Aconcagua – Podsumowanie wyprawy

with Brak komentarzy

Aconcagua ja w Plaza de Mulas

Dość długo kazałam wam czekać na ten post, ale w końcu dzisiaj oddaje wam do czytania post podsumowujący moją ostatnią wyprawę na szczyt Aconcagua.

Niestety i tym razem nie udało mi się osiągnąć wierzchołka. Biję się w pierś i wciąż szukam przyczyny tego, iż to mi się nie udało. No ale nie wybiegając w przód może zacznijmy od początku.

Pomysł na wyprawę

Trudno się nie domyśleć jaka była geneza pomysłu wyjazdu na szczyt Aconcagua. Już dwukrotnie próbowałam wejść na tą górę, jednak bez sukcesu. W 2013 roku wspinałam się w Andach w czteroosobowym składzie. Udało mi się co prawda wtedy osiągnąć 6 000 m n.p.m. jednak huragan, który rozszalał się w nocy i kolejnego dnia, uniemożliwił mi podjęcia próby podejścia wyżej.

Kolejny mój wyjazd w 2014 r., w jeszcze mniejszym składzie, bo dwójkowym, także nie był udany. Kilkudniowe oczekiwanie na pogodę w Plaza de Mulas oraz załamanie pogody już na wysokości obozu II w Nido de Condores, spowodowały, że i tym razem musiałam wrócić do domu bez szczytu.

Po tej ostatniej próbie obiecałam sobie, że wrócę i spróbuję kolejny raz, ale tym razem sama. Nie wyznaczyłam sobie żadnego terminu.

Ba ja nawet zakładałam, iż do Argentyny wrócę dopiero za jakieś dziesięć lat, kiedy będę wiedziała że to jest właśnie ten właściwy moment, a ja jestem gotowa podołać takiemu wyzwaniu.

No i się stało. Po wejściu na Stok Kangri zamarzyłam o powrocie na Aconcaguę, jednak nie do końca wierzyłam, że mi się uda wrócić na ten szczyt jeszcze w 2017 roku. No i się nadarzyła ku temu okazja.

Dostałam urlop, odkurzyłam swoje dolarowe zaskórniaki i ruszyłam ponownie do Argentyny. Dla mnie to też była podróż do „przeszłości”, bo inaczej się wyjeżdża w nowe miejsce, a inaczej tam gdzie już się było tyle razy i ma się tyle wspomnień.

Z założenia to miał być ten trzeci i ostatni raz. A na pytanie znajomych, „co jeśli się nie uda wejść na szczyt, czy wrócę”,moja odpowiedź mogła być tylko jedna „nie”. Bardzo chciałam zamknąć ten etap w moim życiu.

Okres kiedy uczyłam się chodzić po górach od zera. Duży bagaż doświadczenia otrzymałam w tamtym okresie od losu, ale też umiejętnie nauczyłam się go wykorzystywać w kolejnych już solowych wyprawach.

Dzisiaj z czystym sumieniem, mogę powiedzieć, iż nie żałuję, że się nie udało, iż nie osiągnęłam szczytu. Wyciągnęłam wnioski z tej wyprawy, nabyłam kolejne doświadczenie, tym razem z górą siedmiotysięczną i jeszcze „mocniejsza” jestem gotowa na nowe wyzwania.

Aconcagua Ja w Nido de Condores

Przebieg wyprawy

Wyleciałam z Polski 21 stycznia. Moja cała podróż do Mendozy trwała dwa dni. Leciałam do Santiago de Chile z Warszawy, przez Londyn i Toronto.

W stolicy Chile byłam w niedzielę popołudniu. Niestety nie udało mi się załapać na autobus do Mendozy jeszcze za dnia.

Koniec w końcu do Argentyty pojechałam nocnym autobusem. W trakcie przejazdu dostałam ostrego ataku choroby lokomocyjnej i praktycznie cała drogę spędziłam z workiem foliowym w ręce.

Niewiele po godzinie 5 nad ranem byłam już w Mendozie. Przeczekałam, a właściwie to przespałam, jakąś godzinę na dworcowej ławce w oczekiwaniu na rozwidlenie. Jak tylko zrobiło się jaśniej ruszyłam w poszukiwaniu noclegu.

