Aconcagua – Posumowanie wyprawy

with Brak komentarzy

Szczyt Aconcagua

Na początek. Sorry, że nie dawałam oznak życia, ale wszystko po powrocie mi się zwaliło na głowę.

Praktycznie od pierwszego rzutu wróciłam do pracy. W międzyczasie okazało się, że o mało nie podtopiłam swojej i sąsiada łazienki.

I jakby tego wszystkiego było jeszcze mało, wykorzystując moje osłabienie powyprawowe dopadł mnie jakiś wirus i nie chce pozostawić moich zatok w spokoju.

No i chyba z tego wszystkiego najgorsze … śnieg za oknem. Brrrr.

Ale jestem. Cała i zdrowa. No może odczuwam lekki niedosyt po wyprawie, ale cóż.

Właściwie to tak jestem na siebie wściekła, że nie wzięłam tego urlopu o dwa dni dłuższego, że aż mam ochotę przepłynąć Ocean Atlantycki wpław i na piechotę dostać się z powrotem pod górę … ehhh

No dobra to czas na resume.

Aha to powiedzmy będzie krótkie podsumowanie. Do czegoś dłuższego będę się zabierać w ten weekend, więc możliwe, że z moim tempem szachisty (patrz datę publikacji ostatnich zdjęć z Himalajów w których byłam dwa lata temu), to pełną relację ujrzycie gdzieś na wiosnę 2016 roku.

Żartowałam 🙂

Chcę coś większego wreszcie napisać.

Coś co by się fajnie czytało i dało trochę do myślenia.

Poza tym tylko dzisiaj w pracy zdawałam relację z wyprawy trzy razy. Jutro też pewnie ktoś się o wyjazd zapyta. Wiem, że ludzi to fascynuje. Że to trochę taka egzotyka jest.

Ja opowiadać lubię. Nawet odpowiadać na te pytania trochę bardziej dziwne, intymne czy też śmieszne, jak dla mnie, związane z życiem bazowo – obozowo – górskim.

Ale gadać trzy razy to samo w ciągu jednego dnia.

Ponadto przyrzekłam sobie, że ponieważ wrócę w Andy argentyńskie, za jakieś może dziesięć lat to, żeby sobie ten mój come back w przyszłości troszeczkę ułatwić stworzę taki mini przewodnik jak ugryźć tą „Ankę” bez lokalnych agencji i przewodników. Samemu.

Takie vademecum co? jak? gdzie? za ile? i kiedy? I przyznam się szczerze, że już część rzeczy mam już pospisywanych na papierach wszelakich.

Daję sobie jeszcze trochę czasu żeby informacje uporządkować, może przy okazji coś jeszcze sobie przypomnę i w końcu całe i gotowe wrzucę na bloga.

Wiem, że o tym szczycie w necie praktycznie wszystko znaleźć można, ale jeszcze jedna tego typu informacja nie zaszkodzi.

A poza tym to ja to robię głównie dla siebie 😉

Ok. Jeszcze tylko chciałam napisać, że wyprawa mimo, braku radości ze szczytowania, kolejny raz, matko kiedy ja ostatni raz w tym swoim życiu szczytowałam, oprócz tatrzańskich szczytów tego lata, normalnie nie pamiętam, była bardzo, ale to bardzo udana.

Piotr okazał się zarąbistym towarzyszem w górach.

No może okłamał mnie i nie powiedział tak na prawdę ile ma lat. Pierwszy raz w życiu mi się coś takiego zdarzyło.

Ale co by nie powiedzieć to człowiek do rany przyłóż, ze świetną kondycją. Ja przy nim to jestem wolniejsza od żółwia i uważam, że szczyt, który zdobył w niedzielę 26 stycznia, mu się najnormalniej w świecie należał.

Cieszę się, że mogłam z takim człowiekiem spędzić ten czas w Andach.

No dobra koniec tego dupolizusostwa. Czas na konkrety.

Dziennik powyprawowy

W trakcie wyprawy udało mi się poprowadzić taki króciutki dziennik.

Dosłownie po parę słów na dzień i teraz chciałam wam część zapisek przedstawić i tak:

08 – 09 stycznia

Wylot z Warszawy do Buenos Aires.

09 stycznia

godz. 8:00 – Przylot do Buenos Aires. Godz. 14:30 – przejazd do Mendozy.

10 stycznia

godz. 7:00 – Przyjazd do Mendozy. Załatwianie formalności: zezwoleń, mułów, zakupy żywności i gazu.

11 stycznia

godzi. 7:00 – Wyjazd w góry. Godz. 11:00 – Penitentes. Przepakowanie bagaży i zdanie ich na muła.

Godz. 13:00 – Ruszamy w stronę obozu Confluencia (obozu trekkingowego) (3300 m n.p.m.).

