiśla, głównie skarpy wiślanej oraz dawnych ogrodów „Frascati” z Białym Pałacykiem, w którym obecnie znajduje się Muzeum Ziemi PAN na Skarpie, a także Willą Pniewskiego.

Przebiegam wzdłuż ulicy Rozbrat okrążając rozciągającą się na kilka metrów fontannę, następnie chodnikiem, kieruję się w stronę Parku Argykola.

Może przebiegnę się trochę po Łazienkach?

W stronę Łazienek

Raz po raz rzucają mi się w oczy grupki kibiców z szalikami na ramionach.

Strasznie podejrzanie i niepokojąco to wygląda. Gdzieniegdzie zaczynają pojawiać się także grupki policjantów. W ilości co raz większej i większej, aż u zbiegu Łazienek mocne zastępy straży obstawiły z obydwu stron ulicę.

I co teraz? Zastanawiam się przez chwilę. Ale mam dzisiaj pecha. No cóż. Wzdycham, mamrocząc pod nosem.

W końcu decyduje się przebiec środkiem i tak zastawionej już ulicy w towarzystwie kilkudziesięciu uzbrojonych panów w mundurach. Ale mam obstawę … hehe. Miny co niektórych bezcenne.

Tuż za zakrętem skręcam mijając bramę wejściową i już mogę spokojnym biegiem przemierzać opustoszałe gdzieniegdzie alejki Parku Łazienek Królewskich.

Długaśnym podbiegiem kieruję się w stronę bramy wyjściowej przy Belwederze i wzdłuż Alei Ujazdowskich powolną przebieżką podążam w stronę ulicy Marszałkowskiej, a stamtąd mijając po drodze pięć sygnalizacji świetlnych na pasach dla pieszych w reszcie udaje mi się dobiec do parku o wdzięcznej nazwie Pole Mokotowskie.

Z wizyta na Mokotowie

Dużym sentymentem darzę to miejsce, bowiem to właśnie tutaj, a właściwie w mniej zatłoczonej części parku zwanej Parkiem im. Józefa Piłsudskiego, stawiałam swoje pierwsze kroki biegowe.

To już cztery lata. Ach te wspomnienia.

Mało kto wie jednak, że jeszcze przed wojną mieścił się na terenie obecnego parku tor wyścigów konnych i lotnisko. Pozostałością po tych miejscach są obelisk upamiętniający Lotnisko Mokotowskie oraz pomniki Tysiąclecia Jazdy Konnej i Lotników Polskich. To tutaj odbywały się pionierskie loty Franciszka Żwirki i Stanisława Wigury.

A ja zawsze jak widziałam tą nazwę ulicy to myślałam, że to od bohaterów jakiś bajek dla dzieci.

Ponoć Pola Mokotowskie są jednym z miejsc w Warszawie, gdzie jest najmniejsze zanieczyszczenie spalinami oraz najmniejsze natężenie hałasu.

W co trudno tak naprawdę uwierzyć przemierzając się głównymi alejkami, gdzie zagęszczenie ludzi jest większe niż samych drzew, a do tego zapach grillowanych kiełbas i innych wędlin z pobliskich pubów niesamowicie odstrasza od tego miejsca.

Na szczęście mój pobyt na Polach Mokotowskich kończy się stosunkowo szybko, wraz z przebiegnięciem ich głównej alejki.

Dalej już tylko w stronę Ronda Zawiszy i prosto Okopową do domu.

Z lewej mijam dawny Dworzec Warszawa Centrum, a następnie, zaraz za rozkopanym Rondem Dmowskiego, budynek Muzeum Powstania Warszawskiego z charakterystyczną wieżą widokową z graffiti w postaci Znaku Polski Walczącej.

Ciężki ten odcinek.

W rzeczywistości to niewielka odległość, ale w słońcu i to bez jakiejkolwiek szansy na choć odrobinę cienia, staje się małym koszmarkiem o tej porze dnia.

Następnym razem zdecydowanie wolę nadrobić trochę trasy, aby pobiec zacienioną Aleją Jana Pawła II.

podpis


Moje zdjęcia z trenningów

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.