Na szczęście nie był to mój pierwszy raz w tym mieście i niespełna po pół godzinie miałam już zarezerwowany nocleg. W końcu mogłam na spokojnie strzelić sobie godzinną drzemkę, aby odespać trudy autobusowej przejażdżki przez góry z Chile.

Po godzinie snu, szybko się ogarnęłam i zabrałam za załatwianie formalności.

Już na samym początku dowiedziałam się, że nie ma możliwości wykupu serwisu agencji bez mułów.

W planach miałam niekorzystanie z transportu mułów, jedynie chciałam wykupić dostęp do wody pitnej i toalet w bazie Plaza de Mulas. Ostatecznie skończyło się na tym, że musiałam zapłacić za muła, który w sumie nie wiele niósł moich gratów.

W następnej kolejności dokonałam wymiany i poleciałam załatwić wniosek o zezwolenie wejścia na szczyt, który tak naprawdę dostałam od ręki, co wskazuje jedynie na fakt, iż na Ankę jeździ coraz mniej osób.

Zresztą wcale się nie dziwię, ponieważ cena za permit potrafi skutecznie odstraszyć.

Po załatwieniu formalności podążyłam w kierunku dworca autobusowego w celu zakupienia biletów do Penitentes na kolejny dzień. Zdecydowałam się na wyjazd o godzinie 10:00, co zdecydowanie opóźniło moje wejście do Parku Narodowego Aconcagua następnego dnia.

Jak widać załatwienie formalności poszło mi w ekspresowym tempie. Brakowało mi jedynie uzupełnienia żywności i zakupu gazu, co też nie stanowiło większego problemu.

Kolejnego dnia, czyli we wtorek 24 stycznia, ruszyłam w stronę gór.

Grubo po godzinie 13 dotarłam do Penitentes (2900 m n.p.m.), gdzie po przepakowaniu oddałam część rzeczy na muła i zostałam odwieziona samochodem do wejścia do parku narodowego.

O godzinnie 15 w końcu rozpoczęłam swój trekking w kierunku obozu Confluencia (3390 m n.p.m.).

Samo podejście zajęło mi ponad trzy godziny, co specjalnie mnie nie zdziwiło. Chciałam dość dobrze zaaklimatyzować się, więc zdecydowałam się iść bardzo wolno.

Sprawdzając pogodę jeszcze w Mendozie wiedziałam, że mam okno pogodowe do końca tygodnia i bardzo chciałam z tej okazji skorzystać, dlatego też tak bardzo zależało mi na dobrej aklimatyzacji.

Po dojściu do Confluencii czułam się znakomicie, co zostało także potwierdzone przez lekarza.

Jednym słowem suplementacja, którą zastosowałam przed jak i w trakcie wyjazdu spełniała swoje zadanie, a ja mogłam na spokojnie rozpocząć kolejnego dnia swoją dalszą wędrówkę w stronę bazy Plaza de Mulas (4300 m n.p.m.).

Kto był pod Aconcaguą ten wie, iż przejście do basecampu doliną Horcones nie należy do najprzyjemniejszych. Cały odcinek mierzy jakieś 15 km i prowadzi kamienistym dnem wielkiej rozlewiskowej doliny rzeki Horcones. Jednym słowem masakra.

Mi pokonanie tego odcinka zajęło prawie dziesięć godzin w samotności, słońcu i trzydziesto stopniowym upale.

W końcu dotarłam na miejsce. Oporządziłam się i zasnęłam.

Zgodnie z założonym planem miałam kolejnego dnia podejść do obozu I – Canady (4900 m n.p.m.), w celach aklimatyzacyjnych, no bo przecież miałam zdążyć zanim zamknie mi się okno pogodowe.

Ale kiedy dnia następnego wstałam, ubrałam się i jakoś ogarnęłam, całkowicie odwodniona i wycieńczona wróciłam z powrotem do namiotu. Tego dnia postanowiłam zrobić sobie restday.

Zdecydowanie potrzebowałam takiego odpoczynku.

W końcu na spokojnie mogłam się najeść, odpocząć i uzupełnić płyny.

Poza tym, w ramach formalności, odwiedziłam lekarza, który stwierdził, iż nie ma przeciwskazań abym mogła ruszyć do góry. Jedyne co powinnam robić to więcej pić.

W czwartek 26 stycznia spakowana ruszyłam do góry. Zgodnie z przewidywaniami pogodowymi szykowałam się na wejście na szczyt w środę, ale tak naprawdę to nie wiedziałam jak ostatecznie ukształtują się warunkitam na górze.