12 stycznia

godz. 9:00 – Trekking w stronę BC – Plaza de Mulas (4200 m n.p.m.).

13 stycznia

godz. 10:00 – Wyjście aklimatyzacyjne do obozu I – Canada (4900 m n.p.m.). Nocleg w BC.

14 stycznia

Rest day. Ja zostaję w BC.

15 stycznia

godz. 8:00 – Wyjście z BC do obozu II – Nido de Condores (5350 m n.p.m.).

Zejście do bazy. Mi to przejście zajmuje 5 godzin.

16 stycznia

godz. 8:00 – Ponowne wyjście do obozu II.

Nocleg w obozie II – Nido de Condores. Z depozytem i w skorupach zajmuje mi to 6 godzin.

Po południu burza śnieżna z gradem. Wieczorem i w nocy śnieg.

17 stycznia

Dzień spędzony w obozie II.

Do południa pogoda znośna. Po południu zaczyna znów sypać śnieg i tak sypie do rana następnego dnia.

18 stycznia

Śnieg sypie dalej w obozie II. W południe decydujemy się na zejście do bazy. Widoczność na max. 5 metrów, a tak to mleko dookoła. Nocleg w BC.

19 stycznia

Po przeglądzie prognozy pogody zostajemy w BC. Piotr schodzi do Mendozy. Wróci za dwa dni. Ja zostaje w Plaza de Mulas – BC. Dostaję ataku obżarstwa. Pochłaniam wszystkiego co mi wpadnie w ręce.

20 stycznia

Piżama day ciąg dalszy. Konsumuje ostatnie dwa liofile.

21 stycznia

Piżama day. Z braku jedzenia wspólnie z poznanym Kanadyjczykiem grzebie w „śmieciach” pozostawionych przez grupę Słowaków, która wraz ze wschodem słońca zakończyła wyprawę i opuściła bazę.

Wieczorem wraca Piotr z kupą żarcia. Zjadamy sytą kolację z chlebem i salami.

22 stycznia

Rest day dla Piotra, a dla mnie kolejny dzień w piżamie.

Po przeglądzie prognozy pogody decydujemy się w jutrzejszy dzień wyruszyć do góry. W sobotę ma się otworzyć okno pogodowe.

To moja ostatnia szansa na atak. W niedzielę muszę schodzić na dół, bo inaczej nie zdążę na samolot.

23 stycznia

Z samego rana sprawdzam prognozę pogody w internecie. Na szczycie wieje 70 km/h.

Konsultujemy jeszcze wyjście ze strażnikami parku. Odradzają atak szczytowy w sobotę. Polecają niedzielę.

24 stycznia

Podchodzę do obozu II w celu ściągnięcia depozytu.

Piotr zostaje na górze. Będzie atakował szczyt w niedzielę.

Ja z depozytem schodzę na dół. Pakuję rzeczy i nocuję w namiocie Asi ze Szczecina poznanej w Plaza de Mulas – BC.

25 stycznia

Z rana zdaję rzeczy na muła. Ustalam szczegóły odbioru rzeczy z agencji na dole i załatwiam wszystkie formalności z permitem.

Po 9:00 jako jedyna tego dnia ruszam na dół. Pędzę jak idiotka, żeby zdążyć na autobus do Mendozy tego samego dnia. W budce strażników w Puente de Inca melduję się po siedmiu godzinach.

Udaje mi się odebrać rzeczy z agencji i złapać transport do Mendozy.

Po 22:00 jestem w Mendozie. Nocuję w hostelu.

26 stycznia

Mendoza. Niedziela wszystko zamknięte. Na szczęście udaje mi się kupić coś do mycia i doprowadzam się do jakiegokolwiek porządku.

27 stycznia

godzi. 14:00 – Wracam autobusem do Buenos Aires. Podróż mija mi m.in. na oglądaniu Avatara po hiszpańsku.

28 stycznia

godz. 07:00 – Jestem w boskim Buenos.

Autobusem w Tienda Lion dostaję się na lotnisko, gdzie koczuję kilka godzin w oczekiwaniu na samolot.

W końcu ok. 18:00 wracam do domu.

29 stycznia

godzi. 18:00 – Lądujemy na lotnisku Chopina w Warszawie.

Podsumowanie

Góra po raz kolejny ukazała swój kapryśny charakter.

To szczyt na którym potrafi nieźle wiać i to powyżej 100 km/h przez tydzień, może dwa.

Po powrocie śledzę pogodę na górze w lutym i od ostatniego okna z końca stycznia wieje tam non stop od ponad tygodnia i kolejne okno ma się pojawić 9/10 lutego.

Masakra po prawie dwóch tygodniach. A to jest średni sezon. Co pokazuje jak zmienne panują warunki w tej części Andów.

