Bieg Powstania Warszawskiego 2013

with Brak komentarzy

Skręcamy w Korową. Przed nami rzędy kibiców po prawej i po lewej stronie. A przed nami długi zbieg po brukowanej drodze zwijającej się, lub jak kto woli rozwijającej na kształt ślimakowej muszli.

Chwila oddechu i jedyny fragment trasy, gdzie można cieszyć się swobodnym biegiem.

I to przez chwilę, bo już za momenty kolejny podbieg o niewielkim nachyleniu. To zaczynające się Wybrzeże Kościuszkowskie.

Zdecydowanie zwalniam, a w mojej głowie zapala się światełko ostrzegawcze, że to tylko początek. Początek wielkiego podbiegu ulicą Sanguszki.

Biegam nią już tyle, a nawet nie wiedziała, że taką nosi nazwę.

Część zawodników przyspiesza, ja trzymam tempo na wodzy. Niecierpliwie rozglądam się po lewej stronie, próbując zlokalizować obecne położenie.

Jest zupełnie ciemno. Raz po raz przybijam jakąś piątkę.

Powoli i mozolnie do przodu, w końcu to już ostatnie okrążenie.

Mijam zarys Zamku Królewskiego, następnie budynków i kościoła na skarpie tuż za rynkiem Starego i Nowego Miasta oraz tłumy ludzi przy Parku Fontann.

W końcu skręcamy

To już tak blisko.

Przede mną jeszcze ostry podbieg. Małe wypłaszczenie i znów podbieg może nie tak ostry pod górę, co zdecydowanie dłuższy.

Wymijam część osób. Ale to nie koniec za światłami znów niewielkie wzniesienie i tak prosto do mety. W sumie mogłabym ten odcinek biegać z zamkniętymi oczami.

Biegam nim cztery razy w tygodniu. Znam każdą kostkę, podbieg, zbieg, rozkład świateł.

Wreszcie koniec

Przyciskam. I przekraczam rozłożony na asfalcie czytnik czasu. Wraz z resztą tłumu skręcam w prawo.

Część osób zdyszanych staje. Inni wymieniają się wrażeniami. Robi się mały korek po drodze.

Wymijam z lewej większość stojących. śpieszy mi się bo koniecznie chcę pokibicować ojcu na ostatnim odcinku trasy, tuż przed metą.

Szybko odbieram medal, łapę butelkę napoju energetyzującego i wpycham banana do ust. Przepraszam. Przepycham się pomiędzy ludźmi.

Przed bramą wyrzucam skórkę po bananie i biegiem miedzy co niektórymi biegaczami skręcam w stronę mety.

A myślałam, że już dzisiaj nie będę więcej biegać. – mamroczę do siebie, mijając kilka reklam.

W oddali dostrzegam granatowe spodenki ojca. Powoli zbliża się  w moim kierunku.

Tato! – krzyczę w jego stronę, podskakując za barierką – Tato! Dajesz! – fragment trasy biegnę w jego stronę wymachując w powietrzu butelką z niebieskim napojem.

Ojciec jeszcze kiwną do mnie ręką. Uśmiecha się w moją stronę i znika za zakrętem w trefie dla zawodników.

Spoglądam na zegarek.

Niezły miał czas.

podpis


Moje zdjęcia z zawodów

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from