Jeszcze tego samego dnia dotarłam do obozu I – Canady.

Mimo, że miałam tego samo dnia dość do Nido de Condores na wysokości 5500 m n.p.m., to jednak ze względu na duży zapas dni zdecydowałam zostać w Canadzie, co miało mnie jeszcze lepiej zaaklimatyzować.

Kolejnego dnia poszłam do obozu II – Nodo de Condores, gdzie spędziłam dwie nocki z rzędu i dopiero w poniedziałek poszłam do obozu III – Coolery – 6000 m n.p.m., gdzie też spędziłam dwie noce w oczekiwaniu na pogodę.

Niestety ze względu na silny wiatr i brak możliwości pozyskania jakichkolwiek informacji pogodowych na kolejne dni, zadecydowałam o zejściu do bazy Plaza de Mulas.

W drodze zejściowej dowiedziałam się, że istnieje cień szansy, że z niedzieli na poniedziałek (5/6 lutego) pojawi się przejaśnienie, co prawda z dość silnym wiatrem (40 km/h), ale jakaś szansa na wejście istnieje.

W nocy z 2 na 3 lutego w Plaza de Mulas spadł śnieg.

Pogoda ewidentnie się pogarszała. Zrobiło się pochmurno i było coraz zimniej. Jednak to jeszcze nic, bowiem kolejnego dnia, było jeszcze gorzej. Zamieć, burza śnieżna.

Nie wiem jak to nazwać. Ostry opad śniegu, kotłujący się wiatr plus halny, spowodowały, że większość czasu spędzaliśmy w messie, a wyjście do toalety, stanowiło nie lada wyprawę życia.

Poubierani we wszystkie rzeczy, skorupy na nogach, czapki i grube rękawice, czuliśmy się jak członkowie zimowej wyprawy na ośmiotysięcznik.

Dla mnie ten czas to także walka o mój namiot, który przez silny wiatr został zdmuchnięty kilka metrów dalej, pomimo całego dobytku, który w nim pozostawiłam.

Jednak nauczona swoim doświadczeniem sprzed czterech lat, kiedy to straciłam swój nowiutki namiot właśnie w Andach, postanowiłam tym razem się nie poddać i nie oddać namiotu tak łatwo.

Złapałam go za tropik i niemal przy zerowej widoczności od padającego śniegu i silnym wietrze, przytaszczyłam z powrotem na miejsce. Ktoś, a właściwie poznany w bazie Argentyńczyk Diego, pomógł mi przymocować kamieniami namiot do podłoża, a mi udało się jakoś wejść do środka.

Co oczywiście nie zmieniało nic w mojej jakże beznadziejnej sytuacji, w której się właśnie znalazłam. Spoglądając na porozwalane i skotłowane rzeczy we wnętrzu namiotu stwierdziłam, że chyba to nie jest za dobry pomysł w nim spać w nocy.

Bez wahania podjęłam decyzję o opuszczeniu namiotu i zaczęłam dość energicznie pakować rzeczy do plecaka. Łapałam wszystko co akurat wpadało mi w ręce i migiem wciskałam do plecaka. A wiejący wiatr raz po raz unosił mnie razem z namiotem, który zdecydowanie nie nadawał się na takie warunki pogodowe, o czym zdążyłam się przekonać na własnej skórze.

Nie wchodząc już w większe szczegóły, nadmienię tylko, że ostatnią swoją noc spędziłam w securityroom. Dużym wieloosobowym namiocie razem z grupą wspinaczy z Rumuni, którzy jak się okazało ranem byli ze mną na Damavandzie. Jaki ten świat jest mały.

Aconcagua Ja Cooler

Ciąg dalszy nastąpi

Aby zbytnio nie przedłużać i nie tworzyć posta tasiemca postanowiłam podzielić tematykę moich podsumowań z ostatniej wyprawy na trzy części. Pierwszą część właśnie przeczytaliście. Dotyczyła ona mojego kalendarium wyprawowego. Przed wami jeszcze dwa posty. Jeden dotyczący moich powyprawowych refleksji i post typowo praktyczny, czyli jak samemu zorganizować wyprawę na szczyt Aconcagua.

Już dzisiaj zapraszam.


Szczyt Aconcagua

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from