A tak na marginesie to uważam, że wybranie się na tą górę poza sezonem to już całkowita ruletka z 10% szansami na wejście. Jeśli nie głupota.

Co do sprzętu to jestem mile zaskoczona jakością mojego polara i butów do biegania.

I tak polar okazał się cieplejszy od mojego swetra puchowego, a w butach do biegania udało mi się pokonać wysokość 5330 m n.p.m.

Jestem przekonana, że jednego dnia doszła bym w nich na 6 000 m n.p.m.

Tylko, że to był mój pierwszy dzień aklimatyzacyjny na tej wysokości, zrobiłam za jednym zamachem 1100 m przewyższenia i szczerze mózg mi się lasował po drodze od tej wysokości i gdybym poszła wyżej to pewnie by wyparował już całkowicie.

Ale oczywiście jest to możliwe, bo Piotr latał jak poparzony między bazą (4200 m n.p.m.), a Górnym Berlinem – III obóz (5800 m n.p.m.) w ciągu kilku godzin.

Wracając do butów mimo takiej wysokości, co pokazuje, że do skyruningu są wprost stworzone, nadal zachowały swój oryginalny kształt i podeszwę, jedynie zapach i kolor się nie zgadza.

Ale i tak po tych testach ich nie zamienię na żadne Salomony czy inne takie 😉

Aha tym razem wróciłam z namiotem.

Co prawda nie swoim, ale Piotra. Miał identyczny do mojego. Ten sam model i kolor nawet.

Piotra namiot stał w bazie, mój poszedł do góry.

Stał w II obozie. Po sześciu dniach okazało się, że stoi nadal w całości, tylko że przymarzł do podłoża.

Trzeba było go odrąbywać czekanem, przynajmniej już wiem po co ten czekan na tej górze.

Ostatecznie mimo podejścia do przysłowiowej dwójki z namiotem, Piotr zabrał na atak szczytowy mój namiot, a ja powędrowałam z depozytem i z namiotem Piotra do bazy, a następnie do domu.

Jednym słowem Marabut Khumbu przetrwał silne wiatry szalejące w II obozie panujące przez 6 dni bez najmniejszego uszczerbku, w przeciwieństwie do innego modelu tej filmy Arco, który po zeszłorocznych wiatrach niemal się zawalił całkowicie po jednej nocy.

No ale sama nazwa namiotu już wskazuje do jakiej aktywności górskiej jest on przeznaczony.

Bardzo jestem ciekawa tego ekspedycyjnego namiotu Tengri.

Jak tylko pokupuję to co jest mi niezbędne i będę mieć jakieś wolne fundusze to się na niego szarpnę.

No dobra co do strat po wyprawie to w obozie III zostały moje gogle – wartość max 100 PLN, czyli przy zeszłorocznych stratach można by rzec żadna.

No i czołówka mi zaginęła, ale możliwe, że została zwinięta razem z namiotem, a namiotu jeszcze nie rozkładałam.

I na samo zakończenie, to co mnie niezmiernie cieszy.

Budżet całej wyprawy okazał się znacznie niższy niż zakładałam.

A wszystko za sprawą prawa niewidzialnej ręki rynku i no cóż w końcu ma się tych magistrów z finansów i ekonomii. W końcu po tylu latach studia się zwracają 😉

A tak na poważnie w Argentynie skacze inflacja jak szalona, a oni ją jeszcze sami napędzają, co skutkuje dużym, ba gigantycznym różnicami między kursem bankowym peso argentyńskiego w stosunku do kursu w kantorach.

Przebicie 30%. Na serio.

To tyle takich ważniejszych rzeczy z wyprawy na gorąco.

 

podpis


Szczyt Aconcagua

Zaobserwuj Magdalena Boczek:

Mam na imię Magda i jestem pasjonatem gór i biegania. Swoją przygodę z górami i bieganiem rozpoczęłam w 2010 roku. Od tamtego czasu brałam udział w kilkunastu wyjazdach i wyprawach górskich w różne zakątki świata m.in. w Andy, Himalaje, Alpy Szwajcarskie i Julijskie, Dolomity oraz w góry Iranu i Turcji. Samotnie weszłam na najwyższy wulkan Japonii Fuji – San (3776 m n.p.m.) oraz najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji Elbrus (5642 m n.p.m.). W 2016 roku udało mi z sukcesem zorganizować samotny wyjazd na szczyt Stok Kangri (6153 m n.p.m.) w Himalajach Ladakhu. Jestem wielokrotnym uczestnikiem zawodów na ultra dystansie. Ukończyłam kilkanaście maratonów i niezliczoną liczbę biegów na krótszych dystansach. Jestem także certyfikowanym trenerem personalnym i dietetykiem.

Latest posts from